Udało się! Chłopcy od Cupiała wreszcie w Lidze Mistrzów!…

Od wielu już lat przyglądam się zjawisku „szturmowania” przez polskie drużyny klubowe bram upragnionego piłkarskiego raju, co się hucznie zowie Ligą Mistrzów. Przyglądam się z zażenowaniem. Trudniej bowiem nawet niż od natrętnej muchy opędzić się od dojmującego wrażenia, że kolejni Mistrzowie Polski ostatniej dekady robią dosłownie wszystko, by owych, wymarzonych ponoć, progów do europejskiej futbolowej elity po prostu nigdy nie przekroczyć. Celuje w tym krakowska Wisła zarządzana przez pana Bogusława Cupiała, choć powiedzmy też uczciwie, iż celuje głównie dlatego, że to jej właśnie, z racji wywalczania prymatu na krajowych boiskach, dane było w ostatnich latach najczęściej potykać się w eliminacjach do Champions League.

O ile u zarania obecnej dekady wydawało się, że ludzie u sterów Białej Gwiazdy, z Bogusławem Cupiałem na czele rzeczywiście realizują szczytną misję stopniowego budowania w Polsce drużyny, która zaistnieje na europejskich boiskach, o tyle dość szybko okazało się, że nic takiego niestety nie ma miejsca. Będę się upierał przy powtarzanej wielokrotnie tezie, że przełomowym momentem było lato roku 2003. Trudno mieć przecież jakiekolwiek pretensje do zespołu Białej Gwiazdy za to, że w roku 2001 nie sprostała legendarnej FC Barcelonie. Przeciwnie – chłopcy Franciszka Smudy meczem pod Wawelem, choć przegranym 3:4, sprawili że byłem dumny z faktu, iż polska drużyna klubowa potrafi tak pięknie i odważnie zagrać przeciwko rywalowi z najwyższej półki. Ale przecież w sezonie 2002/2003 powstała w Krakowie naprawdę ciekawa, świetna, jak na nasze warunki, drużyna. Piłkarze dowodzeni przez Henryka Kasperczaka jak burza przechodzili kolejne zapory w Pucharze UEFA. Parma i Schalke zostały w pokonanym polu, a w meczach z Lazio zabrakło po prostu odrobiny szczęścia (choć spotkaniu na Stadio Olimpico krakowianie zagrali niemal koncertowo – zdecydowanie dominując przez całe zawody na placu).


Ówczesna Wisła to był zespół naprawdę ogromnie mocny. Wystarczyło go jeszcze wzmocnić dwoma-trzema zawodnikami i bez obaw stawać do rywalizacji o Ligę Mistrzów. Tym bardziej, że los okazał się stosunkowo łaskawy i miast europejskich potęg przydzielił krakowianom brukselski Anderlecht. Wtedy to jednak pod Wawelem zaczęły dziać się rzeczy dziwne. Zamiast wzmacniać zespół (co obiecywał Cupiał wszem i wobec) pozwolono odejść z klubu dwóm czołowym postaciom – Kamilowi Kosowskiemu i Marcinowi Kuźbie. Szczególnie brak tego pierwszego okazał się być niepowetowaną stratą. Gdy w klubie nie było już obu reprezentantów Polski transfer (i to nie byle jaki, bo do Ajaxu) zamarzył się również Nigeryjczykowi Kalu Uche, który wobec odmowy ze strony klubu, sam również odmówił dalszej gry dla Białej Gwiazdy. W kilka tygodni udało się więc rozwalić coś, co budowano w mozole przez wiele czasu. Skończyło się na tym, że Wiślacy szturmowali Ligę Mistrzów Piekutowskim, Paszulewiczem, Nawotczyńskim, Brasilią i Ouadją. Efekt był tyleż żałosny co przewidywalny. Po dwóch przygnębiających meczach Wiślacy zostali odprawieni przez Belgów z kwitkiem (0:1, 1:3). Przezabawnie brzmiały słowa właściciela klubu Bogusława Cupiała wypowiedziane po rewanżowym meczu w Krakowie: „Jestem zaniepokojony tym, co dzieje się z drużyną. Przecież Anderlecht to nie jest jakiś świetny zespół” – mędrkował szef Telefoniki.


I znowuż – trudno mieć żal o to, że w następnym sezonie Wiślacy odpadli w rywalizacji z galaktycznym Realem Madryt. Trudno nawet mieć pretensje o odpadnięcie po kolejnym roku ze znacznie słabszym (nie tylko od Realu, lecz również od Anderlechtu z 2003 roku) zespołem Panathinaikosu Ateny (choć i tu oczywiście w ramach tradycyjnego już „wyścigu zbrojeń” przed eliminacjami do LM sprzedano najlepszego piłkarza – Macieja Żurawskiego). Trudno też grymasić na zeszłoroczne planowe odpadnięcie po bojach z Barceloną. Ale jeszcze trudniej ogarnąć rozumem i racjonalnie wytłumaczyć sposób w jaki Wisła zbojkotowała tegoroczną, niespotykaną nigdy dotychczas (nawet Legia i Widzew gdy awansowały do Champions League nie miały łatwiejszej drogi) i być może niepowtarzalną szansę przedarcia się do Ligi Mistrzów. Po reformach w strukturze rozgrywek wystarczyło pokonać Levadię Tallin, węgierski Debrecen i Lewskiego Sofia, by bramy piłkarskiego raju stanęły otworem! I gdy ta szansa się pojawia rządcy Białej Gwiazdy nie robią dosłownie nic, by dopomóc szczęściu. Nie wzmacniają zespołu (Słoweniec Kirm nie jest piłkarzem zdecydowanie lepszym od Zieńczuka, ani też Jop od Baszczyńskiego). Testują kilkunastu bramkarzy (w tym naprawdę świetnego, drugiego bramkarza reprezentacji Bośni Adisa Nurkovica, który okazał się „za drogi”; można zapytać czy wobec braku awansu do LM rzeczywiście opłaciły się te „oszczędności”) by ostatecznie postawić na Mariusza Pawełka, który swoimi „interwencjami” w obu meczach podaje Estończykom awans jak na tacy. Włodarze klubu tak bardzo „chcą” dostać się do piłkarskiej elity, że w tym amoku uniesienia zapominają o tym, że drużynę buduje się od tyłu. Nie jest oczywiście winą Wiślaków, że zostali tegorocznymi Mistrzami Polski. I trudno nie zgodzić się z Leo Beenhakkerem, który mówił, że to nie Wisła mistrzostwo wygrała, lecz Lech Poznań je przegrał. Winą Wiślaków jest jednak to, że po bojach z Levadią pozostawili po sobie wrażenie, jakby w europejskich rozgrywkach grali po prostu za karę.


Owszem piłkarze i trenerzy Wisły będą obecni w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. I to ci sami, którzy niegdyś bezskutecznie usiłowali wywalczyć owe upragnione przepustki przywdziewając trykoty z Białą Gwiazdą na piersi. Teraz to już jednak eks-wiślacy. Weszli do Ligi Mistrzów całkiem sporą ekipą. Dokonali tego jednak tylko i wyłącznie dlatego, że dziś z okrętem dowodzonym przez Cupiała nie mają już nic wspólnego. Gdy Kamil Kosowski przechodził do Apoelu Nikozja wielu pukało się w czoło. Jednak to właśnie dzięki temu były (choć kto wie, czy w tym przypadku określenie „były” jest definitywnym) reprezentant Polski razem z Brazylijczykiem Jeanem Paulistą (choć ten raczej murawy nie powącha) może szykować się do bojów w Champions League.

Do tegorocznej Ligi Mistrzów, ze swoim węgierskim Debreczynem, trafił nawet Nigeryjczyk Dudu, który jeszcze w zeszłym sezonie solidnie wygrzewał wiślacką ławkę rezerwowych,

 

(Dudu w barwach Wisły i obecnego pracowdawcy)

zaś inny piłkarz mistrza Węgier występujący w narodowej reprezentacji Madziarów – Brazylijczyk Leandro będzie miał szansę zabłyśnięcia w Champions League właśnie dlatego, że krakowski klub (ze szkodą dla siebie – nie dla samego piłkarza) zrezygnował z zatrudnienia tego niezwykle wartościowego gracza. Zobaczymy tam też niechcianego swego czasu pod Wawelem rumuńskiego szkoleniowca Dana Petrescu, który swą, jeszcze do niedawna nikomu nieznaną, Unireę Urziceni (Australijczyk Burns odszedł właśnie z Unirei do rodzimego Perth, więc on akurat nie będzie mógł pomachać Cupiałowi do kamery podczas transmisji meczów Ligi Mistrzów) wprowadził na europejskie salony.

petrescu

Bogusław Cupiał mówił kiedyś, że jego celem jest wprowadzenie Wisły do Ligi Mistrzów , bo gdyby był nastawiony wyłącznie na wygrywanie rodzimych rozgrywek w ogóle by do krakowskiego klubu nie wchodził. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gdy już pojawia się ogromna szansa na przekroczenie upragnionych progów Champions League Cupiał robi wszystko, by tylko ich nie przekroczyć. Tak było w 2003 roku. Tak było kilka tygodni temu. Co z tego, że Wisła znów kroczy w lidze od zwycięstwa do zwycięstwa. Co z tego, że być może niebawem znów będzie się cieszyć z kolejnego tytułu Mistrza Polski (tym bardziej, że Lech, Legia i reszta wydają się nie mieć nic przeciwko temu). Przecież znamy dobrze ten scenariusz i doskonale wiemy, że gdy przyjdzie co do czego właściciel Białej Gwiazdy znów tak „uzbroi” swój zespół na decydujące boje, że klękajcie narody. Nawet Levadia może mieć problemy z przełamaniem krakowskiego naporu.

Dziś, gdy na drodze polskich drużyn do Ligi Mistrzów najprawdopodobniej nie staną już tuzy pokroju Realu czy Barcelony, skończyło się wygodne alibi w postaci utyskiwania na to, że to rozgrywki nie dla nas, że próg za wysoko a nogi za nisko. Przykład dały w połowie lat 90-tych Legia i Widzew, które sprowadzając najlepszych graczy na krajowym rynku zbudowały naprawdę silne zespoły, walczące z powodzeniem na europejskiej arenie. Przykład dał również choćby węgierski zespół z Debreczyna, który to zamiast Wisły potykał się będzie na jesieni w Champions League z takimi firmami jak Liverpool, Fiorentina czy Lyon. Zasadniczy problem bowiem polega na tym, że Bogusław Cupiał jest jak główny bohater „Dnia świra”, który tak bardzo kocha swoje marzenia, że gdy pojawia się realna możliwość ich urzeczywistnienia ucieka przed nią gdzie pieprz rośnie, ile tylko sił w nogach, by marzenia te na zawsze pozostały tylko i wyłącznie pięknymi marzeniami właśnie. Szkoda.

R.

W Brugii. Stadion Jana Breydela, sala pamięci, Tomasz Dziubiński, Antoni Szymanowski i…

Krótko, bo kruca bomba, mało casu. Sala pamięci Club Brugge jest naprawdę piękna. Pamiątki sięgają początków powstania klubu, czyli końca XIX wieku. Historię czuć w powietrzu. Tę najnowszą, ze śp. Francois Sterchele – też. Z polskich akcentów: pucharo-wazon z meczu z Wisłą (1978) i zdjęcia składów z Polakami.


O tym, że Tomasz Dziubiński u nich grał (i strzelił pierwszą polską bramkę w Lidze Mistrzów; na foto obok trenera Hugo Broosa), to wiadomo. O tym, że Antoni Szymanowski – też (kolejne foto, środkowy rząd, trzeci z lewej, ciut mniej fajny wąs niż kolega obok). Ale, że był u nich (widocznie krótko, widocznie na testach czy coś) Stanisław Terlecki, to mało kto wie (siedzi pierwszy z lewej).

Lech musi awansować, nie widzę innej możliwości. Ale coś podpowiada, że wieczorem będzie dramat – dogrywka, karne czy gol w końcówce. Liczę na czterech grajków. Hernan, Semir, Maniek i Bombardier-Lewy. Ukarzcie Belgów srogo za sklepowy zakaz sprzedaży piwa w godzinach 23-8 i wczesne zamykanie knajp!

B.

Urugwaj 1999 – dekada minęła i już chyba nic z tego nie będzie cz. II. Carini i Magallanes

Leonel Pilipauskas zabawił w Europie tylko chwilkę (cztery mecze dla Atletico Madryt), ale warto o nim wspomnieć, ponieważ strzelił jedną z piękniejszych bramek jakie ostatnio widziałem.

Antonio Pacheco to legenda Penarolu Montevideo, ale w Europie również mu się nie wiodło. W 2000 roku trafił do Interu Mediolan (zagrał tam jeden mecz), skąd był regularnie wypożyczany (Espanyol, Albacete i Alaves). Rezerwowy bramkarz Alvaro Nunez zaraz po Copie przeniósł się do Hiszpanii, gdzie przez dziewięć sezonów bronił barw Numancii i ostatnio Guadalajary. Fernando Picun przez dwa sezony grał w Feyenoordzie Rotterdam. Wyjątkowo wierny barwom Danubio Montevideo pomocnik Christian Callejas na starość spadł wyjątkowo nisko i występuje w maltańskim Hiberniansie Paola. Bergara, del Campo, Pumar, Gabriel Alvez i Vespa nigdy nie zdecydowali się na przeprowadzkę do Europy.

Zaryzykuję jednak twierdzenie, że żaden z wyżej wymienionych zawodników nie dorównywał talentem dwójce Fabian Carini i Federico Magallanes.

Ten pierwszy rokował na golkipera najwyższej próby. Na Copie 1999 bronił wręcz niesamowicie. Obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi (190 cm), kapitalnym refleksem i kocią wręcz zwinnością bramkarz przyprawiał o wrzody piłkarzy Paragwaju i Chile. Jeśli do tego dodać niezwykłą intuicję przy bronieniu rzutów karnych wychodzi, że już w wieku 20 lat był zawodnikiem kompletnym.

Mimo że w seniorskiej piłce grał na dobrą sprawę dopiero od pół roku (w Danubio Montevideo)! Rok po udanym turnieju postanowił przenieść się do Europy. W kolejce po niego ustawiły się największe kluby tej części globu, ale przetarg wygrał Juventus Turyn. I tak w wieku 21 lat Carini przywdział elegancką bluzę Starej Damy.

Nie dane mu jednak było zagrać w niej w lidze. Po dwóch sezonach siedzenia na ławce został wypożyczony do belgijskiego Standardu Liege. Tam chyba przeżył najlepsze lata swojej klubowej kariery. Grał w każdym meczu, bronił świetnie, ba, zdobył nawet bramkę (pierwsza scena poprzedniego filmiku). Na fali świetnych występów przeniósł się latem 2004 do Interu Mediolan.

Tam jednak przerabiał scenariusz turyński – praktycznie wcale nie grał (4 mecze) i po roku wypożyczono go do Cagliari (gdzie też się nie zagrywał – 8 meczów). Po upływie kolejnych 12 miesięcy wrócił do Mediolanu. Przez cały sezon ani razu nie pojawił się na murawie. Wreszcie latem 2007 został sprzedany do grającego w Primiera Division Realu Murcia.

Zagrał w niej 11 spotkań i wraz z resztą towarzystwa spadł do Segunda Division. W minionym sezonie zagrał raptem dwukrotnie, więc trudno go winić o fatalne wyniki Murcii na zapleczu ligi hiszpańskiej. Faktem natomiast jest, że liczyłem, że Carini zrobi dużo większą karierę. Miał ku temu możliwości, ale jakoś zabrakło racjonalnego podejmowania decyzji. Gdyby zamiast ugniatać ławki silnych klubów (w sumie trzy lata takiego stanu) wolał grać w choć trochę słabszych ekipach może dziś byłby na szczycie. Na osłodę zostaje mu jeszcze reprezentacja Urugwaju. Tu jest niezastąpiony. Rozegrał w niej jak na razie 74 mecze, był na MŚ 2002 (świetny mecz z Francją) i dwóch Copach. W grudniu będzie miał dopiero 30. urodziny – jak na bramkarza wciąż nie jest jeszcze stary.

Trudno natomiast wierzyć w powrót do wielkiej piłki Federico Magallanesa.

Ten długowłosy playmaker dysponował świetnym przeglądem pola i inteligencją w grze. Nie bał się wziąć na siebie ciężaru rozgrywania, gdy ekipie nie szło. Miał dużo pewności siebie, która czyniła z niego naturalnego lidera zespołu. A pamiętać należy, że świetny występ na Copie 1999 zaczął nieszczególnie – od czerwonej kartki w pierwszym meczu z Kolumbią. Pauzował więc w zwycięskiej potyczce z Ekwadorem, a w spotkaniu z Argentyną, grali głównie Albiceleste. Magallanes wypłynął więc przede wszystkim na pucharowych zwarciach z Paragwajem i Chile. Rozdzielał piłki, kontrolował tempo gry, groźnie uderzał na bramkę. W reszcie w obu spotkaniach nie zadrżała mu noga podczas wykonywania decydujących rzutów karnych. W efekcie 23-letni Urus trafił do jedenastki turniej obok takich tuzów jak Ronaldo, Rivaldo czy Roberto Carlos.

Warto podkreślić, że Magallanes podczas paragwajskiego turnieju nie był już postacią anonimową. W lidze urugwajskiej debiutował nie mając jeszcze 18 lat. Już w drugim sezonie swoich występów został prawdziwą gwiazdą Penarolu i całej ligi. W 22 meczach zdobył 7 goli i walnie przyczynił się do zdobycia mistrzostwa przez żółto-czarne pasiaki.

Krótko po tym wyczynie zdecydował się przenieść do Europy. Trafił do Atalanty Bergamo. Tam wojował przez dwa sezony, ale cudów nie uczynił (24 m. – 3 gole). Wtedy trochę nieoczekiwanie sięgnął po niego… Real Madryt! Urus w drużynie Królewskich nigdy jednak nie zagrał, więc po roku postanowił przenieść się do Racingu Santander. I tutaj jednak nie grał na miarę swoich możliwości (17 m. – 1 gol, złapał za to aż 5 żółtych kartek). Wtedy na szczęście przyszła Copa i świetne występy. Południowoamerykański klimat spodobał mu się tak bardzo, że postanowił wrócić do ojczyzny. Uprosił kierownictwo Racingu, aby go wypożyczyło do Defensora Montevideo. Tam grał naprawdę wybornie (13 goli w 22 meczach). Na tyle wybornie, że upomniał się po niego klub z Kantabrii. Chcąc nie chcąc Magallanes musiał wracać do Hiszpanii. Tam zabawił jednak tylko sezon (15-3) i po raz pierwszy (bynajmniej nie ostatni) brał udział w spuszczeniu zespołu do drugiej ligi. W konsekwencji przeniósł się do słonecznej Italii. W barwach Venezii miał wreszcie zacząć grać na wysokim poziomie.

I faktycznie radził sobie całkiem nieźle (23 – 5), choć nie na tyle dobrze, żeby uratować Wenecjan przed spadkiem do Serie B. Rozochocony dobrą grą Federico przeniósł się więc do Torino FC.

Tam jednak kopał już nieco mniej (18-1) i… znowu przeżył gorycz spadku do Serie B. Przeniósł się więc do Sevilli CF, ale tam praktycznie nie powąchał piłki (5-1). Wkrótce znalazł przystanek w drugiej drużynie Albacete. Był rok 2004 i właśnie wtedy długowłosy Urus praktycznie zakończył poważną grę w piłkę. W pierwszym odruchu chciał zakończyć ją w ogóle. Zniechęcony ciągłymi problemami zdrowotnymi i częstymi zmianiami otoczenia postanowił zawiesić buty na kołku. Całą drugą połowę 2005 roku odpoczywał. W lutym 2006 dał się skusić SD Eibar. Zagrał tam jedną rundę, po czym znowu wziął się za odpoczynek. Na początku 2007 roku nieoczekiwanie trafił do francuskiego drugoligowca Dijon FCO.

Jednak po nieudanym pobycie w kraju bagietek postanowił definitywnie zakończyć karierę. Tym większe było zdziwienie, gdy po półtora roku obijania się postanowił jeszcze raz założyć piłkarskie buty i poczuć zapach murawy. Wybór padł na grający w Tercera Division zespół Merida UD.

I choć 33-letni Magallanes wygląda obecnie jakby pracował w fabryce pączków, to fajnie, że jeszcze postanowił pokopać. Do wielkiego futbolu jednak już na pewno nie wróci.

Śmiało można także powiedzieć, że, poza Copą 1999, urugwajski playmaker jest również graczem niespełnionym reprezentacyjnie. Po świetnym turnieju wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie La Celestes, ale pewnym punktem drużyny był tylko przez dwa lata. Na MŚ 2002 był już tylko rezerwowym (zagrał końcówki spotkań z Danią i Francją). Po nieudanym Mundialu zakończył reprezentacyjną karierę. W sumie w błękitnej koszulce rozegrał 26 spotkań i strzelił 6 goli.

Trudno jednoznacznie osądzić, co spowodowało, że srebrnym wychowankom Puy nie powiodło się na europejskich boiskach. Może jak to czasem się zdarza, turniej to był wyskok, a potem sytuacja wróciła do normy? Siłą drużyny Urugwaju był monolit a nie poszczególne indywidua, ale jednak tak gramialne fiasko  karier utalentowanych przecież zawodników musi zastanawiać. Na pewno w kilku przypadkach zaszkodził zbyt duży przeskok, przenosiny od razu do bardzo silnego klubu. Gdzie indziej zabrakło talentu i zwykłej ciężkiej pracy. Paradoksalnie najbardziej zaistnieli wyrobnicy, zawodnicy ciężko harujący a niekoniecznie bajecznie zdolni – np. Pablo Garcia, Romero czy Diego Lopez. O niewykorzystania potencjału przez tych chłopaków może świadczyć fakt, że na odbywające się trzy lata później MŚ 2002 w Korei i Japonii pojechało sześciu członków srebrnej ekipy (Carini, Pablo Garcia, Guigou, Lembo, Magallanes, Romero), na Copa America 2004 żaden (!), a na ostatni ten turniej (2007) dwóch (Carini, Pablo Garcia). Stracone pokolenie? Skąd my to znamy.

P.

Urugwaj 1999 – dekada minęła i już chyba nic z tego nie będzie cz. I

Kiedy Federico Magallanes pokonał w ostatniej serii rzutów karnych paragwajskiego bramkarza Ricardo Tavarellego, 43-tysięczna publiczność zgromadzona na stadionie w Asuncion zalała się łzami. Oznaczało to bowiem, że Paragwaj – gospodarz turnieju Copa America 1999 – żegna się z rozgrywkami już w ćwierćfinale. Żegna się po świetnej grze w grupie (remis 0-0 z Boliwią i zwycięstwa 4-0 z Japonią i 1-0 z Peru). Żegna się, co warto podkreślić, po porażce z Urugwajem – ekipą, która do fazy pucharowej dostała się psim swędem (porażki 0-1 z Kolumbią i 0-2 z Argentyną i zwycięstwo 2-1 z Ekwadorem).

Do czasu ćwierćfinałowego spotkania mało kto dopatrywał się w La Celeste drużyny, która może coś ugrać na Copie. Złożona z głównie z młodzieżowców kadra trenera Victora Puy (głównie gracze z reprezentacji U-20, która na mistrzostwach świata w Malezji w 1997 zdobyli srebrny medal) miała przede wszystkim nabrać doświadczenia w dużej imprezie. Było to widać w pierwszych meczach turnieju – Urusi grali walecznie, ale głównie ograniczali się do obrony. Dlatego pokonanie Paragwaju przyjęte zostało z dużym niedowierzaniem i przypisane przede wszystkim skuteczności w wykonywaniu rzutów karnych (wszystkie próby zamienione zostały na gole). Gdy jednak w półfinale Urugwaj odprawił w identyczny sposób Chile (w meczu 1-1 i zwycięstwo w karnych 5-3, znów wszystkie jedenastki skuteczne, znów Magallanes trafił jako ostatni), cała Ameryka Południowa zrozumiała, że ma do czynienia z niebanalną ekipą. I choć finałowa potyczka z Brazylią nie pozostawiła młodym Urusom złudzeń (Canarinhos wygrali 3-0), to kibice piłki w Europie liczyli, że właśnie chłopaki Puy będą transfuzją świeżej krwi na Stary Kontynent.

Dzisiaj z perspektywy mijającej właśnie dekady wiemy, że tak się nie stało. Oto kadra na Copa America 1999:

1 Héctor Fabián Carini Urugwaj Danubio Montevideo
2 Luis Diego López Włochy Cagliari
3 Fernando Picún Urugwaj Defensor Montevideo
4 Leonel Pilipauskas Urugwaj Bella Vista Montevideo
5 Andrés Fleurquin Urugwaj Defensor Montevideo
6 Gianni Guigou Urugwaj Nacional Montevideo
7 Walter Fabián Coelho Urugwaj Nacional Montevideo
8 Líber Ernesto Vespa Argentyna Rosario Central
9 Marcelo Zalayeta Włochy Empoli
10 Federico Magallanes Hiszpania Racing Santander
11 Jorge Gabriel Alvez Urugwaj Nacional Montevideo
12 Alvaro Adrián Núñez Urugwaj Rentistas Montevideo
13 Inti Podestá Urugwaj Danubio Montevideo
14 Daniel Lembo Urugwaj Bella Vista Montevideo
15 Fabián Diego Pumar Urugwaj Bella Vista Montevideo
16 Clever Marcelo Romero Urugwaj Peñarol Montevideo
17 Martín Del Campo Urugwaj Nacional Montevideo
18 Pablo Gabriel García Hiszpania Atlético Madryt
19 Diego Martín Alonso Urugwaj Bella Vista Montevideo
20 Christian Callejas Urugwaj Danubio Montevideo
21 Antonio Pacheco Urugwaj Peñarol Montevideo
22 Raúl Bergara Urugwaj Nacional Montevideo

(kursywą zawodnicy, którzy na paragwajskim turnieju nie zagrali ani minuty)

Z całego tego towarzystwa w Europie zaistniała raptem garstka zawodników. Najczęściej na piłkarskich salonach gościł Marcelo Zalayeta.

Jeszcze przed Copą 1999 był zawodnikiem Juventusu Turyn. Grywał tam jednak głównie ogony (w tym wypożyczenie do Empoli), więc po „srebrnej imprezie” trafił do Sevilli. Tam zabawił przez dwa sezony, ale również szło mu dość średnio (dziesięć trafień), więc wrócił do Turynu. Tam też bazował przez sześć lat (zdobył z nim trzy mistrzostwa Włoch, z przerwą na roczny pobyt w Perugii), pokazując się głównie w końcówkach. Często jednak końcówki te okazywały się kluczowe dla losów meczu. Tak było w rozgrywkach Champions League, gdzie dogrywkowe trafienia barczystego Urusa w meczach z Barceloną i Realem dawały Starej Damie awans do dalszych rozgrywek.

Ostatnie dwa sezony Zalayeta spędził w Napoli. Obecnie gra w Bologni. Choć nie jest typową maszynką do zdobywania goli, trzeba przyznać, że ma umiejętność trafiania w kluczowych momentach meczu. No i robi to zwykle efektownie – np. tak, tak, tak, tak albo tak. Pablo Garcia zwany także Zabójcą

miał być wraz z Carlosem Diogo lekarstwem na bolączki galaktycznego Realu. Na etykietkę boiskowego bandyty (choć czasem potrafił błysnąć) solennie sobie zapracował grą w Osasunie (przedtem Atletico Madryt B, Venezia a nawet pięć meczów w AC Milan). Terminator miał – przynajmniej w teorii – przetrącać przeciwnikom kulasy, tak, aby reszta madryckich artystów nie musiała sobie brudzić koszulek. Plan okazał sie jednak mało skuteczny i po roku królewskiego życia futbolista z Urugwaju przeniósł się do Celty Vigo a później do Murcii. Swoje zbójeckie powołanie aktualnie realizuje w PAOK-u Saloniki (w taki, taki, taki czy taki sposób). Diego Alonso był przez moment jednym z ciekawszych napastników w lidze hiszpańskiej.

Po nieudanym pobycie w Valencii (2 gole w 20 meczach) przeniósł się do Atletico Madryt. Wtedy też eksplodował – w sezonie 2001/ 2002 zdobył w lidze 23 bramki w 38 spotkaniach. Wyczyn ten okazał się jednak jednorazowym wyskokiem – w Racingu Santander, Maladze i Murcii trafiał już zdecydowanie rzadziej. Brylował za to w Meksyku i Chinach. Marcelo Romero przez pięć lat występował w Maladze, zapracowując tam sobie na opinie bardzo solidnego zawodnika. Problemy z minięciem go mieli zarówno Zidane jak i Figo.

Diego Lopez przez dwa lata występował w Racingu Santander. Jeszcze jednak przed Copą 1999 przeniósł się do Calgiari Calcio. Tam z czasem wywalczył sobie miejsce w drużynie, z czasem stając się prawdziwym symbolem klubu. Dość powiedzieć, że występuje w nim nieprzerwanie już dwunasty sezon! Kapitan srebrnej drużyny Daniel Lembo przez cztery sezony grał w Betisie Sewilla, ale w zasadzie tylko pierwszy rok może uznać za udany.

Ostatnio występował w Arisie Saloniki (razem z Piotrem Włodarczykiem). Natomiast Gianni Guigou


po dobrych występach w Romie (trzy sezony), zaliczył rok w Sienie, rok we Fiorentinie a obecnie już piąty sezon reprezentuje barwy FC Treviso. Rezerwowy Inti Podesta przez pięć lat występował w Sevilli, ale było to jeszcze przed ostatnimi sukcesami klubu z Andaluzji. Walter Coelho przez dwa sezony wojował w Elche CF, ale tylko w Segunda Division. Anders Fleurquin podróżował trochę po Europie. Grał w Sturmie Graz (trz sezony), Galatasaray Stambuł (sezon), Stade Rennais (sezon) aż w końcu trafił do Hiszpanii (sezon w Cordobie i sześć w Cadiz).

P.

Kto uczył Frankowskiego podcinek, czyli Francja-elegancja

Tomasza Frankowskiego tak strasznie lubię, że na pewno kiedyś stanie tu o nim elaborat. Dziś jednak, kilka dni po jego urodzinach, tylko o jego pobycie we Francji, czyli jak sobie radził i kogo podpatrywał w Racing Club Strasbourg [na podstawie: Gazeta Wyborcza 27/10/1994 ; ”Franek łowca bramek” ; strona RCS]

Wyjeżdżał z kraju w wieku 19 lat.

W marcu 1992 roku z reprezentacją juniorów do lat 18 prowadzoną przez Jana Pieszkę rozegraliśmy towarzyski mecz z Francją. Na tym spotkaniu był obecny menedżer Strasburga. Kiedy wróciłem do Białegostoku, w domu czekał faks z zaproszeniem na testy do tego klubu. Wyjechałem na dziesięć dni pod koniec marca. Francuzi byli zadowoleni i starali się o wypożyczenie mnie do szkółki piłkarskiej. Wtedy zaczęły się problemy.

Okazało się, że nigdy wcześniej za granicę nie wyjechał z Polski legalnie 18-letni piłkarz. W PZPN podejrzewano nawet próbę kaperownictwa. Dzięki polskiemu menedżerowi Januszowi Feinerowi, który zna przedstawicieli Strasburga, PZPN wyraził zgodę. Chciałem jechać w styczniu, ale prezydium PZPN zdecydowało, że zostanę w Polsce pół roku dłużej. Białostocki klub wyjechał na obóz do Austrii i dostał sprzęt sportowy.

Francuzi byli cierpliwi. Przez cały sezon 1993-94 grałem i trenowałem z drugą drużyną. Byłem w niej jedynym obcokrajowcem. Wystąpiłem w 30 z 34 meczów, strzeliłem 22 gole. Zostałem królem strzelców III ligi i awansowałem do pierwszego składu.

Polak trochę czekał na debiut w Division 1, ale gdy się doczekał… W 14. kolejce, 22 października 1994, Franek otrzymał szansę gry w meczu z Monaco. Wykorzystał ją znakomicie.

W piątek przed meczem z Monaco trener ogłosił kadrę 16 graczy. Byłem bardzo zdziwiony, że się w niej znalazłem. Niedawno miałem operację wyrostka oraz kłopoty z pachwiną. Nie ćwiczyłem przez cztery miesiące. Treningi wznowiłem 10 października. Tydzień później pokonaliśmy 2:1 na wyjeździe niemiecki FC Freiburg. Zdobyłem obie bramki.

W sobotę tuż przed meczem z Monaco trener wymienił nazwiska 11 graczy, którzy wyjdą na boisko w podstawowym składzie. Byłem wśród nich. Zająłem miejsce Francuza Wilfrieda Gohela.

Na stadion przyszło 30 tysięcy ludzi, większość z nich nie wiedziała, że w klubie jest piłkarz Frankowski. Już w 8. min po dośrodkowaniu Rosjanina Aleksandra Mostowoja strzeliłem gola. Uprzedziłem obrońcę Monaco Luca Sonora. Jak się później okazało, była to jedyna bramka w tym meczu. Za zwycięstwo, tak jak pozostali gracze, dostałem 3 tysiące dolarów.

W tej samej kolejce strzelali też m.in. Weah i Rai dla PSG, Dugarry i Zidane dla Bordeaux czy Pires dla Metz.

W Strasburgu jest teraz czterech obcokrajowców. Oprócz Mostowoja drugi bramkarz reprezentacji Słowacji Aleksander Vencel i Irlandczyk Michael Hughes. Hughes miał ostatnio kontuzję, więc ja wszedłem na jego miejsce. Szansę chyba wykorzystałem. Jadę do Nantes na mecz z liderem i po treningu, który mieliśmy w czwartek, wszystko wskazuje na to, że znowu wyjdę w pierwszym składzie.

Na mecz z Nantes Frankowski wyszedł w pierwszym składzie, ale skończyło się na strasznym oklepie 3:0. A chyba po stracie piłki przez Polaka poszła kontra na 1:0.

4 marca 1995 Franek strzelił drugiego i – niestety – ostatniego gola w Division 1, a pokonał głową (!) bramkarza Bordeaux.

W tej samej kolejce, 28. kolejny ligowy mecz bez porażki (2:1 z Nice) zanotował Nantes, co było wówczas rekordem we francuskim futbolu. A w gazetach, obok Franka wśród strzelców goli pojawili się: Bryan Roy dla Lyonu, Oudec i N’Doram dla Nantes, Djorkaeff dla Monaco czy Guerin dla PSG.

Pod koniec tego samego marca, klub zaproponował mu zawodowy kontrakt.

1994/95 – pierwsza drużyna Strasbourga

Division 1
RCS – Monaco 1-0 90 min ballon.gif (na 1:0, 9. min) w ASM Thuram, Ikpeba, Djorkaeff, Petit, S. Anderson
Nantes – RCS 3-0 do 60. min w FCN Makelele, Oudec, Loko, N’Doram, Karembeu
RCS – Cannes 1-2 od 66. min w Cannes Vieira (gol) i Micoud
RCS – St-Etienne 1-1 od 85. min w St.E. od 89. min Piotr Świerczewski, cały mecz Blanca
RCS – Rennes 2-2 90 min w Rennes Wiltord i Lambert
Martigues – RCS 0-0 od 69. min
RCS – Bordeaux 1-1 do 78. min ballon.gif (na 1:1, 58. min) w Bordeaux m.in. Zidane, Lizarazu, Dugarry
RCS – Lens 0-0 90 min
Sochaux – RCS 0-1 do 69. min w Sochaux od 72. min Roman Szewczyk
W sumie : 9 meczów 527 min 2 gole
Coupe de France
RCS – Bordeaux 0-0, 2-0ap 120 min

1995/96 – pierwsza drużyna Strasbourga. W drugim sezonie Franek wchodził z ławy, raz tylko mając okazję do zagrania pełnego meczu w lidze. Jedynego gola strzelił wówczas w Pucharze Francji. Po sezonie, w maju 1996 został wypożyczony do Nagoya Gramphus.

– Arsene Wenger, który miał ścisłe kontakty z menedżerami z mojego klubu, pracował wtedy w Japonii i potrzebował napastnika na letni Puchar Japonii. Starsi gracze Strasbourga mieli w nogach ciężki sezon i do Japonii jechać nie chcieli. Zaproponowano wyjazd mnie, który całe niemal rozgrywki czekałem na swoją szansę na ławce rezerwowych, więc przemęczony nie byłem. W Azji poznałem Stojkovicia, który bardzo się dziwił, że w dwa miesiące chcę coś w Azji zdziałać, bo on pół roku przesiedział tam na ławce, zanim się zaaklimatyzował. Przez osiem tygodni strzeliłem jednego gola i miałem jedną asystę. Mizerniutko. Wracałem z Japonii bez żalu, bo jednak Francja była dla mnie odpowiedniejszym miejscem.

Division 1

RCS – Gueugnon 0-0

od 70 min.

RCS – Bastia 4-3 od 85 min. P. Świerczewski cały mecz
Nice – RCS 2-2 od 82 min.
RCS – Metz 1-2

do 77 min.

w Metz Songo’o, Pires i Mboma
RCS – Lyon 2-2

90 min.

w Lyon Maurice i Giuly
RCS – Lens 1-2

od 38 min.

w Lens Foe i Vairelles
Le Havre – RCS 2-0

od 76 min.

w LH Dhorasoo
Cannes – RCS 0-3

od 88 min.

w Cannes Vieira
Lille – RCS 2-0

od 62 min.

Paris SG – RCS 2-0

od 76 min.

w PSG Djorkaeff, Dely Valdes (2 gole), Le Guen, Guerin
Lens – RCS 0-0

od 79 min.

W sumie: 11 meczów, 0 goli

321 min.

Coupe de France

Nîmes – RCS 2-2, 3-2ap

120 min.

ballon.gif (na 0:1, 12 min.)

Coupe de la Ligue

Amiens – RCS 0-0, 1-1ap, 1-0tab

22 min.

Puchar Intertoto

RCS – Steyr 4-0

do 45 min.

Petah Tikvah – RCS 0-0

90 min.

cały mecz Tomasza Cebuli

RCS – Genclerbirligi 4-1

od 85 min.

Puchar UEFA

Innsbruck – RCS 1-1

od 38 min. do 78 min.

cały mecz Jerzego Brzęczka

Po powrocie z Japonii, w Strasbourgu powiedzieli jednak Tomkowi ”au revoir!”. Potem było Stade Poitevin (National 1, trzecia liga? – 32 mecze, 22 gole) i FC Martigues (Division 2, 19 meczów, 5 goli). Potem było juz przejście do Wisły.

A u czyjego boku Franek zakładał koszulkę Strasbourga?

Kilku niezłych grajków się znalazło: Frank Lebouef, Franck Sauzee, Xavier Gravelaine, Marc KellerYannick Rott, David Regis, Valerien Ismael, Gerald Baticle czy Olivier Dacourt

… ale i tak wiadomo, że Frankowski z nich wszystkich był, jest i będzie najlepszy :)

B.

Radolsky, Porázik, Barčík… Ekstraklasa a Letné olympijské hry Sydney 2000

Ciekawe fakty z historii futbolu warto sobie utrwalać, przypominać czy powtarzać, bo pamięć z wiekiem bywa dobra, ale krótka. Słowacja, jeśli awansuje na mundial w RPA z naszej arcycienkiej grupy, po raz pierwszy świętować będzie awans do jednej z dwóch największych imprez piłkarskich. Piłkarze słowaccy na dużym turnieju już raz jednak grali. 2000 rok, igrzyska olimpijskie w Sydney i Dušan Radolsky na ławce rezerwowych.

Jak to się stało, że chłopcy-duszanowcy na Antypody pojechali? Najpierw wygrali trudną grupę eliminacyjną do MME, wyprzedzając w grupie Portugalię i Rumunię, a w fazie play-off Rosję. Nie jestem do końca pewien, czy by zagrać w MME musieli te mecze w ogóle rozgrywać, bo turniej finałowy odbywał się właśnie u Słowaków. W grupie radzili sobie bardzo dzielnie: wygrali z Turcją (2:1), zremisowali z Włochami (1:1, Italia z Pirlo na czele to późniejsi triumfatorzy) i w końcu, w meczu de facto o igrzyska, pokonali 2:0 Anglików z Carragherem czy Gerrardem! Przegrana w meczu o III miejsce z Hiszpanią (0:1) nie miała większego znaczenia.

Przy okazji: Polska młodzieżówka też grała wówczas z Anglikami. W Southampton baty były straszne, bo rąbnęli nas piątką. Za to rewanż w Płocku był nasz. 3:1 i najlepsza rzecz, jaka udała się w życiu Pawłowi Sobczakowi.

Na igrzyska Radolsky powołał następujących grajków. Pogrubione nazwiska to znajomi z polskiej ligi. Tak, tak: Barčík to numer 10!

1 Kamil CONTOFALSKY 03/06/1978 GK
2 Marian CISOVSKY 02/11/1979 DF
3 Miroslav DROBNAK 29/05/1977 MF
4 Peter HLINKA 05/12/1978 DF
5 Peter LERANT 30/01/1977 DF
6 Milos KRSKO 23/10/1979 DF
7 Karol KISEL 15/03/1977 MF
8 Michal PANCIK 17/12/1971 MF
9 Juraj CZINEGE 29/10/1977 MF
10 Miroslav BARCIK 26/05/1978 MF
11 Jan SLAHOR 16/05/1977 FW
12 Martin PETRAS 02/11/1979 DF
13 Martin VYSKOC 10/06/1977 FW
14 Andrej SUPKA 22/01/1979 DF
15 Marek MINTAL 02/09/1977 MF
16 Radoslav KRAL 20/02/1974 MF
17 Andrej PORAZIK 27/06/1977 FW
18 Martin LIPCAK 22/12/1975 GK
22 Jan MUCHA 20/06/1978 GK

Faworytem grupy byli Brazylijczycy z Ronaldinho w składzie. Jako kandydatów do drugiego miejsca ustawiano RPA (Fortune, Buckley, Nomvete…) oraz Japonię (wicemistrzów świata sprzed roku w tej kategorii wiekowej, grających jednak bez Shinji Ono, za to z Nakatą). Słowacja, cóż. Absencja największej gwiazdy (Jarolima) oraz fakt, że – mimo wszystko – awans uzyskała w turnieju na własnym terenie, nie czyniły faworytem. Słowakom wystarczyć miało to, że po raz pierwszy od czasu rozpadu Czechosłowacji, ich kraj był reprezentowany w turnieju piłkarskim tak wysokiej rangi.

Pierwszy pojedynek to bój z Canarinhos. W 26. min gry, cały naród brazylijski musiał mieć oczy wielkości 50 koron, bo ich ulubieńcy dostawali w tytę od nic nie mówiącego im państwa. Jan Slahor podawał, a akcję wykończył… Ano, nie kto inny, jak Andrej Porazik.

Jednak już cztery minuty później wyrównał Edu, w 67. min swojaka wbił Cisovsky, a w doliczonym czasie strzelił Alex, po asyście Mozarta (tego, który wg Przeglądu Sportowego mógł grać dla Polski). I skończyło się na 3:1.

W meczu z Japonią długo utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Jednak w 67. min (znów!) Nakata, siedem minut później Inamoto skarcili Słowaków. Gol Porazika na siedem minut przed końcem okazał się być tylko honorowym trafieniem. 1:2 i… wciąż teoretyczne szanse na awans.

Tak się bowiem złożyło, że Brazylia przegrała z RPA i po dwóch meczach Japonia miała 6 pkt, a Brazylia i RPA po trzy. Gdyby więc w ostatniej kolejce Azjaci puknęli Brazylię, a Słowacja kadrę Bafana Bafana

Japończycy mogli się zemścić na Brazylii za igrzyska sprzed czterech lat, gdzie pomimo sześciu pkt na koncie, nie wyszli z grupy. Brak Nakaty (pauzował za kartki) okazał się jednak kluczowy – Canarinhos wygrali 1:0.

A Słowacy? Choć pewnie wiedzieli, że Brazylijczycy prowadzą już od 5. minuty, walczyli dzielni. I wygrali z RPA 2:1. Ale z grupy nie wyszli, kończąc na czwartym miejscu – nawet za RPA, które pokonali.

South Africa – Slovakia 1:2
0:1 (’47) Czinege
0:2 (’72) Slahor
1:2 (’75) McCarthy

Oto jak spisały się ”nasze” grajcary w Sydney. Poza Porazikiem, szału ni ma.

Miroslav Drobňák, numer 3


Brazylia od 75. min
Japonia od 77. min
RPA do 69. min

W Polsce: jedna runda (wiosna 2004) dla Groclinu – 5 meczów i 2 gole (z Polkowicami i Wisłą)

Peter Lérant, numer 5


Brazylia 90 min
Japonia 90 min
RPA 90 min

W Polsce: jedna runda (wiosna 2007) dla Wisły Płock – w lidze 12 meczów, z pucharami Polski i ekstraklasy: 17 gier. I aż 8 żółtych kartek.

Miroslav Barčík, numer 10

Brazylia od 80 min
Japonia 0 min
RPA 0 min

W Polsce: świetny transfer Polonii Bytom. Na razie trzy dobre mecze i jeden cudny gol. Wcześniej aż trzy mistrzostwa Słowacji z Żyliną.

Andrej Porazik, numer 17

Brazylia do 75. min i gol na 1:0
Japonia 90 min i gol na 1:2
RPA do 91 min

W Polsce: dwie rundy dla Groclinu. Wiosna 2005 – 12 meczów i 3 gole w lidze, do tego dwa w Pucharze Polski [później zdobytym], świetny początek – cztery gole w trzech meczach ; jesień 2006 – w lidze 11-0, jeden gol w Pucharze UEFA z Duklą Bańska Bystrzyca. W następnym sezonie po odejściu z Polski – mistrzostwo z Żyliną i 12 goli w 34 meczach.

Ciekawe, że ci, którzy wtedy odgrywali drugoplanowe role, u nas rządzą i na odwrót – podstawowi u Radolsky’ego nie potrafili się odnaleźć nad Wisłą. Ale, jak mówi słowackie przysłowie: ”Nikto múdry z neba nespadol” (nikt mądry z nieba nie spadł). Czy coś.

B.

Gdzie PZPN mógłby wysłać faks z pytaniem o mecz towarzyski?

Dziś w Tallinie Brazylia zagra towarzyski mecz z Estonią. Powtórzę dla lepszego efektu – z Estonią. Zestawienie przeciwników na pierwszy rzut oka może się wydawać egzotyczne (Brazylia zajmuje 1. miejsce w rankingu FIFA, Estonia 112.), ale po analizie spotkań, które Kanarki rozegrały z ekipami ze Starego Kontynentu w ciągu ostatnich 10 lat, wychodzi na to, że jednak przypadkowe nie jest.

2000 – Walia (3-0, Cardiff), Anglia (1-1, Londyn)

2001 – [nie liczę Pucharu Konfederacji, gdzie grali m.in. z Francją]

2002 – Islandia (6-1, Cuiaba), Jugosławia (1-0, Fortaleza), Portugalia (1-1, Lizbona),

2003 – Portugalia (1-2, Porto) [nie licze Pucharu Konfederacji, gdzie grali m.in. z Turcją]

2004 – Irlandia (0-0, Dublin), Węgry (4-1, Budapeszt), Francja (0-0, Paryż), Niemcy (1-1, Berlin),

2005 – Chorwacja (1-1, Split) [nie liczę Pucharu Konfederacji, gdzie grali m.in. z Grecją]

2006 – Rosja (1-0, Moskwa), Norwegia (1-1, Oslo), Walia (2-0, Londyn), Szwajcaria (2-1, Bazylea)

2007 – Portugalia (0-2, Londyn), Anglia (1-1, Londyn), Turcja (0-0, Dortmund)

2008 – Irlandia (1-0, Dublin), Szwecja (1-0, Londyn),

2009 – Portugalia (6-2, Gama), Włochy (2-0, Londyn) [nie liczę Pucharu Konfederacji, gdzie grali m.in. z Włochami]

W powyższym wypisie pogrubiłem drużyny, których reprezentacje są mniej więcej na równi z Polską albo są od niej słabsze – jak widać nie są to potęgi. Jeśli dodać do tego, że w ciągu ostatniej dekady Canarinhos potykali się towarzysko jeszcze z takimi ekipami jak Panama, Tajlandia, Nigeria, Jamajka, Korea Południowa, Chiny, Arabia Saudyjska, Malezja, ZEA, Hong Kong, Gwatemala, Haiti czy Kanada, to wychodzi na to, że może z nią zagrać praktycznie każdy. Jeśli tylko chce.

Polska nie chce zagrać z Brazylią. Zawsze pojawia się jakieś ”ale”. Za wysokie koszty, zły termin, wymagania hotelowe, dziwne godziny transmisji itd. itp. W podobnym klimacie była niedawno rozmowa pod kątem występu w Polsce Argentyny (przy okazji – oni ostatnimi czasy grała ona z Walią, Węgrami, Szwajcarią, Norwegią, Białorusią i Szkocją) – że za drogo, się nie zwróci a jeszcze prawdopodobne, że Ayala nie dotrze. Żeby tylko, broń Boże, nie przyjechali. Zamiast tego PZPN ciąga kadrę w czerwcu na bezsensowny wyjazd do RPA (odpowiedzialni za mecz na studenckim klepisku z Irakiem powinni trafić przed sąd!), funduje jej partnerów z dna europejskiej piłki (od 2002 roku pięciokrotnie graliśmy z Estonią [sic!], trzykrotnie z Wyspami Owczymi, dwukrotnie z Albanią i Macedonią) albo jakiś średniaków. Takie spotkania nikogo nie interesują, z piłkarzami włącznie. Tym bardziej mecze towarzyskie powinniśmy grać z silnymi ekipami.

Dlatego właśnie powinniśmy zmierzyć się z Brazylią. Mecz z Brazylią nobilituje, sprawia, że pół świata zainteresuje się również przeciwnikiem Canrinhos. Ostatni raz taka przyjemność spotkała nas w 1997 roku a więc 12 lat temu. Pora to zmienić. Może Grzegorz Lato aranażację konfrontacji z piłkarską emanacją samby mógby potraktować jako kolejny krok w mozolnej pracy nad swoim PR-em? Wtedy polscy kibice mogliby zachować się jak kilka lat temu Grecy opisywani przez Steca w jednym z jego fajniejszych felietonów – „Gramy z Brazylią, wynik nie ma żadnego, ale to żadnego znaczenia, nareszcie gramy z Brazylią, niech Brazylia zdemoluje naszą niezwyciężoną defensywę, niechby nawet następnego ranka miał być koniec świata, jeśli graliśmy z Brazylią, to i tak nic lepszego się nam nie trafi!”.

P.

Obsada wiślackiej bramki a gospodarka wolnorynkowa

Obecność Mariusza Pawełka w bramce Białej Gwiazdy każe na nowo zastanowić się nad pewnymi mechanizmami rządzącymi gospodarką wolnorynkową. Jeśli dentysta dwa razy pod rząd wyrwie nam zdrowy ząb, to prawdopodobnie już nigdy nie skorzystamy z jego usług. Jeśli kierowca autobusu kończy każdy swój kurs na drzewie, to raczej dość prędko zostanie z tej pracy wyrzucony. Jeśli wreszcie jedyną osobą zadowoloną z występów teatralnego aktora jest sam aktor, to chyba nie opłaca się w takiego Hamleta więcej inwestować. Przekładając powyższe przykłady w okolicę krakowskiej bramki – jeśli golkiper popełnia błąd w niemal każdym meczu i jeśli mimo to uparcie twierdzi, że on nigdy nie jest winny, to logiczną konsekwencją byłoby zastąpienie go kimś innym. Jednak włodarze Białej Gwiazdy najwyraźniej kierują się innym rachunkiem zysków i strat.

Zabraknie palców, aby wyliczyć kiksy popełniane przez Pawełka. Dowcip polega na tym, że w Ekstraklasie większość drużyn jest tak mierna, że nawet jeśli Wisła głupio straci jakąś bramkę, to zaraz i tak dwie strzeli. Choćby dziś – bramka Caiado potraktowana będzie jako anegdotka, bo przecież krakusi i tak wygrali (podobnie było w meczu z Górnikiem na jesieni). Gorzej jednak, że już w  meczach z silniejszymi drużynami głupie starty kosztowały ekipę spod Wawelu zwykle trzy punkty – tak było w potyczkach z Lechem czy ze Śląskiem. A o tym jak naprawdę kosztowne mogą być tego typu błędy przekonano się na Reymonta dopiero w europejskich pucharach, a w zasadzie w czymś co za kilka rund miało nimi być:

Nie warto nawet wspominać o sytuacjach, w których bramki nie padły a niefrasobliwego golkipera ratowali koledzy z obrony, słupki, poprzeczki i nieprecyzyjność przeciwnika. A przecież niewiele brakowało, żeby zamroczona reakcja Pawełka odebrała Wiśle mistrzostwo – w kluczowym momencie arcyważnego meczu z Lechią Gdańsk przespał podanie od swojego obrońcy.

W każdym wolnorynkowym przesiębiorstwie zrezygnowano by z usług Pawełka – okazały się one nie najwyższej jakości, więc trzeba poszukać nowego wykonawcy. Wisła jednak obecnie nie jest przedsiębiorstwem, które funkcjonuje w ramach jakiegokolwiek ziemskiego systemu – stanowi ona podmiot pewnego osobnego rynku, na którym Panem Niewidzialną Ręką jest Jacek Bednarz. Jego obecność w strukturach Legii była nieporozumieniem, ale pobyt pod Wawelem to już dno. Markowanie ruchów transferowych, sprzedaż Baszczyńskiego (Łobodziński na prawej obronie…), totalny marazm no i te tabuny ”testowanych” bramkarzy. Przynajmniej kilku z nich przerastało Pawełka o głowę (Nurkovic, Silanpaa czy Vanstrattan), ale prawda jest taka, że gdyby Wisła chciała kupić jakiegoś golkipera już dawno by to zrobiła.

Niewykluczone jednak, że w całej tej sytuacji najbardziej poszkodowany jest… sam Pawełek. Może po prostu wsadzono go na za wysokiego konia, a teraz nikt nie chce mu pomóc zejść, bo łatwiej śmiać się, że dżokej jest kiepski niż przyznać się, że samemu źle przygotowało się konia do biegu.

P.

Nudno o pasjonującym spektaklu czyli ”Telewizyjna transmisja sportowa czyli największy teatr świata”

Jeśli po lekturze „Media-Eros-Przemoc. Sport w czasach popkultury” ktoś zabiera się za temat sportu w telewizji, to powinien mieć do powiedzenia coś faktycznie istotnego w tej materii. Tak niestety nie dzieje się w przypadku książki Andrzeja Ostrowskiego ”Telewizyjna transmisja sportowa czyli największy teatr świata”.

Główną wadą tej pozycji (pomimo, że stanowi ona rozprawę doktorską) jest to, że porusza się ona w sferze banału – mówi o rzeczach oczywistych bądź też absolutnie podstawowych, często ewidentnie dorabia teorię do życia a czynione przez nią systematyki poszczególnych obszarów tematycznych dokonywane są na siłę. Oto próbka – autor dokonuje podziału na rodzaje dramaturgii i wskazuje co na nie wpływa: dratamurgia ogólna -> dramaturgia zewnętrzna -> pobudzona. Składa się na nią: (…), zaufanie do komentatorów, przekonanie o wyższości obrazu telewizyjnego nad obserwacją na miejscu wydarzeniamożliwość odreagowania i zaspokojenia potrzeb, zadowolenie z zakupu abonamentu, dekodera i odbiornika. Jednym słowem enumeracja oczywistości nad którymi szczegółowo nie warto się pochylać, bo wszyscy świetnie sobie z nich zdają sprawę. Wiadomo – „rodzaje maskotek, podstawowy podział”.

Jeszcze gorzej sprawy się mają, gdy autor zabiera się za analizą języka mówionego sportu, a więc bierze pod lupę pracę komentatorów. Taśmowo wypisuje terminy, które podpadają pod stworzone przez niego kategorie. Np. pisząc o zapożyczeniach obcojęzycznych poświęca dwie strony na wypis zapożyczonych terminów ogólnosportowych typu fanklub, krecz, aut, walkower czy nokuot. Obficie zwraca uwagę na neologizmy (libero, szczypiorniści) i na wątpliwe błędy stylistyczne (”uderzył na bramkę”, ”uderzył głową”, ”otrzymał żółtą kartkę”). Według tego szablonu zbudowane jest 80 stron książki.

Gdybym miał jednak wskazać wartościowe aspekty książki, to kilka kartek też by się znalazło. W „Telewizyjnym…” znajduje się sporo (chwilami za dużo) interesujących danych telemetrycznych, czyli ilu widzów oglądało Igrzyska, ilu EURO 2004 a ilu Adama Małysza. Często szuka się takich liczb, żeby coś przyszpilić konkretem i ciężko takie dane znaleźć. Tu one są. Fajna jest też analiza telegeniczności (zespół warunków technicznych, który stanowi o możliwości przeprowadzenia profesjonalnej transmisji) i widowiskowości (zespół warunków danej dyscypliny wpływający na jej atrakcyjność) poszczególnych dyscyplin sportowych.

Obawiam się, że lekturą „Telewizyjnej transmisji sportowej” będą rozczarowani wszyscy, którzy po nią sięgną. Socjologowie nie dowiedzą się z niej absolutnie niczego nowego na temat społecznego fenomenu widowiska sportowego. Medioznawcy nie przeczytają w niej nic odkrywczego na temat form obecności sportu w telewizji ani nie posiądą ezoterycznej wiedzy na temat sposobu budowania transmisji. Wreszcie językoznawcom podczas wertowania kolejnych wypisów będzie towarzyszyło uczucie oczywistości. A kibice sportowi? Oni w ogóle nie mają po co sięgać po książkę Ostrowskiego.

P.