Tournoi de France 1997 – wielkie mecze rok przed wielkim turniejem

Tournoi de France 1997

Tournoi de France 1997Pomysł, by Puchar Konfederacji odbywał się na rok przed mistrzostwami świata w miejscu ich rozgrywania, uważam za zbawczy dla turnieju. Sama formuła mini-pucharu 12 miesięcy przed MŚ nie jest oczywiście nowa, a najciekawsze takie przedsięwzięcie rozegrano w 1997 roku. Tournoi de France godnie zapowiadał najlepszy mundial, jaki odbył się za mojego kibicowskiego życia.

Tournoi de France 1997 - bilet z meczu Francja - Anglia
Tournoi de France 1997 – bilet z meczu Francja – Anglia

Byli na Tournoi de France, nie pojechali na Coupe du Monde

Francja zaprosiła trzy drużyny: Brazylię (mistrzów świata), Włochy (wicemistrzów świata) i Anglię (pogromców Polaków ;) Stadiony w Montpellier, Nantes, Lyonie i Paryżu (Parc des Princes) aż roiły się od gwiazd światowego futbolu.

Tournoi de France 1997 - składy z meczu Brazylia - Anglia
Tournoi de France 1997 – składy z meczu Brazylia – Anglia

Jest kilku panów, którzy o ile dobrze pamiętam, mundial ’98 oglądali w telewizji, m.in. John Scales, Lee Clarke (co to w ogóle są za ludzie?!), Marc Keller, Ibrahim Ba, Pierre Laigle, Stefano Torrisi, Gianfranco Zola, Marcio Santos, Ze Maria, Celio Silva, Ze Roberto, Mauro Silva, Djalminha, Flavio Conceicao, Nunes a przede wszystim – boski Ro… ale o nim później.

W pierwszym spotkaniu turnieju gospodarze zmierzyli się z Brazylią. Mistrzowie świata byli świeżo po porażce 2:4 z Norwegią

i obiecywali swoim fanom rehabilitację. Francuzi nie kryli, że ich wymarzonym finałem MŚ byłby właśnie pojedynek z Brazylią (prorok jaki, czy co?). Na Stade Gerland padł remis 1:1, ale mecz ten nie zapadł w pamięć z powodu wyrównującego gola autorstwa Marca Kellera (choć dobitka z trzech metrów po strzale Floriana Maurice’a to na pewno największe osiągnięcie w karierze b. gracza KSC, West Ham i Portsmouth). 3 czerwca 1997 roku Brazylijczyk Roberto Carlos da Silva Rocha zaprzeczył, że ma cokolwiek wspólnego z prawami fizyki. Była 21. minuta meczu, piłkę od bramki Bartheza dzieliło jakieś 35 metrów…

A więc 1:1 w meczu drużyn, które nie musiały walczyć w eliminacjach do Coupe de Monde. Duet Ro-Ro nie pokazał jeszcze mocy, choć Ronaldo szarpał mocno.

Najbardziej dostało się w prasie Giovanniemu. A na zdjęciu w tle ściana / galeria sław. O niej później.

3.06.1997, Lyon. FRANCJA – BRAZYLIA 1:1 (0:1)
Bramki: Keller (59.) – Francja; Roberto Carlos (21.) – Brazylia. Francja: Barthez – Candela Ż, Blanc, Desailly (66. Thuram), Lizarazu – Ba, Zidane, Deschamps Ż, Karembeu (17. Vieira) – Maurice, Pires (46. Keller). Brazylia: Taffarel – Cafu, Celio Silva, Aldair (87. Goncalves), Roberto Carlos – Giovanni (72. Djalminha), Mauro Silva Ż, Dunga Ż, Leonardo – Ronaldo, Romario (78. Paulo Nunes)

Drugi mecz to pojedynek – wówczas – znajomych z eliminacji do MŚ (również naszych znajomych). Anglia i Włochy były niecałe cztery miesiące po spotkaniu na Wembley (zolowe zwycięstwo Włochów), a przed 0:0 dającym bilety do Francji Anglikom. Glen Hoddle dał odpocząć po meczu w Chorzowie z Polską (cztery dni wcześniej) swoim dwóm asom: Shearer i Gascoigne usiedli na ławie. A i tak Anglicy wygrali łatwo. 2:0 było zasługą debiutującego w kadrze Paula Scholesa. Najpierw wspaniale zagrał przez pół boiska do Iana Wrighta i 33-letni napastnik strzałem z woleja pokonał Angelo Peruzziego. Tuż przed przerwą role się odwróciły. Wright podał do Scholesa i ten ładnym strzałem z pierwszej piłki strzelił drugiego gola.

4.06.1997, Nantes. ANGLIA – WŁOCHY 2:0 (2:0)
Bramki: Wright (26.), Scholes (43.). Widzów 25 tys. Sędziował I. Benko (Austria). Anglia: Flowers – Pearce, Southgate, Keown, P. Neville, Ince Ż, Le Saux (46. G. Neville), Beckham Ż, Scholes Ż, Sheringham (78. Gascoigne Ż), Wright (75. Cole). Włochy: Peruzzi – di Livio, Ferrara, Cannavaro Ż, Costacurta, Bennarivo, D. Baggio, di Matteo (18. Fuser), Albertini, Zola, Casiraghi

Po dwóch dniach przerwy w turnieju gospodarze podejmowali Anglików. Ku rozpaczy Francuzów, jedynego gola spotkania strzelił na 5 min przed końcem niezawodny Szira (gol od 2:00)

7.06.1997, Montpellier. FRANCJA – ANGLIA 0:1 (0:0)
Bramka: Shearer (86.) Francja: Barthez – Thuram, N’Gotty, Blanc, Laigle (83. Lizarazu), Deschamps, Vieira, Djorkaeff, Keller, Ouedec (62. Loko), Dugarry (76. Zidane) ; Anglia: Seaman – G. Neville, P. Neville, Southgate, Campbell, Le Saux, Beckham (76. Lee), Gascoigne, Shearer, Wright (80. Sheringham), Batty (46. Ince)

Mecz Włochów i Brazylijczyków to było tak znakomite widowisko, że znalazło się nawet na znaczkach z Turkmenistanu jako… mecz MŚ ’98.

W tym pojedynku było wszystko: piękne gole Del Piero, Ronaldo i Romario, karny po faulu na Pippo :), samobóje, słupki i poprzeczki. Było wszystko.

8.06.1997, Lyon. BRAZYLIA – WłOCHY 3:3 (1:2)
Bramki: Del Piero (6. i 62. [k]), Aldair (23., sam.) – Lombardo (35., sam.), Ronaldo (71.), Romario (85.) ; Brazylia: Taffarel – Cafu, Célio Silva, Aldair, Roberto Carlos, Mauro Silva (Flávio Conceição), Dunga, Denílson, Leonardo, Romário, Ronaldo ; Włochy: Pagliuca, Panucci, Cannavaro, Costacurta, Maldini (Di Livio) – Di Matteo, Albertini, Dino Baggio (Fuser), Lombardo – Vieri (Inzaghi), Del Piero

Przed trzecią serią gier, zwycięstwo w turnieju mieli już zapewnione Anglicy. Mecz z Brazylią był reklamowany jako pojedynek najlepszych napastników świata: Ronaldo i Shearera.

Hoddle mówił: – Przybyliśmy tu po naukę i doświadczenie, a w futbolu nie ma lepszego nauczyciela niż Brazylia. Ale najlepszy napastnik świata gra u mnie. I jest w szatańsko dobrej formie. Po prostu diament na boisku.

Jedynego gola strzelił jednak Romario. Pięknego gola. Do zobaczenia w 7:14 tego fantastycznego filmiku o Ro-Ro. A wideo zaczyna się od popisów w meczu z Polską.

10.06.1997, Paryż (Parc des Princes) BRAZYLIA – ANGLIA 1:0 (0:0)
Bramka: Romario (61.) ; Anglia: Seaman – Keown (21. G. Neville), Southgate, Campbell – P. Neville, Gascoigne, Scholes (75. Lee), Ince, Le Saux – Sheringham (75. Wright), Shearer. Brazylia: Taffarel – Cafu, Celio Silva, Aldair, Roberto Carlos – Flavio Conceicao, Dunga, Denilson (22. Djalminha), Leonardo (82. Ze Roberto); – Romario, Ronaldo

Po meczu przede wszystkim cieszyli się jednak Anglicy – zwycięzcy Tournoi de France.

 

Gospodarzom nie udało się odnieść ani jednego zwycięstwa w turnieju. W ostatnim meczu imprezy jeszcze w 89. minucie prowadzili z Włochami 2:1, ale gol Alessandro del Piero z karnego (tu od 0:28) zapewnił wicemistrzom świata remis 2:2. Z ciekawostek: w bramce Francji stał debiutujący Lionel Charbonnier, który zastąpił między słupkami Fabiena Bartheza, bo tego wciąż bolały dłonie po tym, jak zdeptał je Alan Shearer zdobywając gola.
A Park Książąt po raz kolejny okazał się pechowy w końcówce dla gospodarzy. W 1994 roku gol Bułgara Emila Kostadinowa w ostatniej minucie wyeliminował Francuzów z udziału w World Cup w USA.

11.06.1997, Paryż (Parc des Princes) FRANCJA – WŁOCHY 2:2 (1:0)
Bramki: Zidane (12.), Djorkaeff (72.) – Casiraghi (61.), Del Piero (90. – karny) ; Francja: Charbonnier, Thuram, Leboeuf, Desailly (85. N’Gotty), Lizarazu, Ba, Deschamps, Zidane, Karembeu (66. Vieira), Dugarry, Maurice (64. Djorkaeff) ; Włochy: Pagliuca, Nesta, Costacurta (46. Torrisi), Cannavaro, Maldini, Lombardo, Di Livio, Di Matteo, Zola (55. Panucci), Casiraghi (77. Vieri), Del Piero

Wspominana galeria sław – jedna z trybun Stade Gerland w Lyon – to ściana z 32 najlepszymi piłkarzami świata. Najlepszymi wg Michela Platiniego, więc nie dziwota, że w tym gronie znalazł się Zbigniew Boniek. Wśród „sławnych” zabrakło za to m.in. Niemca Franza Beckenbauera, jedynego człowieka, który zdobył mistrzostwo świata jako zawodnik i trener. Platini siebie też umieścił, oczywiście. A Bońka widać bardzo wyraźnie.

A oto pełna lista:
Florian Albert (Węgry), Gordon Banks (Anglia), George Best (Irlandia Płn.), Zbigniew Boniek (Polska), Antonio Carbajal (Meksyk), Bobby Charlton (Anglia), Johan Cruyff (Holandia), Didi (Brazylia), Alfredo di Stefano (Argentyna), Eusebio (Portugalia), Just Fontaine (Francja), Garrincha (Brazylia), Francisco Gento (Hiszpania), Raymond Kopa (Francja), Laszlo Kubala (Węgry), Sepp Maier (Niemcy), Diego Maradona (Argentyna), Stanley Matthews (Anglia), Roger Milla (Kamerun), Gerd Mueller (Niemcy), Johan Neeskens (Holandia), Daniel Pasarella (Argentyna), Pele (Brazylia), Michel Platini (Francja), Ferenc Puskas (Węgry), Roberto Rivelino (Brazylia), Juan Alberto Schiaffino (Urugwaj), Luis Suarez (Hiszpania), Marco van Basten (Holandia), Lew Jaszyn (ZSRR), Zico (Brazylia), Dino Zoff (Włochy)

Spoiwo i przeszkoda. "Sport w stosunkach międzynarodowych".

Sam fakt pojawienia się na polskim rynku takiej pozycji traktuję jako dobry omen. Związki sportu z szeroko rozumianymi naukami społecznymi przypominają relacje Wokulskiego z Izabelą Łęcką. Ten pierwszy by bardzo chciał bliższych relacji, ale ten drugi trzyma go na dystans i to na dodatek z lekkim pobłażaniem. Choć na Zachodzie sport jest pełnoprawnym przedmiotem refleksji naukowej u nas wciąż traktowany jest z przymrużeniem oka. Dlatego „Sport w stosunkach międzynarodowych” to zbiorek ze wszech miar zasługujący na przyklaśnięcie. Zwrócenie uwagi na dość niezwykły i zróżnicowany wkład sportu (w tym piłki nożnej) w międzynarodowe relacje było z jednej strony tematem-samograjem, z drugiej strony nikt nie chciał się schylić, żeby tę monetę podnieść.

Co więc znajduje się w książce? Od razu muszę ostrzec – pierwsza część nie jest dla przeciętnego kibica zbyt interesująca (ba, może być dla niego śmiertelnie nudna). Najpierw bowiem przytaczane są różne teorie stosunków międzynarodowych i miejsce jakie zajmuje w nich sport, potem jeden z autorów pisze o regulacjach prawnych w działaniach sportowych. Potem są już tylko artykuły ciekawe i ciekawsze. Do kategorii „ciekawe” zaliczyłbym trzy teksty.

Paweł Burzała w swoim dość długim artykule o globalizacji sportu może nie mówi żadnych nowych rzeczy w tym temacie, natomiast niewątpliwie porządkuje zagadnienie. Zwraca uwagę na trzy główne wymiary globalizacji sportu (i liczne podwymiary): wymiar społeczny, ekonomiczny i polityczny. Mnie szczególnie zainteresował przytaczany przez autora projekt ‚Football fo Peace‚ (F4P), mający przy wykorzystaniu piłki nożnej doprowadzić do pokojowego spotkania (i pogodzenia) poróżnionych grup/ państw/ narodów.

Marta Mickiewicz pisze o sporcie w dyplomacji publicznej i zwraca uwagę na pewne myślenie o nim jako istotnym elemencie budowania wizerunku państwa i rozwoju współpracy międzypaństwowej. Wspomina o ciekawym projekcie SportUnited (rozwój i promocja sportu wśród młodzieży w wieku 7 – 17 lat, zakładająca wymiany sportowców np. na linii USA – Iran) a także o formach promocji miast-gospodarzy Igrzysk (trzy główne hasła Olimpiady w Pekinie – People’s Olympics, High-Tech Olympics, Green Olympics). W międzyczasie pojawia się wiele ciekawostek i empirycznych/ liczbowych dowodów na istnienie zjawisk o których dobrze się wie, że istnieją, ale trudno znaleźć jakieś konkretne dane – np. muzeum FC Barcelony odwiedza rocznie 1.16 mln turystów a gigantem w dziedzinie organizacji międzynarodowych imprez sportowych jest… Dubaj (tenisowe The Dubai Tennis Championship, rajdy samochodowe UEA Desert Challange, turniej rugby Dubai Rugby Sevens czy gonitwy konne Dubai World Cup).

Tekst Andrzeja Polusa z kolei to esej na temat Igrzysk Commonwealthu (Brytyjskiej Wspólnoty Narodów czyli wspólnoty państw skupiającej Wielką Brytanię i znaczną część jej byłych kolonii, które obecnie są niepodległe). Turniej rozgrywany jest co 4 lata (pokrywa się datą z zimowymi IO) i autor pokazuje jego ewolucję wynikającą z ruchów „tektonicznych” w Imperium Brytyjskim (oderwanie się Indii, rozpad Imperium, segregacja rasowa w RPA). Przy okazji Polus przytacza opisywany przez Arjuna Appaduraia przypadek globalizacji krykieta – ta typowo brytyjska dyscyplina uległa hinduizacji i dziś jest ikoną indyjskiej narodowości. Przyczyną tego stanu rzeczy jest fakt – jak pisze Appandurai – że krykiet to ‚twarda forma kulturowa’, która przenosi się z ‚wraz z całym układem powiązań między wartościami, znaczeniem i zawierającymi się w nich praktykami, które są trudne do przerwania i nie poddają się transformacji […] krykiet jest twardą formą kulturową, która zmienia raczej wychowanych w niej graczy niż zmienia się sama’.

Do najbardziej interesującej grupy zaliczam trzy teksty dwóch autorów – dwa Marzeny Józefczyk i jeden Raffaela Poliego. Pierwsza autorka, choć pisała o dwóch różnych kwestiach stworzyła teksty bardzo podobne. Oba są  uporządkowane, usystematyzowane, klarowne i przeprowadzone w bardzo konsekwentny i logiczny sposób. W pierwszym tekście na warsztat wzięto kwestię już mocno oklepaną – upolitycznienie igrzysk olimpijskich. Mimo to, udało się napisać rzecz całkiem świeżą a także przydatną w ramach podręcznego mikrovademecum tematycznego. Pomimo tego, że większość opisywanych przypadków jest dobrze znana (Berlin 1938, Monachium 1972, Moskwa 1980, Los Angeles 1984, Pekin 2008), to warto sobie jeszcze raz poukładać kto, z kim, co i dlaczego bojkotował. Natomiast tekst o roli sportu w dążeniach niepodległościowych, oprócz przywołania ciekawej systematyki przejawów nacjonalizmu, zaskakuje świeżością sportowych przykładów. I tak autorka pisze o sporcie jako sile dezintegrującej (przykład Jugosławii i republik byłego ZSRR), dekolonizacyjnej (przykład Algierii i kilku innych państw afrykańskich; autorka przywołuje tzw. prawo Bordes’a, które to mówiło, że w każdym muzułmańskim klubie musi występować co najmniej trzech graczy europejskich – Francuzi wprowadzili ten przepis w swoich koloniach, aby państwa afrykańskie nie wykorzystywaly swoich ligowych drużyn piłkarskich jako przyczółków emancypacji), sile niepodległościowej (Tybet, Grenlandia, Palestyna, Czeczenia, Katalonia i inne państwa non-FIFA Board; świetny przykład katalońskiej reprezentacji hokeja na wrotkach) i wreszcie sile tworzącej poczucie wspólnoty (Puchar Federacji Społeczeństw Studentów Muzułmańskich czy inicjatywa Kurd Stars).

Wreszcie tekst Raffaele Poliego – wisienka na torcie:) Autor – geograf i socjolog – opierając się na własnych badaniach oraz na zebranych materiałach opisuje proces migracji afrykańskich piłkarzy. Opisuje on uwarunkowania historyczne zjawiska (np. ‚zabieranie’ graczy z kolonii do swoich reprezentacji vide Ben Barek a z drugiej strony odgórny zakaz powoływania graczy afrykańskich grających w Europie do reprezentacji afrykańskich jako kara za ‚zdradę’), wskazuje (świetne mapki) główne kierunki migracji afrykańskich piłkarzy – obok klasycznych destynacji (Francja) nieco zaskakuje prawdziwy tranzyt do takich państw jak Wietnam czy Malezja (przy okazji przywołany jest ciekawa sprawa Nigeryjczyka Colly’ego Barnesa – zawodnik ten występujący w lidze Hong Kongu, korzystając z letniej przerwy w meczach, przez 5 lat grał także… w rozgrywkach ligi Bangladeszu), a także podkreśla konsekwencje kulturowe procesu (ciekawa diagnoza ‚modelu Wybrzeża Kości Słoniowej’ jako chciwego konsumenta zachodnich zachowań i gadżetów – młodzi ludzie w tym kraju nie zwracają żadnej uwagi na rodzime rozgrywki ligowe, tylko w specjalnych ‚klubach video’ godzinami oglądają mecze zachodnich lig).

Podsumowując – „Sport w stosunkach międzynarodowych” to bardzo ciekawa pozycja, w której każdy powinien znaleźć coś interesującego dla siebie – naukowcy i kibice, laicy i fachowcy. Choć nawet jeśli nie atakuje nowościami i jako całość pozostawia nieco do życzenia (chwilami bardzo wąska specjalizacja tekstów), to poszczególne artykuły prezentują solidny poziom. Polecam!

P.

Dramat Kleurrijk Elftal. Część II: drużyna

Kolorowa Jedenastka (ang. Colourful XI) powstała z inicjatywy Sonny’ego Hasnoe. Hasnoe był działaczem społecznym, który chciał pomóc biednym dzieciom surinamskim z okolic Amsterdamu – przede wszystkim z miasteczka Bijlmer, gdzie mieszkała większa populacja Surinamczyków. Hasnoe chciał wychowywać młodzież przez sport – konkretnie piłkę nożną. Dzięki temu dzieci z biedniejszych rodzin miały mieć większe możliwości do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie holenderskim.

W 1986 roku Hasnoe zorganizował na stadionie olimpijskim w Amsterdamie pierwszy mecz, pomiędzy gwiazdami holenderskiej piłki – gwiazdami pochodzącymi z Surinamu – a SV Robinhood, drużyną mistrza Surinamu. Spotkanie okazało się wielkim sukcesem, dochód przeznaczono na cele charytatywne, a Kleurrijk Elftal miała od tego czasu raz w roku grać mecze. W 1987 r. impreza odbyła się Hengelo, a w 1988 r. w Enschede. W 1989 r. drużyna miała odwiedzić Surinam, by zmierzyć się w mini-turnieju z miejscowymi SV Boxel, SV Robinhood i SV Transvaal,

Wśród piłkarzy, którzy nie polecieli, a grali we wcześniejszych meczach, były naprawdę wielkie gwiazdy. Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter, Bryan Roy czy Regi Blinker nie wsiedli do samolotu na prośbę/groźbę swoich klubów. Stanley Menzo i Hennie Meijer zignorowali zakaz wydany przez Ajax, ale do Paramaribo wybrali się wcześniej. Winston Haatrecht (SC Heerenveen) nie udał się na turniej, gdyż jego klub miał niebawem grać w barażach. Haatrecht poprosił swojego brata, by poleciał do Surinamu za niego. Jerry oczywiście się zgodził…

W katastrofie zginęło 14 zawodników i trener.

Ruud Degenaar, 25, Heracles Almelo, mocny punkt zespołu przez pięć sezonów (106 meczów); w katastrofie zginęła również jego dziewczyna; ojciec Degenaara również był piłkarzem

Lloyd Doesburg, 29, AFC Ajax, rezerwowy bramkarz, zmiennik Stanleya Menzo i Freda Grima, 5 meczów w Eredivisie

Steve van Dorpel, 23, FC Volendam; wielki talent, po sezonie miał przejść do Rody Kerkrade, ale zainteresowanie wykazywał też sam Feyenoord; przy okazji pobytu w Surinamie po raz pierwszy w życiu miał spotkać się z ojcem…

Wendel Fräser, 22, RBC Roosendaal/SVV ; wyszkolony przez Feyenoord, w Rotterdamie nie zadebiutował jednak w pierwszym zespolu; RBC przyznaje nagrodę imienia Fräsera dla najlepszego zawodnika sezonu

Frits Goodings, 25, FC Wageningen

Jerry Haatrecht, 25, Neerlandia; zginął, by mógł przeżyć jego brat Winnie; w dzieciństwie obaj kopali piłkę na Balboa Square w Amsterdamie wspólnie z Gullitem i Rijkaardem; cała czwórka trenowała potem w Ajaxie, ale profesjonalny kontrekt zaproponowano ostatecznie tylko Gullitowi i Rijkaardowi

Virgall Joemankhan, 20, Cercle Brugge; w czasach trenowania w Ajaxie, po jednej z imprez, wspólnie z Dennisem Bergkampem, został wyrzucony do rezerw; Bergkamp został w Amsterdamie, Joemankhan wyjechał do Belgii

Andro Knel, 21, NAC Breda; wcześniej gracz Spart Rotterdam; od czasu śmierci Knela, NAC i Sparta przy okazji swoich meczów ligowych, rywalizują o trofeum jego imienia, a kibice obu klubów utrzymują przyjazne stosunki; Knel był bardzo sprawny w młodości trenował też hokej na lodzie i gimnastykę

Ruben Kogeldans, 22, Willem II Tilburg; jego rodzice długo po katastrofie walczyli w sądzie o ukaranie odpowiedzialnych osób ze strony linii lotniczych; solidny defensywny zawodnik, osiem meczów w Eredivisie

Ortwin Linger, 21, HFC Haarlem; zginął na skutek obrażeń trzy dni po katastrofie; w szpitalu nie rozpoznano, że to on, Linger widniał zarówno na liście osób, które przeżyły, jak i zmarłych; ciało zidentyfikowała dopiero rodzina oraz Stanley Menzo; Linger chodził do tej samej szkoły co van Dorpel

Fred Patrick, 23, PEC Zwolle; jeden z sektorów na stadionie Zwolle nosi imię Patricka

Andy Scharmin, 21, FC Twente; jego ojciec pochodził z Niemiec, matka z Surinamu; Scharmin był kapitanem reprezentacji Holandii U-21; w młodzieżówce zagrał m.in. przeciwko Niemcom, a krótko potem znalazł się na stadionie, by obserwować mecz reprezentacji seniorów – wcześniej jednak Scharmin ”pożyczył” strój porządkowego i przy pomocy języka niemieckiego, którym świetnie władał, zakpił sobie z samego Franza Beckenbauera, prosząc go o bilet, gdy ten zbliżał się na obiekt! wspólnie z Scharminem zginęła jego matka oraz ciotka, które po wielu latach leciały odwiedzić ojczyznę…

Elfried Veldman, 23, De Graafschap; zginął dwa dni po swoich urodzinach

Florian Vijent, 27, Telstar; był tak podobny do swojego przyjaciela Stanleya Menzo, że ten pożyczał mu nawet swoje prawo jazdy

Nick Stienstra, 33, RC Heemstede (trener); urodzony w Paramaribo, jako jedyny został pochowany w Surinamie

W wypadku zginęła też matka późniejszego piłkarza – Romeo Castelana.

Przeżyło trzech członków Kleurrijk Elftal: Sigi Lens, Edu Nandlal i Radjin de Haan. Tylko ostatni z nich był w stanie wrócić potem do piłki, ale ponieważ nie potrafił już grać na takim poziomie jak wcześniej, szybko zakończył karierę.

O katastrofie i zmarłych powstała książka ”Ostateczne przeznaczenie. Zapomniana historia Kolorowej Jedenastki”.

Niech spoczywają w pokoju.

B.

Kolorowe Zespół został założony przez Sonny Hasnoe i przeznaczone do organizowania imprez piłkarskich z wpływami do organizacji charytatywnych w Surinam jest. Verder het bevorderen van integratie door middel van voetbal. Dalsze działania na rzecz integracji poprzez piłkę nożną.

Het Kleurrijk Elftal speelde zijn eerste wedstrijd in 1986 in het Olympisch Stadion in Amsterdam. Kolorowe Zespół zagrał swój pierwszy gra w 1986 w Stadion Olimpijski w Amsterdamie. De tegenstander was ‚Robin Hood’, de Surinaamse kampioen. (Wat was de uitslag?) De 2 e wedstrijd van het Kleurrijk Elftal werd gespeeld in het Fanny Blankers Koen stadion in 1987 en de 3 e wedstrijd in 1988 op het veld van sportclub Enschede. Przeciwnik był „Robin Hood”, w Surinamese mistrz. (Jaki był wynik?) The 2 nd gry z Kolorowej Zespół zagrał w Fanny Blankers Koen stadionu w 1987 r. i 3. Gra w 1988 roku w dziedzinie klubu sportowego Enschede . Beide wedstrijden werden gespeeld als afsluiting van de provinciale Sport-doe-dag voor migranten. Oba mecze były odtwarzane na koniec prowincji sportowe zrobić dzień imigrantów.

Dramat Kleurrijk Elftal. Część I: przerwany lot

Naprawdę niewiele brakowało, by przed nazwiskami tak znakomitych piłkarzy (a obecnie i trenerów) jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard, Aron Winter, Bryan Roy, Stanley Menzo czy Regi Blinker, trzeba dodawać adnotację: „śp.”. Dokładnie 20 lat temu, 7 czerwca 1989 roku samolot Surinam Airways rozbił się podchodząc do lądowania na Paramaribo-Zanderij, największe lotnisko w Surinamie. Zginęło 176 osób spośród 187 na pokładzie. Wśród zmarłych było 15 członków ekipy Kleurrijk Elftal (Colourful 11 Kolorowa Jedenastka), drużyny złożonej z piłkarzy pochodzących z Surinamu, rozgrywającej na całym świecie mecze towarzyskie. Wyżej wymienieni, na pokładzie się nie znaleźli.

Lot 764

6 czerwca o 23:25 z lotniska Schiphol w Amsterdamie wystartował samolot DC-8 surinamskich linii lotniczych. Cztery godziny lotu przebiegły bez zakłóceń. 66-letni pilot Willy Rogers miał spore doświadczenie, a nawet – w tym przypadku – zbyt spore. Piloci mogą latać do 60 lat. Rogers podał swojemu pracodawcy właśnie taki wiek, by móc jeszcze trochę polatać. Poza tym, jak się później okazało, nie miał on uprawnień do latania DC-8… Podczas podchodzenia do lądowania maszyna za szybko zeszła zbyt nisko, pośpiech wynikał prawdopodobnie z małej ilości, a mgła była większa niż się pierwotnie spodziewano. Głównym błędem pilota było wybranie niewłaściwego urządzenia do nawigacji. Pierwszy oficer wybrał Instrument Landing System pomimo sporych wątpliwości co do niego – później ujawniony zapis rozmów głosił: „Nie ufam temu ILS”… Nagle system ostrzegawczy dał sygnał, że samolot pod złym kątem i nazbyt szybko zbliża się do ziemi. Pilot nie reagował. Po chwili jeden z silników samolotu uderzył w drzewo na wysokości około 25 m, zaraz potem prawe skrzydło napotkało na kolejne drzewa. Samolot zawirował i odwrócony wrył się w ziemię. Do pasa lotniska Paramaribo-Zanderij zabrakło ok. 3 km. Była 4:27.


Po zmarłych pozostała pamięć i pomniki: 1) w miejscu katastrofy 2) na cmentarzu w Paramaribo, 3) w Amsterdamie


Przeżyło jedenaście osób z tylnej części samolotu.

Spotkanie z Afryką

Niby globalizacja, niby świat się kurczy, ale z afrykańskimi reprezentacjami polskiej kadrze jakoś nie jest szczególnie po drodze. Dość powiedzieć, że w ciągu ostatnich 20 lat biało-czerwoni potykali się z przedstawicielami Czarnego Lądu zaledwie trzykrotnie. Jest to zabawne o tyle, że na przykład w takich latach siedemdziesiątych aż sześć razy doszło do futbolowych spotkań transkontynentalnych. Dlatego dzisiejszy mecz z RPA, bez względu na skład kadry i końcowy wynik, będzie wydarzeniem pamiętnym.

Dotychczas polskie Orły krzyżowały rękawice z afrykańskimi ekipami 16 razy. Ta niewielka liczba i tak jest jednak dość myląca, ponieważ przeciwnikami było zaledwie siedem drużyn, z czego większość kilkukrotnie. Ale po kolei.

Do pierwszego zetknięcia doszło podczas rzymskich Igrzysk Olimpijskich w 1960 roku. Przeciwnikiem była ekipa Tunezji. Pomimo, że Polacy stracili gola już w 3. minucie, to nie zrobili sobie z tego zbyt wiele i odprawili rywali z wynikiem 6-1. Spiritus movens tej draki był oczywiście Ernest Pol – strzelec pięciu (!) bramek.

Dwa lata później Polacy po raz pierwszy sami wybrali się na Czarny Ląd – w Casablance ich rywalami byli Marokańczycy. Mimo tradycyjnej już chyba początkowej dominacji (gol w 8. minucie) Afrykańczyków, Orły wygrały 3-1. Z kadrą pożegnał się wtedy Hubert Kostka a jedną z bramek zdobył Lucjan Brychczy.

Do rewanżu doszło pół roku później w Warszawie. W pierwszym meczu Polski przy świetle elektrycznym zremisowaliśmy z Maroko 1-1, tracąc gola po uderzeniu bezpośrednio z rzutu rożnego. Debiut i ostatni mecz w kadrze zaliczył wtedy Henryk Apostel a z kadrą pożegnał się wtedy również Jacek Gmoch. Rzeź przyszłych selekcjonerów!:)

Następne spotkania miały miejsce podczas zwycięskich Igrzysk Olimpijskich w Monachium (1972). Po odprawieniu na inaugurację Kolumbii (5:1), Orły pokonały 4:0 Ghanę (Lubański, Gadocha 2, Deyna) a potem w drodzę do finału znów spektakularnie znokautowały (5:0) Marokańczyków.

Do ciekawego wydarzenia doszło podczas kolejnych Igrzysk w 1976 roku. Polacy w inauguracyjnej potyczce mieli zmierzyć się z Nigerią. Do meczu jednak nie doszło ponieważ Nigeryjczycy, wraz z 24 innymi państwami z Afryki, Azji i Ameryki, wycofali się z turnieju na znak protestu przeciwko dopuszczeniu do olimpiady ekipy Nowej Zelandii (reprezentacja rugby tego kraju złamała politykę izolacji względem ”apartheidowskiej” RPA i zorganizowała tournee po tym kraju).

Lata 1978-1980 śmiało można nazwać trzyleciem przyjaźni polsko-afrykańskiej. Najpierw na MŚ 1978 w Argentynie pokonujemy w bólach Tunezję po bramce Laty.

Na początku 1979 roku odbyła się mała wycieczka po arabskiej części Czarnego Lądu. Najpierw w Tunisie padają Tunezyjczycy (2:0 po dwóch golach Romana Ogazy)

 

potem w Algierze Algierczycy (1:0 po trafieniu Laty). W ramach quasi-rewanżu, ale trochę też chyba w ramach międzykulturowego eksperymentu, parę miesięcy później w Słupsku (!) biało-czerwoni spotkali się z Libią – bagaż pięciu bramek okazał się dla Libijczyków najniższym wymiarem kary (Janas strzelił gola w 60. sekundzie). Dalsze podróże rzuciły 1980 roku biało-czerwonych do Marakeszu i tam też po raz pierwszy polegli oni w konfrontacji z Afrykańczykami – Maroko pokonało Polaków 1:0 (debiut Buncola w kadrze). Na zakończenie obchodów trzylecia w listopadzie 1980 Orły wyżyły się na Algierczykach pokonując ich w Krakowie 5:1. Od tego czasu do zbliżenia nie dochodziło już tak często.

Na MŚ 1982 w Hiszpanii po raz pierwszy wpadliśmy na Kamerun – po raz pierwszy i nie ostatni padł bezbramkowy remis. Jak impreza się później potoczyła – wiadomo. (fot. z Rogerem Millą walczą Żmuda oraz Lato i Janas)

W 1985 roku tradycyjnie w Tunisie biało-czerwoni przegrali z Tunezyjczykami. Trochę światła na ten rezultat może rzucić fakt, że w bramce debiutował wtedy Józef Wandzik:) Do kolejnego mundialowego spotkania doszło w 1986 r. w Meksyku. Kiepski mecz z Marokiem (0:0) jest zwiastunem generalnie kiepskiej dyspozycji Polaków na tym mundialu. Na zdjęciach Zbigniew Boniek i Kazimierz Przybyś.


Po tej konfrontacji rozbrat trwał 5 lat. Wtedy to doszło do dość kuriozalnego wyjazdu do Egiptu. Jak pisze Andrzej Gowarzewski w Encyklopedii FUJI: „grupa dublerów pod wodzą Lesława Ćmikiewicza miała obowiązek wypełnić kontrakt z rywalami, którzy domagali się oficjalnych spotkań kategorii A, bo tylko pod takim warunkiem godzili się płacić Polakom za podróż, pobyt i grę”. Tym sposobem dwukrotnie w Kairze zagraliśmy z Faraonami – raz zaliczając srogie baty (0:4) i raz remisując (0:0). W składzie kilka kwiatków typu bramkarz Jacek Bobrowicz czy napastnik Zdzisław Janik i kilka ciekawych debiutów – Jerzy Podbrożny, Ryszard Czerwiec czy Adam Matysek.

Trauma kairska chyba tak głęboko wryła się w pamięć, że kolejne spotkanie z przedstawicielem Czarnego Lądu odbyło się dopiero dekadę później. W listopadzie 2001 do Poznania przybyła ekipa Kamerunu – aktualny mistrz Afryki!

Co można powiedzieć o tym meczu? Po pierwsze to, że było nieziemsko zimno. Wiem, bo byłem i potem przez dobry tydzień chodziłem na prochach:) Po drugie, że żadna z drużyn nie chciała specjalnie skaleczyć przeciwnika. Polacy właśnie zakończyli eliminacje do MŚ 2002, Kameruńczycy również, nikomu nie chciało się biegać. Po trzecie, personalia. Kamerun przyjechał w najsilniejszym składzie – z Songiem, Geremim, Mbomą itd. Polacy też wystawili najsilniejszą ekipę.

Poza farbowaną grzywką Jacka Bąka zwracały uwagę dwie postacie, które pojawiły się na boisku po przerwie. Choć stosunek Engela do nich był z przeciwległych końców skali, to w jego kadrze obie skończyły podobnie.

Artur Wichniarek i Igor Sypniewski. Ten pierwszy dziurawił wtedy siatki 2. Bundesligi. W sezonie 2000/2001 trafił 18 razy, a w sezonie 2001/2002 – 20. Mimo to Engel nie widział go za cholerę w kadrze (jak widać dzisiaj – nie on jeden). Na mecz z Kamerunem powołał go właściwie tylko po to, aby mu powiedzieć, że się nie nadaje. Więcej już Wichniar u niego nie zagrał. Z Sypniewskim sytuacja miała się wręcz odwrotnie. Selekcjoner wydawał się byc oczarowany jego umiejętnościami. Jest to o tyle ciekawe, że po powrocie z greckich przebojów i podbojów, Sypek zdążył zagrać raptem 9 meczów w polskiej lidze. Fakt, w barwach Radomska przezentował się świetnie (4 gole!), ale mimo wszystko szybko udało mu się przekonać do siebie trenera. Engel często się zresztą wypowiadał, że bardzo wierzy w tego napastnika i – moim zdaniem – gdyby nie wydarzenia kolejnych miesięcy, Igor na pewno pojechałby na Mundial do Korei.

Co się wydarzy dziś? Czy eksploduje talent Załuski? Czy może na boisko wbiegnie szaman z włócznią?:) Okaże się już za kilka godzin.

P.

Arrigo Sacchi i (nie)zapomniany mecz: liga włoska – liga polska (1988)

Arrigo Sacchi gościł w środę w Poznaniu, a w przyszłym roku pojawi się na Bułgarskiej znowu, by poprowadzić zespół kibiców w meczu z Lechem. Przy okazji wytężyłem pamięć, usiłując przypomnieć sobie, czy i kiedy Sacchi prowadził drużynę przeciwko polskiemu zespołowi. Czy się zdziwiłem… No zdziwiłem się.

Sacchi był selekcjonerem reprezentacji Włoch w latach 1991-96. W 1996 roku, po nieudanym Euro, nikt już nie pamiętał o wicemistrzostwie świata sprzed dwóch lat. Pomimo zwycięstw w eliminacjach Mondiale ’98 z Mołdawią i Gruzją, Sacchi był niemiłosiernie krytykowany za styl, jego kadrę regularnie wygwizdywano. W listopadzie ’96 towarzysko przegrał z Bośnią. Do kwietniowych meczów z Polską nie wytrwał – w grudniu podał się do dymisji. Marek Koźmiński opisywał sprawę tak:

– Chodzi o sprawy personalne. Zrezygnował z takich gwiazd jak Roberto Baggio, Gianfranco Zola, Gianluca Vialli, Giuseppe Signori. Nie mówię, że Sacchi miał wystawiać wszystkich naraz, ale przynajmniej jednego-dwóch. Tymczasem on się z nimi pokłócił. Nikomu się nie podobał styl prowadzenia zespołu. Pokonali Gruzję 1:0 i Mołdawię. Grali tragicznie, oglądałem oba mecze. Porównując potyczkę Polaków z Mołdawią to niebo a ziemia, oczywiście na korzyść naszego zespołu. Sacchi nie wystawił w pomocy żadnego wirtuoza, samych graczy zawodników od „czarnej roboty”.

Sacchi wrócił więc do Milanu, z którego trafił do Atletico Madryt. Stamtąd wyleciał w połowie sezonu 1998/99. Gdyby został kilka miesięcy dłużej, poprowadziłby Hiszpanów w pojedynku z Amiką Wronki. W 2000 roku trafił do Parmy, ale tam na ławce trenerskiej spędził zaledwie trzy mecze. W 2001 roku został w tym klubie dyrektorem sportowym, a jego okres trwania na stanowisku (do 2004 roku) objął mecze z Wisłą w 2002 r. No ale dyrektor sportowy, to nie to samo co trener.

Jedynym spotkaniem, w którym Sacchi prowadził zespół przeciwko polskim rywalom, był mecz rozegrany 12 listopada 1988 roku z okazji 90-lecia ligi włoskiej. Mecz pomiędzy reprezentacją ligi włoskiej a reprezentacją ligi polskiej (de facto reprezentacją Polski).

Spotkanie zapamiętane z tego względu, że ze zgrupowania do Niemiec uciekł Andrzej Rudy. Poza tym, nie wiadomo niemal nic – przynajmniej w Internecie do niedawna nie było nic. Ale, że ostatnio pojawił się 10-minutowy filmik (bez goli, ale jednak), to można choć skompletować wyjściowe składy. Naprawdę, nie mogę wyjść z podziwu, że do takiego meczu doszło. Widzicie teraz taki mecz i walczącego ze Zlatanem czy Kaką (tak, wiem, pewnie odejdą) Marcina Komorowskiego (przy całym szacunku)?

Liga polska: Józef Wandzik (Górnik Zabrze) – Zbigniew Kaczmarek (Legia Warszawa), Damian Łukasik (Lech Poznań), Dariusz Wdowczyk (Legia Warszawa), Ryszard Komornicki (Górnik Zabrze), Jan Urban (Górnik Zabrze), Jacek Ziober (ŁKS), Robert Warzycha (Górnik Zabrze), Jarosław Araszkiewicz (Lech Poznań), Krzysztof Warzycha (Ruch Chorzów), Roman Kosecki (Legia Warszawa)

Liga włoska: Giovanni Galli (Milan) – Giuseppe Volpecina (Verona), Fausto Pari (Sampdoria), Mauro Tassotti (Milan), Lothar Matthaeus (Inter), Alberigo Evani (Milan), Moreno Manini (Sampdoria), Careca (Napoli), Diego Maradona (Napoli), Pietro Paolo Virdis (Milan) [brakuje jednego]

Mecz na pewno zakończył się rezultatem 2:2, gole prawdopodobnie strzelili Virdis i Maradona (w końcówce) oraz Wdowczyk i Urban (?). Prawdopodobnie. Jeśli ktoś coś wie, coś pamięta, niech się podzieli.

B.

PS Moje dwa największe ‚ale’ do Sacchiego to:
primo – czemu żeś nie powoływał Giuseppe Il Princepe La Roma Gianniniego do kadry?!
secundo – czemu żeś niszczył Roberto Il Codino Baggio w Milanie?!

Ale że Arrigo po polsku nie za bardzo, a ja po włosku tak jak widać na filmiku poniżej, to do konfrontacji ostatecznie nie doszło…

Paolo Maldini i Polacy. Część I: od Janasa do Boruca

Jeśli słynne wydawnictwo naklejkowe Panini poświęca cały album tylko jednemu zawodnikowi, musi to być piłkarz wyjątkowy. Ale że Paolo Maldini był piłkarzem jedynym w swoim rodzaju, wie każdy.

Maldini grał tak długo w piłkę na najwyższym poziomie, że do łba przyszło mi inne pytanie: ilu Polaków spotkało się z nim na boisku? ”I dlaczego tak mało’?!’ – pomyślałem w pierwszej chwili, ale po dłuższej kwerendzie stwierdzam, że była to dopowiedź mimo wszystko na wyrost (choć wielu danych brakuje – eśli ktoś jest świadom istnienia strony, na której można znaleźć składy ze starszych niż połowa lat 90. meczów ligowych czy europejskich pucharów, będę wdzięczny za poczęstowanie).

Eliminacje mistrzostw świata, 2.04.1997 Polska – Włochy 0:0

Polska: Woźniak, Skrzypek, Zieliński, Wojtala, Ledwoń, P. Nowak (46 T. Sokołowski I), P. Świerczewski (44 Kowalczyk), Bałuszyński (66 Kałużny), Citko, Juskowiak. Trener: Antoni Piechniczek.
Włochy: Peruzzi, Cannavaro, Costacurta, Ferrara, Maldini, Di Livio, Fuser (85 Carboni), D. Baggio, Di Matteo, Vieri, Zola. Trener: Cesare Maldini

Eliminacje mistrzostw świata, 30.04.1997 Włochy – Polska 3:0


Gole: 1:0 Di Mateo 24, 2:0 Maldini 38 [jeden z siedmiu goli Maldiniego w kadrze], 3:0 R. Baggio 62
Włochy: Peruzzi, Ferrara (85 Panucci), Costacurta, Cannavaro, Maldini, Di Livio, Albertini, D. Baggio (85 Fuser), Di Mateo, Zola (51 R. Baggio), Ravanelli. Trener: Cesare Maldini.
Polska: Woźniak, Wojtala, Zieliński, Skrzypek, Ledwoń, Wałdoch (46 Majak), P. Nowak, Kałużny, Bałuszyński (66 Hajto), Citko, Kucharski (46 K. Warzycha). Trener: Antoni Piechniczek.

„Italia plus Baggio równa się szczęście” – pisała „La Gazetta dello Sport”: – Nasi piłkarze zlikwidowali Polskę w pierwszej połowie i później stadion San Paolo w Neapolu mógł spokojnie zająć się robieniem fiesty na cześć Roberto Baggio.
„Fenomenalny gol fenomenalnego zawodnika. Baggio jak Diego Maradona” – grzmi „La Repubblica”, dodając: „Polonia zdemolowana”.

 

I runda Pucharu UEFA, 12.09.1995 Milan – Zagłębie Lubin 4:0

Gole: 1:0 Savicević 11, 2:0 Machaj 41 sam., 3:0 Weah 67, 4:0 Boban 71
Milan: Ielpo, Panucci, Baresi, F. Galli, Maldini, Donadoni, Albertini (79 Ambrosini), Boban, Savicević (71 Di Canio), Weah (68 R. Baggio), Simone
Zagłębie: Dreszer, Machaj, Rogowskoj, Kałużny, Przerywacz, Najewski (70 R. Jasiński), Nalepka, W. Górski, Krzyżanowski (85 Hebda), Szczypkowski (88 Szeliga), Majak.

I runda Pucharu UEFA, 26.09.1995 Zagłębie Lubin – Milan 1:4

Gole: 0:1 Eranio 52, 0:2 Simone 63, 1:2 Krzyżanowski 72, 1:3 Boban 86, 1:4 Boban 89
Zagłębie: Dreszer, Rogowskoj, Machaj, Kałużny, W. Górski, Bubnowicz (66 Szeliga), Dziarmaga, Nalepka, Przerywacz (46 Krzyżanowski), Szczypkowski (60 Najewski), Majak.
Milan
: Ielpo, Tassotti, F. Galli, Costacurta (60 Coco), Maldini, Eranio, Desailly, Boban, Donadoni, Weah (51 Di Canio), Simone (73 R. Baggio)

Przed meczem sporo mówiło się dużo o propozycji przeniesienia meczu na stadion z oświetleniem. Włosi – wg nieoficjalnych informacji – dawali za to pół miliona marek, bo chcieli, spotkanie by było rozegrane o 20.45. Obiecywali też pokrycie kosztów przewiezienia kibiców z Lubina na miejsce pojedynku. Władze Zagłębia posłuchały jednak swoich fanów, no i Lubin gościł wielki Milan – o godzinie 13.30.
– No to pięknie! – ucieszył się trener Zagłębia Wiesław Wojno, który o rywalu dowiedział się od dziennikarza Gazety. – Trudno porównywać możliwości obu zespołów, ale jestem przekonany, że zawsze są szanse na zwycięstwo. Nawet nad tak klasowym rywalem. Kilka lat temu drugoligowa Miedź, w której wówczas pracowałem, omal nie wyeliminowała słynnego Monaco z Jurgenem Klinsmanem i Youri Djorkaeffem – tym samym, który pokonał Woźniaka w Paryżu. Będę musiał przekonać piłkarzy, że nie mogą się bać, tyko grać. Cuda się zdarzają. Wojno jednak meczu nie doczekał.
– Drużyna nie chciała pracować z trenerem, a pan Wojno z drużyną, dlatego nie mogliśmy podjąć innej decyzji i odsunęliśmy trenera od zespołu – twierdzi prezes Zagłębia Tadeusz Szeląg. W poniedziałek i wtorek piłkarze odmówili wyjścia na trening, jeżeli miałby go prowadzić Wiesław Wojno. Na razie obowiązki pierwszego trenera pełni asystent Janusz Stańczyk. Nawet gdybyśmy chcieli znaleźć nowego szkoleniowca, który poprowadziłby zespół w meczach przeciwko Milanowi, jest na to zbyt mało czasu – zakończył Szeląg.

 

Polacy w zagranicznych klubach – europejskie puchary

Paweł Janas, I runda Pucharu UEFA, 18.09.1985 Auxerre – Milan 3:1, 2.10.1985 Milan – Auxerre 3:0

Pierwszy sezon, w którym Maldini na stałe zagościł w pierwszej jedenastce zespołu z San Siro (w sezonie 1984/85 debiut w Serie A był jednocześnie jego jedynym meczem). Janas i Maldini zagrali w obu meczach, a dla Włocha spotkanie we Francji było jego pierwszym w europejskich pucharach. Maldiniego może nawet widać na tym, mało wyraźnym zdjęciu. W każdym razie fakt, że Polak stanął naprzeciwko Paolo w jego pierwszym starciu pucharowym uważam za nader ciekawy.

Ryszard Komornicki, II runda Pucharu Europy (jedna przed grupą), 15.09.1993 Aarau – Milan 0:1, 29.09.1993 Milan – Aarau 0:0

Szanse na to, że Komornicki spotkał Maldiniego na boisku nie są zbyt wielkie, ale są. Ja nie potrafiłem tego ustalić, wiem tylko (aż?), że: primo – Polak zagrał w tamtym sezonie jeden spośród czterech meczów Aarau w Pucharze Europy. Mógł to być jeden z dwóch pojedynków z Milanem, ale też jeden z dwóch meczów z… Omonią Nikozja. Secundo – Maldini nie zagrał w jednym z czterech meczów Milanu przed fazą grupową (dwa z Aarau, dwa z Kopenhagą). No, licho wie… A Milan wygrał w sumie minimalnie, po jedynym golu Papina.

Andrzej Woźniak, faza grupowa Ligi Mistrzów, 11.09.1996 Milan – Porto 2:3

I kolejka LM i od razu wielka niespodzianka. Milan poległ na San Siro po golach Artura Duarte i dwóch Mario Jardela. Jaki w tym był wkład Andrzeja Woźniaka, ciężko powiedzieć, w każdym razie w rewanżu w Portugalii już nie zagrał (wygryzł go znany po wielu latach jako alarmowy bramkarz Chelsea – Hilario). A Maldini wraz z kolegami doznał upokorzenia będąc słabszym od Rosenborga i nie wychodząc z grupy.

 

Jacek Bąk, I faza grupowa Ligi Mistrzów, 29.10.2002 RC Lens – Milan 2:1

I znów zwycięstwo drużyny Polaka nad drużyną Maldiniego. Milan specjalnie się tą porażką nie przejął, bo potem wygrał całą Ligę Mistrzów po karnych z Juve w finale.

 

Mariusz Lewandowski, faza grupowa Ligi Mistrzów, 14.09.2004 Szachtar – Milan 0:1, 24.11.2004 Milan – Szachtar 4:0, 6.11.2007 Szachtar – Milan 0:3

Lewandowski zagrał też czwarty raz przeciwko Milanowi (4:1 na San Siro), ale wówczas Maldini sobie odpoczywał. Nie czarumy się, Mario i jego ukraińscy przyjaciele dostawali mocny oklep od Rossonerich, za to może zahartowało ich to na tyle, że teraz wygrali sobie Puchar UEFA.

Jerzy Dudek, finał Ligi Mistrzów, 25.05.2005 Liverpool – Milan 3:3, k. 3:2 (gol Maldiniego w pierwszej minucie)

Ciary.




Przed tym finałem Rafał Stec w Gazecie przyznawał punkty obu zespołom za siłę poszczególnych formacji. Porównanie sił piłkarzy wyszło na 3:1 dla Milanu, punkt za Rafę oznaczał 3:2. Ale…

Wynik finału: 3:2… Dla Milanu, ale punkty za trenera liczą się w XXI wieku podwójnie, więc wychodzi remis. Potem dogrywka. Potem karne. I cały świat patrzy na Dudka.

Ciężko mi sobie przypomnieć bardziej trafioną przepowiednię przedmeczową. Aha, finał w tym samym składzie po dwóch latach Dudek przesiedział na ławie. Tak jakby ktoś zapomniał.

 

Artur Boruc, 1/8 finału Ligi Mistrzów, 20.02.2007 Celtic – Milan 0:0, 7.03.2007 Milan – Celtic 1:0 po dogr.

Maciej Żurawski w obu meczach z wczesnej wiosny 2007 r. wygrzewał ławkę rezerwowych. Boruc zagrał jeszcze przeciwko Milanowi dwa razy – jeszcze w tym samym roku, ale wówczas zabrakło Maldiniego. No ale przede wszystkim, w tamtej 1/8 finału, bronił rewelacyjnie.

Oprócz Żurawskiego, Dudka i Woźniaka, Maldiniego z ławki rezerwowych na pewno obserwował też Wałdoch, a w kadrach zespołów byli Mielcarski w Porto oraz Frankowski w Strasbourgu.

część II | część III

http://www.statbunker.com/football/btb/index.php?PL=match&MatchID=3272
http://www.statbunker.com/football/btb/index.php?PL=match&MatchID=32727

Paolo Maldini i Polacy. Część II: Boniek, Koźmiński i reszta, czyli pojedynki w Serie A

Do cz. I

20 stycznia 1985 roku Paolo Maldini zadebiutował w Serie A w meczu Udinese – Milan 1:1. W sumie w lidze włoskiej zagrał 647 spotkań, a mnie czort podkusił, by – na ile to możliwe – sprawdzić, w ilu z nich spotkał na boisku Polaka.

ZBIGNIEW BONIEK

Serie A: 24.11.1985 Milan – Roma 2:1, 23.03.1986 Roma – Milan 0:1 ;

21.12.1986 Roma – Milan 1:2,

3.05.1987 Milan – Roma 4:1 (gol Bońka) ;

13.12.1987 Milan – Roma 1:0,

17.04.1988 Roma – Milan 0:2

Ponieważ obaj panowie nie spotkali się w Pucharze Włoch, wychodzi na to, że Boniek przegrał wszystkie mecze przeciwko Maldiniemu. Ile dokładnie ich było, stwierdzić nie mogę, bo choć obaj zawodnicy byli podstawowymi graczami swych drużyn, to nigdy nie było tak, że obaj zagrali we wszystkich trzydziestu meczach sezonu.

sezon/mecze – gole Maldini Boniek
1985/86 27-0 29-4
1986/87 29-1 26-4
1987/88 26-2 21-6

Boniek w Romie grał z numerem cztery i często zdarzało mu się występować na pozycji libero, o czym w Juventusie raczej nie było mowy. Jak czytam na stronie kibiców Romy, pobyt „Zibiego” w stołecznym klubie upamiętniła ballada Lando Fioriniego, zaczynająca się od słów: „Więc mamy Bońka, wszyscy szczęśliwi! Któż naszej drużynie na drodze stanie? Skoro dwóch Polaków teraz w Wiecznym Mieście. Jeden z nich w Romie, drugi w Watykanie…” Latem 1988 roku, po zajęciu przez żółto-czerwonych w rozgrywkach trzeciej lokaty, Boniek zakończył niespodziewanie dla wszystkich swą przygodę z Romą i zawiesił buty na kołku. I to w momencie, kiedy miał nowy kontrakt z Romą w kieszeni.

Z Władysławem Żmudą Maldini nie spotkał się na pewno. Włoch nie grał jeszcze w Serie A, gdy Polak grał w Hellas Verona, a dwa sezony podczas których Paolo grał już w Milanie, Żmuda spędził w Cremonese – w Serie B.

 

PIOTR CZACHOWSKI, 25.05.1993 Udinese – Milan 0:0


Czytanie archiwalnych tekstów to naprawdę spora rozrywka. Ot, jaka kopalnia ciekawostek z takiej krótkiej notki krótko po przybyciu Polaka do Włoch:

On gra w Italii, proszę pana
Dariusz WOŁOWSKI, Gazeta Stołeczna, 11/08/1992, str. 1
Pojawienie się w Udine reprezentanta Polski Piotra Czachowskiego zwiększyło sprzedaż karnetów na mecze tamtejszego klubu – napisał największy sportowy dziennik włoski „La Gazetta dello Sport”. Jeszcze niedawno sprzedawano codziennie zaledwie około 50 karnetów na mecze Udinese w nadchodzącym sezonie ligowym. Po podpisaniu przez beniaminka „Serie A” kontraktu z Polakiem liczba ta wzrosła do 300. Ogólnie Udinese sprzedało zaledwie 11 tys. karnetów. Dlatego działacze klubu z niecierpliwością czekali na zakończenie turnieju olimpijskiego, żeby pozyskać innego polskiego piłkarza Marka Koźmińskiego z reprezentacji olimpijskiej. Poza tym prasa włoska pisze o tym, że kluby najdroższej ligi świata interesują się Jerzym Brzęczkiem i Ryszardem Stańkiem. (…) W sparingowym meczu swojego nowego klubu z Tarviso (9:0) Polak strzelił trzy bramki. W niedzielę rozmawiałem przez telefon ze Zbigniewem Bońkiem, który potwierdził, że Czachowski trenuje już w Udinese.

O swoim meczu przeciwko Milanowi, najlepiej opowie sam zainteresowany:

Gazeta Wyborcza 26/04/1993
Piotr CZACHOWSKI o meczu Udinese – Milan 0:0

W 88. minucie gry piłkarze Milanu chcieli mnie złapać „na spalonym”. Nie udało się. Piłka podana mi przez partnera skozłowała. Odbiła się wysoko. Skoczyliśmy do niej ja i wybiegający z bramki Rossi. Bramkarzowi nie udało się jej złapać. Próbowałem przelobować go, ale zdążył z interwencją – powiedział „Gazecie” Piotr Czachowski po remisowym meczu jego zespołu z liderem Serie A.
– Marek Koźmiński powiedział mi po meczu, że zamiast próbować przerzucić piłkę nad Rossim, powinienem strzelić mocno, po ziemi – kontynuował Czachowski.
Mecz z Milanem to dla każdego klubu we Włoszech coś wyjątkowego. Na stadion Udinese przyszło 40 tys. kibiców. Z pewnością nie byli zawiedzeni. Spotkanie było szybkie, ciekawe, pełne podbramkowych spięć. Po zakończeniu spotkania kibice wstali z miejsc i bili nam brawo. To było dla mnie duże przeżycie.
Udinese walczy o utrzymanie w Serie A. Potrzebujemy zwycięstw. Jednak remis z takim przeciwnikiem jak Milan to dla nas duży sukces. Bardzo cieszę się z tego wyniku.
W drugiej części spotkania do gry wszedł Holender Marco van Basten. Jego powrót po kontuzji to we Włoszech wielkie wydarzenie. Kibice Udinese powitali go entuzjastycznie. Potrafili docenić wielką klasę tego
piłkarza. Van Basten zagrał bardzo dobrze. Potwierdził swoje możliwości, mimo że miał aż cztery miesiące przerwy. Oddał dwa piękne strzały, które obronił nasz bramkarz.
(…) Ponieważ pozycja Argentyńczyków w zespole jest niepodważalna, o jedno miejsce dla obcokrajowca walczymy ja i Marek Koźmiński.

Dariusz Adamczuk zagrał wiosną 1994 roku zaledwie dwa mecze (z Piacenzą i Romą), więc pora na to, jak radził sobie w pojedynkach z Milanem / Maldinim…

 

MAREK KOŹMIŃSKI
6.12.1992 Milan – Udinese 1:1;
12.12.1993 Udinese – Milan 0:0?, 17.04.1994 Milan – Udinese 2:2; 10.09.1995 Milan – Udinese 2:1 ?, 28.12.1995 Udinese – Milan 0:2 ; 9.11.1997 Milan – Brescia 2:1, 15.03.1998 Brescia – Milan 2:2 ?, 28.01.2001 Brescia – Milan 1:1, 10.06.2001 Milan – Brescia 1:1, 26.07.2001 Brescia – Milan 1:1


(tego zdjęcia nigdy dosyć)

O jego debiutanckim sezonie w Udine można już było poczytać na tym blogu. O swoim pierwszym razie na San Siro opowie sam Koza:

Gazeta Wyborcza 07/12/1992
(…) – To zupełnie wyjątkowa sprawa grać na San Siro przeciwko najlepszej drużynie świata. Na trybunach było 80 tys widzów. Atmosfera podobna do tej z Nou Camp w Barcelonie podczas finału olimpijskiego.
W ataku Milanu zagrali Holender Marco van Basten, Francuz Jean-Pierre Papin i Serb Dejan Savicevic. Występowałem na lewej obronie pilnując Savicevica. Serb jest wyśmienitym technikiem. To zawodnik, który potrafi robić z piłką wszystko co chce. Gra jednak zbyt indywidualnie. Widać, że nie rozumie się z kolegami z drużyny. Pierwsze akcje udały mu się, potem radziłem sobie dobrze. Po 30 minutach gry trener przesunął mnie na prawą
stronę boiska, gdzie szalał Donadoni.
Milan objął prowadzenie, ale my walczyliśmy dalej. Tuż przed zakończeniem pierwszej połowy, po wspaniałej solowej akcji Dell’Anno, Argentyńczyk Balbo wyrównał.
W ostatnich minutach spotkania mieliśmy nawet trzy okazje, aby wygrać to spotkanie. W tym okresie trener Milanu Fabio Capello przesunął Donadoniego do środka pomocy, a ja mogłem wrócić na lewą stronę.
Z obcokrajowców Milanu najlepiej zaprezentował się van Basten. On gra zawsze co najmniej na przyzwoitym poziomie. Nie miał okazji, aby strzelić bramkę, ale wypracowywał je kolegom. On potrafi w zaskakujący sposób odegrać piłkę partnerowi. Zawiódł Papin, który oddał jeden niecelny strzał na naszą bramkę. W 62. minucie wściekły opuszczał boisko. Żegnały go gwizdy.

Nie wiadomo czy Koźmiński wystąpił w meczu rundy jesiennej Udinese – Milan 0:0, ale na pewno zagrał w arcyważnym dla obu stron spotkaniu wiosną:

Gazeta Wyborcza 18/04/1994
W niedzielę piłkarze AC Milan zremisowali na stadionie San Siro z zagrożonym spadkiem Udinese 2:2. Jeden punkt wystarczył, by na dwie kolejki przed końcem rozgrywek Milan po raz trzeci z rzędu wywalczył tytuł mistrza Włoch. Milan dwa razy obejmował prowadzenie i nie potrafił wygrać meczu. W 71. minucie Marek Koźmiński minął trzech obrońców rywala i podał do Rossitto, który wyrównał.
AC Milan – Udinese 2:2 (0:0): Boban (50.), Simone (69.) – Borgonovo (69.), Rossitto (71.) [filmik od 5:24]

Po tym sezonie Udinese spadło do Serie B. Wróciło od razu, na sezon 1995/96. Koźmiński zagrał wówczas w dwunastu grach, ale nic nie wiadomo, by wśród tych spotkań było jakieś z Milanem. Potem był jeden sezon z jednym meczem (kontuzja) i transfer do Brescii. W tym zespole udało mi się potwierdzić dwa mecze Koźmiński z Milanem. Podczas meczu jesienią 1997 r. popis dał obecnie nowy trener Milanu. Kupiony z PSG Leonardo strzelił dwa gole i przesądził o zwycięstwie 2:1. Po tamtym sezonie Brescia zleciała i wróciła dopiero na sezon 2000/01. Spotkania z przedostatniej kolejki tamtych rozgrywek tyczy się ten, jakże frapujący pod pewnymi względami fragment artykułu z GW:

W najbliższych godzinach wyjaśni się, czy Marek Koźmiński odejdzie z Brescii. Prowadzone są rozmowy z angielskim Tottenhamem oraz hiszpańskim Realem Saragossa. – Są dwa główne powody, dla których chcę opuścić Włochy: po pierwsze, pokłóciłem się z trenerem, po drugie, nie odpowiada mi kilka spraw pozasportowych. Nie ma co o tym mówić, ale na pewno w decyzji o odejściu „pomogło” mi włamanie do mojego domu przed świętami, kiedy ja grałem mecz, a rodzina była w Polsce – mówi „Gazecie” Koźmiński. – Niestety, mimo kilku ofert klub nie chce mnie puścić.
Prezydent torpeduje wszelkie oferty. Mówi, że za parę miesięcy wszystko może się zmienić. A ja nie zamierzam czekać, choć może będę musiał. W środę bowiem kończy się okres transferowy we Włoszech. Do tego czasu wszystko musi się wyjaśnić. Może jednak zostanę. Przecież nie spakuję walizek i nie odjadę w siną dal. Z Brescią obowiązuje mnie jeszcze dwuletni kontrakt. Mimo kłopotów Koźmiński zagrał w niedzielę cały mecz z AC Milan (1:1). – To dlatego, że kupiony niedawno z Juventusu Bacchini ma kłopoty – tłumaczy Koźmiński. – Gdyby mógł grać, ja bym odpoczywał… Czy nie żal mi, że po zmianie barw nie będę grał przeciwko Milanowi, Interowi, Juventusowi, Lazio, Romie? Żal tylko umierać. Chcę spróbować czegoś innego.
29-letni pomocnik raczej na pewno nie będzie mógł odejść do innej drużyny Serie A. – Nie ma mowy. Nikt nie chce wzmacniać konkurencji – mówi Koźmiński.

Po raz ostatni Marek Koźmiński zagrał przeciwko Maldiniemu 26 sierpnia 2001 roku w meczu znów zakończonym remisem, ale tym razem 2:2.

Kamil Kosowski zagrał dwa razy przeciwko Milanowi w sezonie 2006/07 (raz został zmieniony w przerwie, w drugim meczu wszedł w 61. min), ale ani razu po boisku nie biegał kontuzjowany wówczas Maldini.


Pecha pod tym względem miał też Radosław Matusiak. Zadebiutował w Serie A 28 lutego 2007 roku właśnie bezbramkowym meczem z Milanem, ale Legendy San Siro nie było wówczas na boisku. Zresztą, sam debiut był jak cały pobyt Matusiaka we Włoszech – krótki (20 min) i nijaki. GW:

Polski napastnik, który dwa poprzednie spotkania Palermo oglądał z trybun albo ławki rezerwowych, nie miał okazji niczym się wyróżnić, bo oba zespoły skupiały się głównie na tym, by nie stracić gola. A gdy Matusiak dwa razy był w lepszej sytuacji niż David di Michele czy Fabio Simplicio, tamci woleli sami strzelać.
Tuż po tym, jak trener Francisco Guidolin wprowadził na boisko byłego gracza BOT GKS Bełchatów, szkoleniowiec Milanu Carlo Ancelotti wpuścił idola Polaka Ronaldo. I Brazylijczyk o mało co nie zdobył bramki. Po interwencji obrońcy Palermo piłka najpierw trafiła Ronaldo w twarz, a potem w poprzeczkę.
Mecz był słaby, a najlepszą okazję do strzelenia gola zmarnował na początku spotkania Milan. Alberto Gilardino wymusił teatralnym upadkiem rzut karny, ale strzał Kaki świetnie obronił 40-letni Alberto Fontana.

 

Czekamy na kolejnego Polaka w Serie A. Tyle, że przeciwko wielkiemu Paolo Maldiniemu już nikt w oficjalnym meczu nie zagra.

Część III

http://www.rsssf.com/tablesi/italcuphistfull.html

Paolo Maldini. Część III: list

część I: Maldini i Polacy: od Janasa do Boruca | część II: Maldini i Polacy: Boniek, Koźmiński i reszta, czyli pojedynki w Serie A

A na koniec – list, Paolo do ojca Cesare, opublikowany przez włoskie media w dniu pierwszego spotkania Maldiniego seniora jako selekcjonera (mecz z Irlandią Północną w Palermo 22 stycznia 1997, opublikowane w GW 23/01/1997):

„Drogi Tatusiu! Dziwnie się czuję w tym momencie. Byłeś już moim trenerem w reprezentacji U-21, ale teraz wszystko wydaje mi się zupełnie inne. Jestem kapitanem kadry seniorów, Ty jej nowym trenerem. Wspólnie rozpoczynamy nową drogę, która może nas zaprowadzić bardzo daleko. Za trzy tygodnie na Wembley rozegramy niesłychanie ważny mecz w eliminacjach mistrzostw świata. Pojedynek w Palermo z Irlandczykami to generalna próba przed pojedynkiem w Anglii.
Natychmiast musimy pokazać, ile jesteśmy warci. Jest okazja, abyśmy szybko zatarli przykre wspomnienia z czasów poprzedniego szkoleniowca, kiedy witały i żegnały nas gwizdy kibiców. Oni oczekują przede wszystkim zwycięstw. Obaj trafiliśmy do reprezentacji, odnieśliśmy wiele sukcesów. Więc chyba jesteśmy coś warci. Trudno powiedzieć, że oboje byliśmy przez kogoś rekomendowani i w kadrze znaleźliśmy się przez przypadek.
Chociaż w domu nigdy nie rozmawiamy na temat piłki nożnej, wiem, że poświęciłeś wiele czasu, nim zdecydowałeś się przyjąć stanowisko trenera pierwszej reprezentacji. Uważam, że nie popełniłeś błędu. Teraz przyda ci się doświadczenie z długoletniej współpracy z Enzo Bearzotem
[w 1982 roku Włosi wywalczyli trzecie mistrzostwo świata. Bearzot był pierwszym trenerem, Maldini jego asystentem].
Wszyscy mnie pytają, czy trafię do jednego z angielskich klubów [Chelsea Londyn oferuje za Maldiniego 28 milionów dolarów – red.]. Teraz w Milanie nie ma już zawodników niezastąpionych, ale ja nie czuję się gotowy na wyjazd za granicę. Wierzę, że prezes Silvio Berlusconi doceni serce i przywiązanie zawodnika do klubu, w którym gram od dziecka. Moją przyszłością pozostaje Milan i reprezentacja. Jeśli oczywiście mnie jeszcze do niej powołasz. Ściskam cię”
.

My też Cię ściskamy, Drogi Paolo… Grazie Capitano!

B.

To co dobre było wiosną

W oczekiwaniu na kolejne tytaniczne notki – przegląd najpiękniejszych wiosennych ligowych goli:)

10. Radosław Sobolewski – gol w meczu z Cracovią

9. Jakub Kawa – gol w meczu z Ruchem Chorzów

8. Maciej Małkowski – gol w meczu z Ruchem Chorzów

7. Mariusz Muszalik – gol w meczu z Górnikiem Zabrze

6. Marcin Baszczyński gol w meczu z Jagiellonią Białystok

5. Piotr Świerczewski – gol w meczu z Cracovią

4. Wojciech Łobodzińskigol w meczu z Lechią Gdańsk

3. Luis Henriquez gol w meczu z Polonią Warszawa

2. Tomasz Frankowski – gol w meczu z Legią Warszawa

1. Adam Marciniak – gol w meczu z Lechem Poznań

P.