Zmyłki, pomyłki, zwód zerowy

Dziwny sezon właśnie dobiegł końca. Na jego szczegółową analizę jeszcze przyjdzie czas. Teraz pora na rytualne uderzenie się ręką w pierś i słowa: „Myliłem się”. Mimo kontrolowania pulsu spraw i – wydawało mi się – dość trzeźwej oceny sytuacji na ligowym froncie, pomyliłem się przynajmniej kilkakrotnie. Okazało się w zasadzie, że dużo częściej myliłem się w swych sądach niż miałem rację:)

1. Sprawa Górnika Zabrze

Spadek zabrzańskiej drużyny wydawał mi się kwestią tak nierealną, że aż niemożliwą. Nieraz zresztą dawałem temu wyraz. Dobry szkoleniowiec, relatywnie niezły skład, solidny sponsor. Działał tu taki piłkarski zwód zerowy – wszyscy myślą, że zawodnik zaraz zrobi jakiś zwód i na to się nastawiają, a że zawodnik nie robi żadnego zwodu, to wszyscy nabierają się na to, że zwodu jednak nie ma. Górnik działał podobnie – im bliżej końca było, im bardziej miernie wyglądała gra zabrzan, tym bardziej wydawało mi się, że to na pewno przykrywka, kalkulacja, zimne obliczenie i że tak ma być. Jeszcze przed sobotnim meczem byłem pewien, że Górnik spokojnie się utrzyma. Sam nie wiem czemu tak myślałem. Może to zadziałał psychologiczny efekt halo i związane z nim przeświadczenie, że bogaci nie mogą przegrać. Faktem jednak jest, że przyszły sezon będzie pierwszym od dawien dawna bez zabrzan. I tbez głębszego wikłania się w tę kwestię – tylko na marginesie trzy rzeczy. Po pierwsze, zastanawia mnie co dziś czuje Kasperczak. To może być dla niego „nocna przeprawa”, chyba jeszcze gorsza niż praca w Bastii czy niepowodzenie z reprezentacją Senegalu. Po drugie, pół żartem, pół serio – gdzie są dziś ci wszyscy klakierzy Roberta Szczota? Po trzecie, paradoksalne i okrutne jest to, że Górnik uciekał katu spod topora w czasach strasznej biedy i bałaganu (1999/2000 i 2000/2001) a spada w czasach dobrobytu.

2. Sprawa Cracovii

Podobna sytuacja co w przypadku Górnika. Tutaj jedyną rzeczą wskazującą na spadek była obecność Stefana Majewskiego podczas rundy jesiennej:) Wydawało się, że Płatek odbudował jakość gry ofensywnej i Cracovia chociaż częściowo nawiąże do czasów Stawowego. Początek rundy zresztą na to wskazywał a zwycięstwa nad Polonią i Bełchatowem utwierdzały w przekonaniu, że „między nami dobrze jest”. W tej chwili najbardziej interesujące jest to co się wydarzy wkrótce. Mój scenariusz – jako że krakowianie to zespół, bez jakiś szczególnych gwiazd (może poza Ślusarskim i Pawlusińskim), to skład zostanie utrzymany i Pasy będą walczyć o jak najszybszy powrót do Ekstraklasy. Wiele też zależy od Filipiaka i tego, w którą stronę będzie chciał pójść – czy w promocję wychowanków, czy w ściąganie zawodników z niższych lig czy uzbroi się po zęby zepnie się na wejście do elity.

3. Sprawa Piasta Gliwice

Nie kryłem się zbytnio ze swym krytycznym zdaniem na temat możliwości Piasta. Po pierwszej wiosennej kolejce Piast pokazał te wszystkie antywalory z których znany był jesienią – nijakość, miałkość, brak inwencji, zero ofensywy. W moim odczuciu Piastunki nie rokowali na jakikolwiek rozwój, postęp czy choćby przebłyski efektowności. Przyznaję, że się myliłem. Dariusz Fornalak tchnął w gliwiczan nowego ducha a pomogły mu w tym zimowe nabytki – Kamil Wilczek, Mateusz Kowalski i Jakub Smektała, wspomagani czynnie przez Kasprzika i Glika. Drużyna grała z zębem, a chwilami nawet z polotem (!). Pokonała Górnik i Bełchatów, urwała punkty Wiśle, napędziła stracha Kolejorzowi. Pytanie co dalej, bo część chłopaków wraca po wypożyczeniach, po część już zgłaszają się mocniejsze kluby. Pewne jest jednak jedno – Piast jak chce, to potrafi.

4. Sprawa Arki Gdynia

Arka grała wiosną tak beznadziejnie, że od pewnego momentu jej spadek uznałem za pewnik. Pożegnanie się z Czesiem, kiepska passa z Chojnackim, problemy z odchodzącymi sponsorami – wszystko to nie napawało optymizmem. Dość powiedzieć, że pierwsze zwycięstwo w rundzie wiosennej gdynianie odnieśli… wczoraj! A jednak stał się przynajmniej połowiczny cud, ponieważ dzięki wczorajszemu zwycięstwu nad Odrą Arka zagra w barażach. Wcale nie jest powiedziane, że się utrzyma (szczególnie jeśli w drugim narożniku ringu będzie Korona), ale sam fakt, że już dziś gdynianie nie muszą sprawdzać na mapie gdzie leżą Ząbki i Jastrzębie Zdrój, to duży sukces.

5. Sprawa Lecha Poznań

Po zwycięskim meczu nad Wisłą w Krakowie nie wyobrażałem sobie, że może być jakikolwiek inny mistrz. Po pokonaniu 3-0 Polonii Bytom na zakończenie roku i usadowieniu się na szczycie tabeli mogłem się zakładać o duże pieniądze, że to Kolejorz będzie triumfował. Dobra postawa z Udine, mecz w swoim stylu na inaugurację z Bełchatowem oraz zwycięstwo z coraz silniejszą Jagiellonią tylko potwierdzały te przypuszczenia. Potem jednak coś się stało. Co? – o tym jeszcze będzie pora napisać. Mecz z Arką pokazał, że jest średnio, mecz z ŁKS-em pokazał, że tytuł może Lechowi odjechać a remis z Ruchem sprawił, że dopiero wtedy zrozumiałem, że Kolejorz mistrzem nie będzie. Co nie znaczy, że nie wierzyłem. Przestałem wierzyć dopiero po drugiej bramce Łobodzińskiego w meczu z Lechią.

Na swoje usprawiedliwienie mam tylko, że w paru kwestiach się też nie myliłem. W kwestii: Legii – że na pewno nie zdobędzie mistrzostwa; Jagiellonii – że spokojnie się utrzyma oraz Bełchatowa – że Ulatowski ładnie nastroi górniczy mechanizm. Może to i dobrze, że liga jest taka zakręcona – skoro już poziomem nie zachwyca, to niech chociaż płata figle.

P.

Finał: Manchester Utd. – Barcelona 2:1…

To 2:1 to oczywiście w finale, ale nie w roku 2009 a 1991 i nie w Lidze Mistrzów, a w Pucharze Zdobywców Pucharów. Kanał ESPN Sport Classic w swojej olbrzymiej dobroci nadał niedawno prawie godzinny skrót tamtego spotkania, więc mecz MU i Barcelony w finale LM jest świetnym pretekstem do przypomnienia wydarzeń sprzed 18 lat z rotterdamskiego De Kuip.

Najsampierw należy zauważyć, że choć Barca pokonała w półfinale Juventus, to MU rywala miał jeszcze groźniejszego, bo naszpikowaną gwiazdami, drużynę, która wyeliminowała późniejszego mistrza Włoch (Sampdorię) samą… Legię Warszawa (1:3 w Warszawie, 1:1 na Old Trafford)! Tak, to był ten sezon.

Mecz w Rotterdamie w pierwszej połowie, eufemistycznie ujmując, nie należał do oszałamiających widowisk. Dość powiedzieć, że obie drużyny drużyny nie oddały celnego strzału na bramkę, a w najlepszej (być może jedynej) sytuacji bramkowej Mark Hughes będąc sam przed bramkarzem przerzucił piłkę nad trybunami.

Z tym Hughesem to w ogóle zabawna historia. Mówimy o najdroższym wówczas piłkarzu na Wyspach, bo sprowadzonym za 1,8 mln funtów. Najzabawniejsze jest jednak to, że Hughes wrócił do MU po krótkim pobycie w… Barcelonie.

Hughes odszedł, bo po Heysel angielskie kluby nie występowały w pucharach. Barca go kupiła, bo Terry Venables liczył, że Walijczyk będzie dobrym partnerem dla Gary’ego Linekera w ataku. Wszyscy zadowoleni? Niekoniecznie. W 28 meczach Primera Division sprowadzony napastnik strzelił tylko 4 gole. Niezadowoleni Hiszpanie na sezon 1987/88 wypożyczyli go do Bayernu, ale i tam się nie sprawdził (6 goli w 18 meczach). No i Hughes znów został Czerwonym Diabłem. Działacze z Old Trafford sprzedali go za 2 mln, a gdy Walijczyk kontynentu nie zwojował, odkupili go płacąc Katalończykom 200 tys. mniej.

Wróćmy jednak do spotkania finałowego PZP. W składzie Barcelony

1 Busquets; 2 Nando, 3 Alexanco (Pinilla 73), 4 R. Koeman, 5 Ferrer; 8 Eusebio, 6 Bakero, 10 M. Laudrup, 7 Goikoetxea; 9 Salinas, 11 Beguiristain

zabrakło wówczas z powodu kontuzji Stoiczkowa i Amora, a przede wszystkim (przez kartki) Andoniego Zubizaretty. Miało to o tyle wielkie znaczenie, że Carlos Busquets (tatuś Sergi Busquetsa) bronił z pewną taką nieśmiałością. Zwłaszcza w drugiej połowie. Najpierw doszło do nieporozumienia pomiędzy nim a Alexanco, w efekcie czego Lee Sharpe stanął przed sporą szansą na gola. Strzelił od razu, z powietrza, wślizgiem, ale trafił tylko w boczną siatkę

67 minuta. Les Sealey (tak, to jeszcze ostatnie chwile przed panowaniem Petera Schmeichela) wybił piłkę daleko, na połowę Barcelony, gdzie sfaulowany został Hughes. Piłkę ustawił Bryan Robson (pierwsza z wielkich siódemek MU [?]), dośrodkował, Bakero przegrał główkę z Brucem, futbolówka minęła niezdecydowanego Busquetsa i Hughes z bliska strzelił do pustej bramki. Barca ruszyła do ataku, ale nadziała się na kontrę. Robson podał do Hughesa, Busquets wyszedł przed pole karne, Walijczyk minął hiszpańskiego bramkarza i… z ostrego kąta strzelił mocno i celnie. 2:0 w 74 minucie! Nowi mistrzowie Hiszpanii mieli kwadrans na odrobienie dwubramkowej straty. I nie zamierzali stać z założonymi rękami.

Laudrup pięknie minął Ince’a, a Bryan Robson (kapitan MU) musiał zatrzymać go faulem.

Dystans ponad 30 metrów do bramki przy rzucie wolnym sprawia, że drużyna broniąca musi się obawiać tylko wybitnych egzekutorów (vide Tomasz Brzyski ;) jednak gdy strzelcem był Holender Ronald Koeman – strach był wręcz potężny. Koeman strzelił mocno (choć nie bardzo mocno) i precyzyjnie (choć nie bardzo precyzyjnie) i piłka po ręce Sealeya wpadła do siatki. 2:1. Barca nacierała, ale najgroźniejsza była po akcji w której rezerwowy Pinilla strzelił do bramki, ale był na minimalnym spalonym i gola oczywiście nie uznano. Warto przy okazji wspomnieć, że Alex Ferguson zagrał cały mecz tą samą jedenastką. Barca atakowała, a MU wyprowadzał kontry. Po jednej z nich Hughes wychodził sam na sam, a na ziemię powalił go Nando i z czerwoną kartką wyleciał w 84 min z boiska. W samej końcówce fantastyczną okazję miała Barca. Błąd obrony, błąd Sealeya, strzał Laudrupa po ziemi i z bramki wybił Clayton Blackmore. Być może dzięki temu Blackmore łapie się teraz do sztabu trenerskiego Fergusona?

2:1 dla MU. Czy taki wynik padnie też dziś?

I tak oto Alex Ferguson zdobył z MU pierwsze europejskie trofeum, a swój drugi Puchar Zdobywców Pucharów (wcześniej zwyciężył z Aberdeen).

Mark Hughes, wówczas bohater, nawet nie przypuszczał, że po ponad 13 latach będzie ze złości ciskał komórką o ziemię, bo jego Walia będzie przegrywać na Millenium Stadium w Cardiff z Polską Pawła Janasa :)

A cała jedenastka Manchesteru wyglądała w tamtym meczu następująco.

 

Górny rząd od lewej: Paul Ince, Mike Phelan, Les Sealey, Gary Pallister, Brian McClair, Steve Bruce
Dolny rząd od lewej: Lee Sharpe, Clayton Blackmore, Bryan Robson (k), Mark Hughes, Denis Irwin

Aha, dla mnie największym smaczkiem tego finału jest chyba obecność grupy kibiców Legii. Czyżby wierzyli w awans warszawskiego zespołu do meczu o puchar i kupili bilet odpowiednio wcześniej?

No i w końcu, powód powstania tej notki. Obejrzałem skrót tego finału, bo przypomniała mi się jedna z gier mojego dzieciństwa. Manchester United Europe!

B.

Pan Trener Jacek ‚Znakomity Szacunek’ Grembocki

Sobotnia konferencja prasowa przy Konwiktorskiej to było dla mnie doświadczenie z tych bardziej przełomowych. I nie z powodu Franciszka Smudy (bo na nią nie przyszedł), ani też – oczywiście – z powodu jak zawsze spokojnego Marka Bajora. Pan Trener Jacek Grembocki wygłosił za to tak płomienną mowę, że pewnie i sam Piotr Skarga by się nie powstydził.

Pytanie: pojawił się na boisku Chałbiński i zagrał katastrofalnie. Nie lepiej było wystawić choćby Gajtkowskiego, który grając przeciwko Lechowi miałby większą motywację?
– Z jakiej Pan jest gazety? Bo chciałbym wiedzieć.
– Ja nie jestem z gazety.
– To kim Pan jest?
– Jestem komentatorem, komentowałem ten mecz.
– W jakiej stacji?
-Orange Sport.

– Jeżeli Pan ocenił jego występ jako katastrofalny, to gdyby to był mecz katastrofalny, to mogłoby tak być. Zawody były znakomite. Przeciwnik – czapka z głów. Zdobywca Pucharu Polski, główny kandydat do mistrzostwa Polski. Sześć tysięcy widzów
[rozumiem, że to ma być dowód do dumy… no, chociaż dla Polonii to był rekord sezonu], sześć bramek… Dziwię się, że Pan nie zapytał o trzecią bramkę, to bym Panu coś powiedział. To, że wzięliśmy Michała Chałbińskiego, świadczyło o tym, jakimi jesteśmy desperatami. Mieliśmy jednego napastnika, który się zaciął, nie strzelał [Ivanovski], kilku kontuzjowanych [z napatników chyba tylko Kosmalski], kilku zawodników młodych, Gajtkowski sprawa wiadoma [odsunięty od drużyny, bo za wcześnie powiedział, że "nie widzi dla siebie miejsca w Polonii"]. I moim zdaniem, jeżeli Pan ocenia go [Chałbińskiego] po pięciu miesiącach kontuzji, że to był występ katastrofalny, to Pan jest bardzo młodym człowiekiem i chyba w ogóle meczy nie widział, bo ja widziałem o wiele bardziej katastrofalne występy piłkarzy. Szacunek dla człowieka, który zaryzykował swoje zdrowie dla Polonii! Normalnie po takiej kontuzji jest 8-9 miesięcy pauzy, rekonstrukcja wiązadeł krzyżowych. I Pan, zamiast mu pomóc takiemu człowiekowi, który za chwilę będzie grał, to Pan mówi, że on grał katastrofalnie. Ale myślę, że Pan jest młodym człowiekiem i bardziej szuka Pan sensacji niż oceny tego, co się działo.
– Dziękuję bardzo.

– Myślę, że to był bardzo dobry mecz. Wiedzieliśmy, że Lech tu nie wygra. Trzecią bramkę.. Nie mam pretensji do sędziego głównego, Pana Małka, bo sędziował te zawody znakomicie. Ale. Liniowy, który był 10 metrów od tego, po pierwsze nie widział spalonego powrotnego, po drugie przyjęcia ręką. Czy to jest, proszę Państwa, ukartowane? Nie wiem, raczej nie. Nie, nie jest. Po prostu to jest słaby liniowy sędzia. Eliminować takich sędziów liniowych. Bo to jest z niekorzyścią dla piłki, dla mnie, dla piłkarzy i dla sędziego głównego, który jest znakomitym sędzią. Małek jest znakomitym sędzią. Ale ludzi, z którymi współpracuję, zwłaszcza tego, który to puścił, to mu serdecznie współczuję. Dlaczego? Mynar, który tydzień nie trenował, nawet więcej, dwa tygodnie. Jodłowiec gra z kontuzją trzeci tydzień. Mierzejewski cały tydzień nie trenował. Mąka – cały tydzień czy trzy tygodnie nie trenował. Ja ich muszę wystawić. I ja żądam szacunku dla tych piłkarzy. Oni narażają swoje ży… swoje zdrowie. A facet się śmieje, wie, że popełnił błąd i się śmieje. Ja go tam w telewizji nazwałem, już go nie będę więcej nazywał. Nie pozwolę sobie, bo ja gram o życie, o przyszły kontrakt. Ci chłopcy ryzykują zdrowie, a taki… który stoi z boku, udaje, że nie widzi. Współczuję Panu Małkowi, myślę, że kara dla tego liniowego będzie wielka, tak uważam, bo tak powinno być.

(…) Proszę Państwa, to był naprawdę dobry mecz. Lech jest znakomitą drużyną, trener Smuda jest znakomitym trenerem. My, moim zdaniem, dorównaliśmy im. Może nawet w pewnych elementach przewyższyliśmy. Szkoda tylko, że się tak stało, jak się stało, przy tej trzeciej bramce.

(…) Jeżeli zdobędę puchary europejskie, z tego co prezes mówił, będę miał kontrakt. Wierzę prezesowi, wierzę, bo jeszcze nigdy mnie nie okłamał.

(…) Widowisko naprawdę dobre, a popatrzcie Państwo, jakich zawodników nie mamy z tych, którzy zaczynali sezon. Kosmalski, Gajtkowski, Kozio, Sokołowski. Mynar, ja go naprawdę podziwiam. 35 lat, grał z naderwanym mięśniem czworogłowym. Podziwiam go. On był zły, że ja się go pytałem, czy on może grać. Czesi są naprawdę bardzo twardzi, ja myślałem, że tylko my, Polacy dużo przeżyliśmy. On był zły, jak ja się go pytałem, czy będzie grał czy nie. Tak się krzywił na mój widok, jak się go pytałem. Musieliśmy szykować Kępę – tak, musieliśmy Kępę szykować, bo nie mamy innych prawych obrońców. Podziwiam, podziwiam tych ludzi, bo to są prawdziwy sportowcy.
Smutno mi tylko z jednej rzeczy. To samo może Marka spotkać czy Pana Smudę. Granica między zwycięstwem a porażką jest bardzo cieńka. I nie ode mnie to dziś zależało, że ja tego meczu nie wygrałem. Lech, znakomity przeciwnik, ja to powtarzam. Może byśmy dowieźli to 3:2, nie jest powiedziane, że byśmy dowieźli. Ale mielibyśmy pewność, że nas ktoś nie skrzywdził. Nie chcę żeby ktoś pisał, że nas skrzywdzono. Znakomity mecz.

(…) Ostatnio czytałem kilka wywiadów, których udzielałem. Ostatnie moje wywiady, z ostatnich dwóch tygodni, to jest tyle rzeczy dodanych… Czy na Pana Kaczmarka, w tytułach jakichś… Tyle rzeczy dodanych, że po prostu, no, ręce opadają. Ja wiem, że wy z tego żyjecie, ale troszeczkę profesjonalizmu. Ja daję wywiad autoryzowany wywiad, facet mi mówi, że do gazety Polska, a idzie do Dziennika Bałtyckiego też! I to jeszcze, tam gdzie ja mieszkam! [No faktycznie, ten to przegiął]

Ja mam szacunek olbrzymi do Pana Kaczmarka, bo ja mu też dużo zawdzięczam. Mam w ręku stoper, który włączam i czytam w Fakcie, że rozmawiam z prezesem przez telefon. Ludzie, ja mam dzieci. Mam dzieci. I mam w Gdańsku szkółkę z dziećmi, które trenują. Szacunku. SZA-CUN-KU. Jeżeli chcecie ludziom kłody podstawiać – podstawiajcie. Jeżeli ktoś by był słaby psychicznie, to prawdopodobnie… Już teraz wiem, czemu wielu trenerów skończyło bardzo marnie. Znakomitych trenerów. Bo po prostu nie wytrzymyw
ali tej presji. Pięć, dziesięć lat temu –
znakomici trenerzy. Znakomici, nie będę mówił nazwiskami. Problemy alkoholowe i inne. Wiem z czego to się bierze. Całe szczęście, że jestem abstynentem i to stuprocentowym. Bo jeżeli miałbym słabość do alkoholu, to po tym wszystkim co wyczytałem to na pewno musiałbym się upić, bo to jest nie do przyjęcia. Jestem abstynentem – ci co mnie znają to wiedzą – i jestem twardy. Takie rzeczy przyjmuję, ale wiem, z kim mam do czynienia.

(…) Naprawdę cieszę się, bo Marek – to był znakomity piłkarz – pracuje w znakomitym klubie. My równamy do nich.

Myślę, że zaskoczymy Państwa wielkimi transferami.
– Do klubu czy z klubu?
Do klubu.

(…) Majewski dzisiaj zagrał znakomite zawody. Jeśli ktoś go dzisiaj oglądał – biorą go w ciemno.

(…) Dzisiaj, gdyby nasi zawodnicy się nie zmobilizowali, to Lech by nas rozjechał 6:0. To są znakomici piłkarze. Ja trenowałem Lewandowskiego. Niesamowita łatwość grania. Lewandowski w trzech meczach nam nie strzelił gola. To znaczy, że Jodłowiec to klasa europejska, bo Lewandowski za chwilę pójdzie za pięć milionów euro. Za pięć mln euro byle kto nie idzie.

– Panie Trenerze, ostatnio jak Ivanovski był wysłany na trybuny, to potem zagrał dobrze. Prezes Wojciechowski powiedział, że może znowu by mu się przydały te trybuny, a on jednak zagrał.
– No widzicie. Trener Wojciechowski składu nie ustala. Bo gdyby tak było, to tre… prezes Wojciechowski … (śmiech). A jak to przeczytałem we wtorek [że będzie odesłany], to powiedziałem Ivanovskiemu w szatni przy wszystkich, że będzie na pewno grał. Choćby miał nogę urwaną. Tylko po to, by wam pokazać. Że ja ustalam skład. Ja. Ja. Taka jest prawda. Piszcie dalej. Napiszcie, że Lato będzie na trybunach, to będzie grał. Albo że będzie grał, to go na trybuny puszczę. A Lato grał znakomicie. Dziękuję serdecznie.

No a wcześniej, przed konfą, wiadomo: ”sędzia-gamoń”.

 

Mimo wszystko sędzia Małek nie jest chyba osobą, której należy najbardziej współczuć.

B.

Mariusz Nosal. Postscriptum

Był człowiek i nie ma człowieka, rozpłynął się w powietrzu. Albo po prostu dobrze ukrył.

Poprzednia notka o Mariuszu Nosalu kończyła się słowami:

(…) już na pierwszym treningu wybił sobie bark… W konsekwencji założył wodzisławską koszulkę dwukrotnie po czym… zniknął. Długo próbowałem znaleźć jakiś jego trop, ale niestety ani widu, ani słuchu… Może wrócił do rodzinnego Zamościa i wprawia się, żeby zostać w nieodleglej przyszłości trenerem, jak się kiedyś odgrażał?

Ostatnim meczem ligowym Nosala był pojedynek Odry Wodzisław z Arką Gdynia. 22 października 2005 roku.

Potem Maniek wystąpił jeszcze w trzech meczach Pucharu Polski (z Zagłębiem Sosnowiec [3:0] strzelił nawet gola; w dwumeczu z Amiką [0:0, 3:2 dla Odry] wchodził odpowiednio w 83. i 81. min) – ostatni raz na boisku, w oficjalnym meczu był więc widziany 15 XI 2005.

A potem? No właśnie, rąbka prawdy ujawnia fantastyczny materiał Łukasza Olkowicza i Piotra Wołosika w ”Magazynie Sportowym” z piątku 22 maja.

Story pt. ”Tego meczu nie mogli wygrać” traktuje o piłkarzach mających problemy z hazardem (Gevorgyan, Dawidowski, Sobczak i inni). W tym smutnym gronie znalazł się też Mariusz Nosal. Pozwolę sobie zacytować:

(…) Trzy lata temu, w wieku 31 lat niespodziewanie zakończył karierę i przepadł jak kamień w wodę. Dopiero wtedy na światło dzienne wyszły pewne fakty, o których nie wiedzieli nawet jego najbliżsi koledzy z ostatniej drużyny, w jakiej występował, Odry Wodzisław. Okazało się, że Nosal był nałogowym hazardzistą. Przegrał wszystkie swoje pieniądze, zapożyczył się na ogromne sumy, które też przegrał, aż w końcu zaczął ukrywać się przed wierzycielami, którzy zniecierpliwieni brakiem spłat, zaczęli mu grozić.

Historia jego upadku ma początek w Górniku Zabrze.

Rozmawiamy z jednym z byłych trenerów Nosala: – Maniek trafił tam w wieku 17 lat i wydawało się, że złapał Pana Boga za nogi. To był Górnik z kilkoma reprezentantami Polski i wspaniałymi planami na przyszłość. Niestety, Mariusz zawsze był podatny na wpływy innych. Wtedy imponowali mu Tomasz Hajto i Arkadiusz Kubik, szybko złapał z nimi kontakt. A ci dwaj piłkarze, wiadomo, święci nigdy nie byli. Pociągnęli ze sobą Mańka.

Nosal pozrywał wszystkie kontakty z kolegami, zmienił numer telefon i wyprowadził się ze Śląska. Rozwiódł się z żoną. Ostatnie ślady prowadziły do jego rodzinnego Zamościa. Odnaleźliśmy tam brata piłkarza: – Mariusz wyjechał za granicę i nie mamy z nim żadnego kontaktu – usłyszeliśmy tylko.

– Nigdy bym się nie spodziewał, że Maniek tak skończy – opowiadał Geworgian. – Poznaliśmy się w Płocku, kiedy przyszedł do Petro. Był małomówny, w ogóle się nie denerwował. Mówiliśmy o nim, że ma wycięty układ nerwowy – mówił Geworgian. – Być może w taki sposób przeżywał swój życiowy dramat.

B.

Politycy i sport przed wyborami. Postscriptum

Temat wcześniej i szerzej opisywany na tym blogu.

7 czerwca – wybory do Parlamentu Europejskiego

23 maja – mecz Polonii i Lecha przy Konwiktorskiej w Warszawie

Zagrali: 

Paweł Poncyljusz (Prawo i Sprawiedliwość)

Józef Oleksy, Wojciech Olejniczak [co na to fani Pelikana Łowicz?!], Jerzy Szmajdziński (Sojusz Lewicy Demokratycznej)

Na trybunach był transparent (tekst z pamięci): Wie o tym Polska cała, HGW nas oszukała. Może dlatego nikt z Platformy nie zagościł na Polonii (a przynajmniej nie był widoczny). 

O samym meczu będzie później. Może o Lechu, a może o Grembockim (Pan Trener chyba trochę stracił kontakt z rzeczywistością). W każdy razie – później.

B.

Mediodoświadczanie ligi

Na marginesie weekendowej kolejki w oczy rzuciła się jedna rzecz – niezwykłe możliwości przekazu. Dzięki technologiom medialnym regularnie wdrażanym do świata sportu, transmisja sportu nie jest już zwyczajnym śledzeniem zawodów przez „okno” telewizora. To coś więcej, to sytuacja, w której to niejednokrotnie widz przed szklanym ekranem jest w bardziej uprzywilejowanej sytuacji niż kibic na stadionie. Oczywiście tele-fan nie jest w stanie poczuć atmosfery meczowej, ale zobaczyć więcej niż na stadionie jest już w stanie.

Sobotnie spotkania transmitowane były w formie „multiligi” czyli śledzenia wszystkich spotkań równocześnie. Jeden mecz niby leciał cały czas, pozostałe leciały w okienkach, dodatkowo gongi oznaczały bramki padające na innych spotkaniach. Pełna symultaniczność, trzymanie ręki na pulsie kilku wydarzeń równocześnie. Niby pomysł stary (ach to radiowe Studio S-13!) i eksploatowany przez internet (livescore, soccerstand, itp.), ale na poziomie wizualności długo niedostępny. Od jakiegoś czasu jednak i ten obszar został zagospodarowany, co było widać w sobotę.

Warto sobie przy okazji uświadomić, że to właśnie technologie przekazu dają często kibicom władzę widzenia/ wiedzenia więcej. Kibic na stadionie nie był w stanie śledzić wszystkich meczów minionej kolejki, kibic przed telewizorem – tak. To telewizyjne powtórki dają odpowiedź na to czy był spalony czy nie,

albo kto pierwszy wpadł na metę.

Coraz bardziej wymyślne systemy umożliwiają także niezwykłą ekspansję statystyk – kto ile przebiegł, po jakiej części boiska, ile kontaktów z piłką, jak często itp. Szczytową jak na razie zdobyczą tego systemu jest Castrol Performance Index – serwis pomiarów wszelakich.

Dodatkowo to media dziś niejednokrotnie dyktują warunki rozgrywki – miejsce, godzinę, okoliczności. Niedawno mecz Lecha z Arką opóźnił się ponieważ C+ nie zakończył jeszcze transmisji z zawodów rugby. Niemal dokładnie rok temu Orły Beenhakera grały towarzysko z Danią w prażącym słońcu (o 16), bo telewizja musiała jednego popołudnia pomieścić jeszcze mecz szczypiornistów (18) i siatkarzy (20). Media rządzą:)

W dziedzinie przekazu medialnego możemy obserwować niezwykłą dynamikę. Wiele już zrobiono, a jeszcze wiele zostanie zrobione. Niedawno w Magazynie Przeglądu Sportowego był reportaż o transmisjach z Euro 2012. Będzie się działo, to pewne.

P. 

Stadion Śląski, Puchar Polski, Lech zwycięski

Tryumf Lecha. Zarówno w meczu, jak i w całej edycji Pucharu Polski był moim zdaniem zasłużony. Kolejorz po drodze pokonał pięć zespołów ekstraklasy: Piasta (4:0 na wyjeździe), Odrę (1:0 u siebie), przede wszystkim – Wisłę (1:0 i 2:1), Polonię Warszawa po karnych i w końcu Ruch. Pozostali półfinaliści mieli sporo łatwiej – Polonia grała z Nielbą Wągrowiec, Kmitą Zabierzów i Cracovią; Ruch z Wartą (wówczas słabą, nie to co teraz :), Odrą Opole, Zagłębiem Lubin i z Legią, która wcześniej wyeliminowała Wisłę Płock, Jagiellonią (po karnych) i Stal Sanok. Bez porównania.

Sławek Peszko. Jest gość, naprawdę jest gość. I nie chodzi tylko o tego gola.

 

 

Chodzi o cały sezon. Gdy przychodził na miejsce Marcina Zająca, podchodziłem do tej zamiany z pewną taką nieśmiałością. I choć pewnie ma ciut racji jeden z menedżerów twierdząc, że Peszki to na boisku przede wszystkim robi sporo wiatru, myślę, że nasz stachanowiec prawej strony jest wiosną najlepszym zawodnikiem Lecha. Może dlatego, że u niego autentycznie widać coś takiego jak sportowa złość, jak chęć zwycięstwa za wszelką cenę, jak gryzienie trawy od pierwszej do ostatniej minuty. Będzie z niego kawał grajka.

Ruch Chorzów. Przy całym szacunku dla tradycji tego klubu i sympatii do kilku zawodników (Wojtek Grzyb!) – gdyby Ruch zagrał w pucharach, mogłoby się to skończyć występem w stylu Wisły Płock, czyli odpadnięciem z ekipą pokroju Ventspilsu. Sposób chorzowian na poznaniaków był dość prosty – krótkie, agresywne krycie. Pierwszy faul, Remigiusza Jezierskiego, sędzia gwizdnął chyba po 40-kilku sekundach. I tak naprawdę największe zagrożenie Ruch stworzył chyba po strzale Brzyskiego z wolnego. No, ale tym razem na bramce nie było już Kotorowskiego.

Franz Smuda. Nie wiem, co się z nim dzieje, ale to już jest stopień wyżej od fochów, do których w Poznaniu wszyscy się już zdążyli przyzwyczaić. Musi chodzić o to wymykające się mistrzostwo, nie sądzę by chodziło o rozbieżności kontraktowe, czy – jak twierdzą niektórzy – już podjętą decyzję, że władze umowy nie przedłużą.

W każdym razie Franz był wczoraj jak chmura gradowa. Ktoś niezorientowany, po minach trenerów na konfie wywnioskowałby, że wynik był dokładnie odwrotny. Nie wiem, nie rozumiem. I przypominam sobie tylko jeden przypadek by trener po wygranej w finale nie okazywał radości. No, ale to zupełnie inna para kaloszy.

Stadion Śląski. Słynna odległość trybun od boiska nie była tak wielka, jak sobie wyobrażałem, ale nie zmienia to mojej opinii, że ten stadion winien być circa about 10 lat temu zburzony i zbudowany od nowa. Poza tym, wiadomo, klimatycznie na maksa. Plakaty w biurze prasowym – miazga.

Niedoróbki. Nie wspominam już o tym, że pierwotnie termin finału wyznaczono na okres, w którym kadra jest na zgrupowaniu. Nie narzekam na fatalną organizację ruchu w okolicach stadionu czy całego Chorzowa i Katowic, bo nam się akurat upiekło (i nie robiliśmy slalomu między kibicami, ani nie dotarliśmy zlani potem od tych nerwów). Ale takie szczegóły, szczególiki, detale jak niekonsekwentnie (spójrzcie skład Lecha) i przede wszystkim z błędami (Gromadzki zamiast Grodzicki!) protokół, który wręczono na trybunie prasowej. Wstyd, czyli po poznańsku – poruta.

Być na murawie, gdzieś zaraz obok piłkarzy, którym wręczane są medal i puchar – niesamowite uczucie.

Co tu dużo gadać, mecz bez szału, ale potem to aż dech zapierało. Naprawdę.

B.

Andrzej Buncol i Tomasz Rząsa, czyli o dwóch takich, co zdobyli Puchar UEFA

… grając w finale. Ebi w sumie też zdobył, a w finale nie grał. Ale o tym później.

Andrzej Buncol i zwycięstwo Bayeru Leverkusen w Pucharze UEFA 1988

Andrzej Buncol znalazł się w Leverkusen w idealnym momencie. Po przejściu z FC Homburg do szóstego zespołu Bundesligi, już w pierwszym sezonie gry Polaka dla Bayeru (który złośliwcy w Niemczech nazywają Neverkusen), klub osiągnął największy sukces w historii. Buncol zagrał we wszystkich dwunastu meczach Pucharu UEFA (komplet zaliczyli jeszcze tylko bramkarz Ruediger Vollborn i słynny Falko Goetz), a droga Aptekarzy do końcowego tryumfu wyglądała naprawdę ciekawie.

W pierwszej rundzie Austrii Wiedeń nie pomógł ani słynny Herbert Prohaska, ani bramkarz Franz Wohlfahrt (potem wiele lat w VfB Stuttgart), a w Leverkusen skończyło się na pogromie 5:1. Kolejny rywal, francuska Tuluza z Rocheteau i Stopyrą w składzie, sprawiła już dużo więcej problemów, ale to podopieczni Ericha Ribbecka (tego samego, pod którego wodzą Niemcy zagrali żenujące EURO 2000) znów byli górą. 1/8 finału to pojedynki z Feyenoordem. W Rotterdamie padł remis 2:2, choć goście prowadzili już dwoma golami, z czego pierwszy był autorstwa Polaka (Been 39, Hoekstra 44 – Buncol 20, Falkenmayer 32). W rewanżu jedyne trafienie zaliczył Falko Goetz i Bayer znalazł się w ćwierćfinale.

A w 1/4 finału przeszkoda czekała potężna, bo na Niemców czekała słynna Barcelona. Jednak ani Gary Lineker, ani Bernd Schuster (nawet z rzutu karnego!) nie trafili do bramki, a sposobu na Bayer nie potrafił znaleźć ten, wówczas 20 lat młodszy hiszpański trener.

W półfinale na Leverkusen czekali rodacy z Bremy. I znów, podobnie jak z Barceloną, w dwumeczu padł zaledwie jeden gol – dla Bayeru. Aptekarze byli w finale.

Dwumecz z Espanyolem Barcelona był niezwykłym dramatem w dwóch aktach. Rywale prowadzeni przez Javiera Clemente, w półfinale przegrali 2:0 na wyjeździe z Club Brugge, by w rewanżu awansować po 3:0 i golu strzelonym na 12 sekund przed końcem dogrywki! W finale Espanyol przejął rolę Belgów, ale – jak mawia Bogusław Wołoszański – nie uprzedzajmy faktów.

W stolicy Katalonii gospodarze wręcz zmietli niemieckich gości. Trzy gole strzelone na przestrzeni 13 minut gry (Losada 44, Soler 48, Losada 57) wydawały się przesądzać sprawę na rzecz Espanyolu. Nie z Niemcami jednak te numery, choć przez prawie godzinę rewanżu w Leverkusen trwały przygotowania do stypy. W 56 min gola strzelił jednak Tita, na 2:0 podwyższył Goetz, a w 81 minucie kibiców w ekstazę wprawił wspaniały Koreańczyk Bum-kun Cha. Po bezbramkowej dogrywce nadeszły wygrane rzuty karne (choć pierwszy strzał Falkenmayera obronił N’kono) i w Leverkusen fani mogli cieszyć się z największego sukcesu w historii klubu.

Podobno w trakcie finałowego meczu z Espanyolem, komentator niemieckiej telewizji wręcz piał z zachwytu nad grą Buncola i krzyczał (oczywiście straszliwie) do mikrofonu: – Ten mały Polak o wielkim sercu dokonuje cudów! Dziś Buncol trenuje młodzież w Leverkusen, a jego autograf jest smacznym kąskiem dla kolekcjonerów.

 

Bayer Leverkusen
Sezon 1987/88: – Puchar UEFA
I runda: Austria Wiedeń 0:0 (w), 5:1 (d)
II runda: Toulouse FC 1:1 (w), 1:0 (d)
1/8 finału: Feyenoord Rotterdam 2:2 (w), 1:0 (d)
1/4 finału: FC Barcelona 0:0 (d), 1:0 (w)
1/2 finału: Werder Brema 1:0 (d), 0:0 (w)
Finał: Espanyol Barcelona 0:3 (w), 3:0 (d), k. 3-2

 

Tomasz Rząsa i zwycięstwo Feyenoordu Rotterdam w Pucharze UEFA 2002

Do Pucharu UEFA Holendrzy trafili po zajęciu trzeciego miejsca w grupie Ligi Mistrzów (za Bayernem i Spartą Praga, przed Spartakiem). W III rundzie pokonany został niemiecki Freiburg, a Pierre van Hooijdonk popisał się takim oto strzałem z rzutu wolnego.

Następnie słabsi okazali się Rangersi, a w ćwierćfinale doszło do boju z rodakami z PSV Eindhoven. Dwa razy po 1:1 (w rewanżu van Hooijdonk wyrównał w ostatniej minucie!) i karne na korzyść Feyenoordu. Co ciekawe, oba zespoły spotkały się niecałe dwa miesiące wcześniej w Pucharze Holandii, również strzelały jedenastki, ale wówczas awansował zespół spod szyldu Philipsa.

W półfinałach obok Feyenoordu i Borussii znalazły się Inter i Milan. Gdy wszyscy spodziewali się derbów Mediolanu w finale, nieoczekiwanie o puchar zagrali Holendrzy i Niemcy. Feyenoordowi sprawę na San Siro ułatwił Kolumbijczyk Cordoba strzelając samobója. Inter przeciwko Rząsie zagrał w ofensywie ustawiony tak: Sergio Conceicao, Di Biagio, Emre (56 Seedorf), Guglielminpietro (78 Recoba) – Ventola, Kallon (70 Ronaldo). Defensywa z Polakiem w składzie gola w pierwszym meczu nie wpuściła, w drugim Rząsa pauzował za żółte kartki. A wynik rewanżu (2:2) jest o tyle mylący, że Włosi oba gole strzelili w samej końcówce spotkania.

W końcu nadszedł czas na finał, którego areną był… rotterdamski De Kuip. Było 50 proc. szans, że w losowaniu przedmeczowym Holendrom przypadnie rola gości – ostatecznie jednak również formalnie byli gospodarzami i mogli przebierać się we własnej szatni.

Co zapamiętałem z tego meczu. Przede wszystkim piękne gole (v. H.! Koller! Tomasson!), no i czerwoną kartkę w ostatnim meczu w karierze Juergena Kohlera. Jakoś mi go nie było żal.

To był naprawdę ciekawy finał.

Po finale szczęśliwy Tomasz Rząsa powiedział tygodnikowi Piłka Nożna (20/2002):
Uważam, że zagrałem bardzo dobrze. Powstrzymałem najpierw Ewerthona, a z jego zmiennikiem – Addo, też nie miałem problemów. No i cóż, podniosłem puchar! Faktem jest, że błąd Kohlera i jego konsekwencje, ustawiły spotkanie. Jutro nikt nie będzie pamiętał okoliczności naszego zwycięstwa, natomiast wszyscy zapamiętają, że to myśmy zdobyli Puchar UEFA. Zresztą to grając w dziesiątkę rywale wbili nam dwa gole, a kiedy byli w komplecie – żadnego.

Uzbierało się też trochę ciekawostek:

Przegrywając, Borussia nie wykorzystała szansy wpisania się na listę zespołów, które wygrały wszystkie trzy rozgrywki europejskie (traktując Puchar UEFA jako kontynuację P. Miast Targowych i licząc nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów).
Dwa gole dla Holendrów strzelił van Hooijdonk, ale na piłkarza meczu (słusznie) wybrano Tomassona.
Tryumf Feyenoordu choć trochę osłodził brak Oranje na mundialu w Korei i Japonii.
Finał odbył się dwa dni po zabójstwie popularnego prawicowego polityka Pima Fortuyna, a UEFA rozważała przełożenie terminu na okres po mistrzostwach świata.

Euzebiusz Smolarek nie zagrał, bo po pierwsze był kontuzjowany, a po drugie – po ćwierćfinale z PSV wykryto u niego podwyższony poziom cannabinolu (cokolwiek to znaczy). Jedna z wersji głosiła, że Ebi… objadł się czekoladowych wiórków, zawierających tę substancję, inna, że w jednej z dyskotek młody piłkarz biernie opalił się trawki. Dyskwalifikacja w większości pokryła się z okresem kontuzji Polaka i teraz chyba już mało kto o niej pamięta. Finał Smolarek jr oglądał w… garniturze.

Feyenoord Rotterdam
Sezon 2001/02: – Puchar UEFA
III runda: SC Freiburg 1:0 (d), 2:2 (w)
1/8 finału: Glasgow Rangers 1:1 (w), 3:2 (d)
1/4 finału: PSV Eindhoven 1:1 (w), 1:1 (d)
1/2 finału: Inter Mediolan 1:0 (w), 2:2 (d)
Finał: Borussia Dortmund 3:2 (d)

B.

 

Goran Popov, czyli co łączy Wodzisław z Pucharem Holandii

Sezon 2004/2005. Leniwe popołudnie długiego majowego weekendu. Przy Bułgarskiej Kolejorz podejmował wodzisławską Odrę. Mecz był tak przejmująco nudny, że na samą myśl o nim zaczynam ziewać. Na boisku nie działo się absolutnie nic. Piłkarze sennie snuli się po murawie, jakby swoją postawą chcieli unaocznić fakt, że świętują 3 maja. W kontekście tej mętnej rozgrywki utkwiły mi w pamięci trzy kwestie. Pierwsza – gol Reissa z rzutu wolnego. Druga – kapitalna obrona Kotora w ostatniej minucie (chwila, chwila – czy pochwała Kotorowskiego wyszła właśnie z moich ust?). Trzecia – no właśnie… Jedyną osobą, która jakby nie rozumiała, że Święto Konstytucji czcci się właśnie poprzez chodzenie a nie bieganie był blondwłosy dryblas występujący na lewej stronie boiska. Co rusz organizował jakieś ataki, dośrodkowywał, przeganiał obrońców Lecha, siał popłoch strzałami. Tym zawodnikiem był Goran Popov.

Mam do chłopaka sentyment, zresztą już raz o nim pisałem. Czuję się w dużej mierze odkrywcą jego talentu, w związku z czym z uwagą śledzę jego dalsze futbolowe losy. A jest co śledzić. Przed przybyciem do Wodzisławia Popov zdążył zagrać w AEK Ateny

oraz pojawić się (ale nie zagrać) w Crvenie Zvezdie Belgrad.

Potem trafił się pobyt w Polsce. Co ciekawe mało kto dojrzał w młodym Macedończyku drzemiący potencjał. Choć ponoć przed przybyciem do Odry chciała go i Legia i Groclin, to po – dość dobrej przecież rundzie – nikt po Popova się nie zgłosił. Ten obrał więc azymut na Helladę. Na początku trafił do AO Egaleo, a potem do Levadiakosu

W Grecji wyrobił sobie markę solidnego zawodnika. Stamtąd trafił mimo wszystko trochę niespodziewanie do holenderskiego SC Heerenveen i… z miejsca wywalczył sobie pewne miejsce w pierwszym składzie. Nieustępliwość w grze, siła, końskie zdrowie i niesamowity ciąg na bramkę sprawiły, że obecnie holenderska telewizja ma powody, żeby robić z nim wywiad.

Dzisiaj doszedł kolejny powód, aby Popov pojawiał się w niderlandzkich mediach. Jego drużyna po emocjonującym meczu z Twente Enschede (2-2 i zwycięstwo w karnych) zdobyła Puchar Holandii a nasz bohater strzelił jedną z bramek!

Tak więc jest Goran Popov na topie. Szkoda, że dłużej nie pograł w Polsce (choć grał nie tak dawno przeciw Polsce, w towarzyskim meczu Polska – Macedonia przed EURO 2008), pewnie jeszcze jedna runda w klubie z wyższej półki wystarczyła by, żeby zaistniał w futbolowym światku jako zawodnik naszej Ekstraklasy. A tak to kolejny świetny grajek, który przemknął przez naszą ligę jak meteor, a teraz robi sobie karierę na Zachodzie. I jeszcze jakby tego było mało – ma spore poczucie humoru.

P.

Robert Mitwerandu

W ubiegłym tygodniu, dokładnie 7 maja, minęła dziewiąta rocznica śmierci Roberta Mitwerandu. Jest to postać warta wspomnienia nie tylko dlatego, że był on pierwszym czarnoskórym reprezentantem Polski (juniorów, ale jednak).

Urodził się 27 lutego w Chorzowie, w absolutnie fantastycznym dla polskiej piłki klubowej (finał PZP Górnika, półfinał UEFA Legii) roku 1970. Był synem Polki i imigranta z Rodezji (dziś Zimbabwe). Jak wielu szkrabów z Chorzowa, swoją przygodę z piłką rozpoczął w klubie Stadion Śląski, znanym ze szlifowania talentów. A że Robertowi Mitwerandu Bozia talentu nie szczędziła, dość szybko zauważyli go selekcjonerzy młodzieżowych reprezentacji Polski, dzięki czemu stał się pierwszym czarnoskórym reprezentantem Polski.

Wróżono mu wielką karierę, szczególnie, że w wieku 18 lat wylądował w jednej z najlepszych wówczas drużyn kraju, GKS Katowice. W Gieksie jednak specjalnie się nie zagrywał – dwa mecze w sezonie 1988/89 i pięć w rundzie jesiennej kolejnego sezonu – to jego łączny bilans w pierwszej lidze przy ul. Bukowej. Te siedem występów sprawia jednak, że Mitwerandu był pierwszym czaroskórym graczem w historii ekstraklasy. No i ostała się fotka w żółto-czarnym stroju.

W 1991 roku zdecydował się przenieść do trzecioligowego MK Katowice, ale na dłużej zakotwiczył dopiero w Naprzodzie Rydułtowy. Tam wywalczył miejsce w pierwszej jedenastce, zdarzało mu się strzelić gola (jak z Wałbrzychem, 13.06.1994), a gdy wypadł ze składu z powodu kontuzji (jesień 1995), Gazeta Wyborcza pisała:

Słabiej niż spodziewali się tego kibice spisali się w rundzie jesiennej piłkarze z Rydułtów. Trzynaste miejsce nie spełnia ambicji działaczy. (…) Prawie przez całą rundę leczyli kontuzje Robert Mitwerandu i bramkarz Jarosław Tkocz. Może dlatego ich koledzy stracili aż 30 bramek?

W Naprzodzie obrońca spędził cztery sezony, ale tylko raz jego zespołowi udało się wzbić ponad dolne stany średnie (piąte miejsce w sezonie 1994/95). Od sezonu 1996/97 klubem Mitwerandu został Krisbut Myszków. Tam tworzył parę stoperów ze swoim dawnym kolegą z juniorskiej reprezentacji Polski, Krzysztofem Kołaczykiem.

Z meczu myszkowian z Polonią Szombierkami Bytom (kto jeszcze pamięta ten twór?) pochodzi jedyna wypowiedź Roberta, do jakiej dotarłem (GW Katowice, ”Powstrzymany i powalony?”, 6.10.1997, Paweł Czado):

(…) Kolegami dobrze dyrygował Robert Mitwerandu. – Lubię grać jako stoper, to moja ulubiona pozycja – stwierdził potem czarnoskóry obrońca. W 74 min doszło do kontrowersyjnej sytuacji z jego udziałem – przewrócił w polu karnym rozpędzonego Bogusława Cygana. – Zostałem przytrzymany za rękę i powalony na ziemię – skarżył się potem bytomski napastnik. – Skoro sędzia nie gwizdnął, to karnego nie było – stwierdził dyplomatycznie Mitwerandu. Karny był ewidentny – podkreślił Benigier [trener Bytomia]. Przy okazji, skład Krisbuta: Gaborski – Kościelniak Ż, Mitwerandu, Gwiździel – Matloch, Razakowski Ż, Minkina, Mizgała, Witkowski – Czekański, Kamiński.

8 czerwca 1998 roku spotkanie z byłym klubem, Naprzodem, nie skończyło się dla Mitwerandu zbyt fortunnie. Po jego samobójczym trafieniu, Rydułtowy pokonały Myszków 2:1. Był to też jeden z ostatnich (ostatni?) jego występów dla Myszkowa, bo postanowił się przenieść do Rakowa Częstochowa, który właśnie spadł z ekstraklasy. W pierwszym sezonie (1998/99) Raków był bliski powrotu do pierwszej ligi, ale… miał pecha. W tabeli grupy zachodniej II ligi Mitwerandu i spółka (Bański, Synoradzki, te klimaty, ale i Marek Matuszek i młodziutki wówczas Tomasz Kiełbowicz) zajęli drugie miejsce za Dyskobolią, ale ponieważ zmniejszano wówczas ekstraklasę, awansowali tylko zwycięzcy grup, nie jak wcześniej po dwie drużyny. Podobno Mitwerandu był blisko Ruchu Radzionków (wówczas pierwszoligowego), podobno tylko kontuzja przeszkodziła mu w wyjeździe do zagranicznego klubu. Podobno.

Sezon 1999/2000 był dla częstochowian wyjątkowo kiepski. Na jego zakończenie Raków spadł do trzeciej ligi, ale najgorsze stało się wcześniej – w maju, dokładnie 7 maja 2000 roku. Tak wspomina ten smutny dzień strona klubu z Częstochowy:

W sobotę 6 maja 2000 r. Raków przegrał na własnym boisku z Polarem Wrocław 1:3. Z porażki nikt nie robił wielkiej tragedii – nasz los i tak już był wtedy przesądzony. Robert zagrał w tym spotkaniu 90 minut i zupełnie nic nie wskazywało na to, że dojdzie do tragedii. Nazajutrz rano zasłabł w swoim mieszkaniu. Gdy przyjechała karetka, już nie żył. Robert nigdy wcześniej nie narzekał na serce. Choroby nie wykryto podczas ani jednego z obowiązkowych badań, jakim poddawani są zawodnicy.
Przez dwa sezony był pewnym punktem naszej defensywy. Zapamiętaliśmy go, jako obrońcę, dla którego nigdy nie było straconych piłek. Mimo coraz gorszej sytuacji organizacyjnej Rakowa ani przez chwilę nie myślał, żeby odpuścić…
Na początku kwietnia 2000 r. doszło na naszym stadionie do pamiętnego spotkania z KS Myszków. Wtedy nasi zawodnicy pokazali, że potrafią walczyć do końca. Bramkę na wagę remisu 3:3 zdobył w doliczonym czasie gry właśnie Robert. Miesiąc później już go nie było wśród nas… Zostawił żonę i dwójkę dzieci.

Pożegnanie w GW Częstochowa (16.05.2000)

Odszedł piłkarz

(…) Wszyscy związani z Rakowem i z piłką zastanawiają się co mogło być przyczyną śmierci Mitwerandu. Na pewno piłkarz nigdy nie skarżył się na serce, nie miał problemów zdrowotnych. – Po meczu Robert czuł się normalnie, wszystko było w porządku – opowiada Zbigniew Pawlak, działacz RKS.

Robert Mitwerandu wyróżniał się wśród II-ligowych piłkarzy elegancją i czymś, co nazywa się „klasą”. Zawsze nienagannie ubrany i uśmiechnięty.

– Moja osoba jest łączona z Robertem Mitwerandu, bo współpracowaliśmy razem dosyć długo – mówi były trener Krisbuta i Rakowa Zbigniew Dobosz. – Z Robertem zetknąłem się jednak znacznie wcześniej. Kiedy prowadziłem juniorów Rakowa, on grał w Stadionie Chorzów. Zwracał na siebie uwagę, bo wtedy, nie tak jak dziś, gdy w Polsce grają piłkarze różnych nardowości i ras, zawodnik czarnoskóry był wielkim wyjątkiem. Potem spotykałem go w meczach drugoligowych pomiędzy Rakowem i Naprzodem Rydułtowy, do którego trafił jako senior. Jako trener i zawodnik spotkaliśmy się w Myszkowie, a potem gdy przechodziłem do Rakowa, zrobił to także Mitwerandu. Gdy trener, jak to się mówi, zabiera ze sobą zawodnika, świadczy to o tym, że obdarza go pełnym zaufaniem i tak było w tym przypadku (…)

– Zapamiętam Go jako człowieka, z którym absolutnie nie można było wejść w sytuację konfliktową, mimo że miał swoje zdanie i potrafił je głośno wyrażać – wspomina trener Zbigniew Dobosz. – Był to nadzwyczaj pogodny, życzliwy i łagodny człowiek. On i Jego rodzina, którą miałem okazję poznać, kojarzyli mi się z pogodnymi i szczęśliwymi ludźmi, tym bardziej boli to, co się stało.

Piłka Nożna, 16 maja 2000 i wypowiedź Tomasza Maślanki, z którym Mitwerandu wracał do domu po ostatnim meczu:

– Rozmawialiśmy o przegranym meczu z Polarem – wspomina – o trudnej sytuacji drużyny. Snuliśmy plany na przyszły sezon. Robert mówił, że może udałoby nam się wyjechać za granicę. Zawiozłem Go do domu i, jak zwykle, umówiliśmy się na poniedziałek. W niedzielę rano zadzwoniła do mnie żona Roberta i powiedziała, co się stało. Nie mogę w to uwierzyć. Ciągle jestem w szoku…

Rozegrano co najmniej dwa (do tylu dotarłem) Memoriały Roberta Mitwerandu. Za pierwszym razem (jeszcze w czerwcu 2000 r.), inicjatorem meczu Raków – Przyjaciele Roberta, z którego dochód przeznaczono dla rodziny piłkarza, był Marek Koniarek – kolega Roberta z okresu gry w GKS Katowice. W drużynie Przyjaciół wystąpili m.in. Jan Furtok, Bogdan Pikuta, Jerzy Wijas, Marek Koniarek, Ryszard Czerwiec, Michał Probierz oraz Janusz Jojko.

Kolejne spotkanie (początek lipca 2001) to ”pojedynek” Gieksy i Przyjaciół (m.in.: Ryszard Czerwiec, Olgierd Moskalewicz, Grzegorz Niciński, Marek Koniarek, Adam Kryger, Piotr Piekarczyk i Grzegorz Kapica)
GKS Katowice – Przyjaciele Mitwerandu 2:1 (1:0)
Bramki: 1:0 Muszalik (15.), 2:0 Moskała (48.), 2:1 Gacek (61.) GKS: Lech – Bosowski, Kowalczyk, Sznaucner – Korzan, Wysocki, Widuch, Gajtkowski, Bała – Moskała, Muszalik / Tkocz, Andruszczak

I znów trzeba powtórzyć i znów o piłkarzu związanym z Katowicami. Puenty nie będzie. Jest wielka tragedia.

B.