Krew stygnie w piosence. "Polityka symboli" Ivana Colovica

Przyznaję, że sportowo-etniczny tygiel obecny na Bałkanach jest od jakiegoś czasu przedmiotem mojej fascynacji. Dawałem jej już tutaj kilkakrotnie wyraz. Tym chętniej sięgnąłem po książkę Ivana Colovicia „Polityka symboli”.

Choć pozycja ta poświęca piłce nożnej tylko fragment swej objętości (dokładnie jedną z trzech cześci), to warto jej poświęcić chwilę uwagi. Autor, serbski etnolog, wskazuje w jaki sposób u schyłku lat 80-tych i na początku lat 90-tych (a więc chwilę przed rozpadem Jugosławii) sport wykorzystywany był jako narzędzie krzewienia nienawiści między poszczególnymi narodami na Bałkanach. I nie chodzi tu tylko o te formy skrajne, opisywane już tutaj „tygrysy” Arkana, ale także sposób, w jaki poprzez codzienną prasę sportową podsycało się w Serbii ksenofobię i atmosferę oblężonej twierdzy.

Analizowani przez Colovica serbscy dziennikarze wskazują konkretnie na podmioty winne niszczenia Jugosławii. W pierwszej kolejności są to nie-serbscy kibice – „jak zwierzęta wyczuli w powietrzu krew, chcieli, żeby się polała, i dopiero wtedy ich najniższe instynkty byłyby zaspokojone” [o kibicach Dinama Zagrzeb], „orgiastyczne podniecenie na tle narodowym” [to z kolei o kibicach Hajduka Split]. Są to fragmenty relacji z dziennika PV, jednego z najważniejszych ówczesnych tytułów prasowych. Serbowie jednak nie tylko w obcych kibicach upatrywali siedlisko zła: „‚Nasi’ nie są nacjonalistami sami z siebie – stają się nimi za przykładem ‚cudzych’. Błędem byłoby twierdzić, że paskudni, źli i gotowi na wszystko są tylko ‚ich’ kibice. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy. Mała jest różnica między ‚naszymi’ i ‚ich’, kibice Partizana są więc także zarażeni. Ale to robota prowokatorów! Ludzi spoza, ludzi z innych republik, ktoś ciągnie ich w bagno, chce żeby byli tacy sami jak wiele hord na naszych stadionach. Pragnęlibyśmy wierzyć, że kibice Partizana uwolnią się od tej pętli, którą inni zarzucają im na szyję”. Nie sposób nie uśmiechnąć się czytając o uciemiężonej roli serbskich kibiców :)

W dalszej części autor kreśli bardzo ciekawy obraz serbskich kibiców, zupełnie nie zainteresowanych swoim klubem. „Nie interesują mnie specjalnie te organizacje dla kibiców, spotkania z zarządem. Mnie to wszystko nie kręci. Tam chodzą lizusy i słuchają, jak tamci im pieprzą głupoty” – mówi jeden z kibiców. Sytuacja ta jest w sumie analogiczna z polską sytuacją z początku lat 90-tych, gdzie mecz był często manifestacją nienawiści wobec… swojego klubu. Kibice utworzyli specyficzne subkultury, których fundamentem było wzajemne zwalczanie. Świetnie widać to na przykładzie kibiców Crveny (Cyganie) i Partizana (Grabarze). „Kiedy jesteś szczęśliwy, zabij Cygana” – to okrzyk Grabarzy. Cyganie nie są dłużni: „Siekiery do ręki/ a w zęby noże/ krew się dziś poleje/ wasza krew Grabarze!”. Co ciekawe, nienawiść do klubu przeciwnika łączy się nieraz z klubem… wrogiego narodu: „Oj, Zvezdo czerwona, kurwo pierdolona, pierdolił cię Hajduk i inni piłkarze a najbardziej Grabarze”. Pieśni kibiców były również często wyrazem dążenia do Wielkiej Serbii, państwa panserbskiego: „My jesteśmy Junacy, z dumnej Serbii chłopacy. Wyjdźcie wszyscy na tarasy, powitajcie serbską rasę. Od Kosowa aż do Kninu spotkasz tylko serbskich synów. Serbie, Slobo, cała Serbia z tobą”.

Przykład bałkański świetnie ilustruje jak potężnym wehikułem emocji plemiennych (paraplemiennych? postplemiennych?) może być sport. Jak pisze Eric Hobsbawm „wspólnota wyobrażona, licząca milion ludzi, wydaje się bardziej realna w postaci zespołu złożonego z jedenastu mężczyzn z imieniem i nazwiskiem. Jednostka, nawet ta, która tylko kibicuje, sama staje się symbolem swojego narodu”. Przedstawiany przez Colovica dyskurs prasowy uprawomacnia to stanowisko – to drużyny i towarzyszący im kibice są nośnikami i wyznawcami określonych wartości. Gorąca głowa, szczypta folkloru i piłka nożna – oto sposób na bałkańskie wyznanie tożsamości narodowej.

Bałkany jeszcze na pewno nieraz tu zagoszczą. W międzyczasie zapraszam tutaj na odcinek Football Factories im właśnie poświęcony.

P.

Górnicze paradoksy

Strasznie zabawne wydaje mi się, że najlepszym zawodnikiem drużyny, która jak lew powinna się bić o utrzymanie w lidze jest… obrońca Adam Banaś. To co się dzieje obecnie w Zabrzu okazuje kilka prawideł goszczących w polskiej lidze, które wydają się oczywiste, ale z drugiej strony warto mieć je na uwadze.

Po pierwsze, cholernie ciężko zdobywa się punkty na wiosnę. Zakładając, że minęły już czasy cudownych pass, niewytłumaczalnych zwycięstw i goli z karnych w ostatnich minutach, widać jak trzeba się naszarpać, żeby odrabiać straty z zimy. Gdyby jesienią Górnik prezentował podobną grę jak obecnie myśle, że byłby gdzieś w środku tabeli, w każdym razie na bezpiecznej pozycji. Pierwsza runda jednak była w plecy i teraz trzeba stawać na głowie, żeby coś ugrać. A idzie jak krew w piach, każdy punkcik to walka na śmierć i życie. Zresztą widać to również po sytuacji Cracovii, która się wzmocniła, gra sensowniej a oczka jak uciekały, tak uciekają…

Po drugie, dobry trener to nie wszystko. Że Kasperczak potrafi nastroić piłkarską maszynkę, to wiedzą wszyscy. Ale jak ma do dyspozycji takich napastników jakich ma, to choćby był trenerskim mesjaszem – będzie mu ciężko jak alkoholikowi przed pierwszym. Bo cóż to za snajperską gwardię ma on pod swoimi skrzydłami? Dawid Jarka chyba zapomniał, że kiedyś potrafił rzeczy niedostępne innym ligowcom. Instynkt, umiejętność ustawienia się w polu karnym, sytuacyjne uderzenie. Teraz snuje się po boisku jakby przyszedł na lekcje języka, którego nie zupełnie rozumie. Przemysław Pitry to majstersztyk. To znaczy transfer Pitrego to majstersztyk. Jeżeli Kolejorzowi udało się dostać za niego – a tak się mówi – ok. 300 tys. euro, należy to rozpatrywać w kategoriach ekonomicznego cuda. Zagrożenie jakie prowokuje w tym sezonie Pitry pod bramką przeciwnika, jest porównywalne z zagrożeniem wystąpienia snieżnej zamieci w Sudanie. Tomasz Zahorski zatruł się chyba czymś podczas Euro 2008, bo chłopak jakoś nie może dojść do siebie po turnieju. Dość powiedzieć, że w 21 zdobył 1 gola. I moja wisienka na torcie – Robert Szczot. Może moja percepcja jego osoby byłaby inna, gdyby nie to co się dzieje wokół niego w mediach. A co się dzieje? Canal Plus z Kazimierzem Węgrzynem już namaściło go na ”polskiego Denilsona” i następce wielkich rodzimych skrzydłowych, ”Piłka Nożna” w każdym meczu poświęca mu osobny akapit. Chyba tylko Sebastian Mila ma porównywalnie dobry PR prasowy. A jaka jest prawda o Szczocie? Że to zawodnik zdolny, szybki, nieźle dryblujący, ale SUROWY. Gnający przed siebie w amoku, nie dostrzegający kolegów na boisku i marnujący stuprocentowe sytuacje strzeleckie (nie wspominam o liczbie strzelonych przez niego goli). Jasne, że w zabrzańskim marazmie jest jak Elvis, ale przecież nie o to chodzi. Dodatkowo Kasperczak robi mu chyba krzywdę wystawiając w ataku. Skrzydło przy układzie ze szpicą albo bok pomocy – tam powinien biegać Szczot.

I przy tej sytuacji bardzo zastanawiają – to po trzecie – zimowe transfery. Górnik dokonał ciekawych ruchów: Gorawski, Przybylski (bardzo ciekawy zawodnik!), Banaś, Strąk, Marciniak. Praktycznie wszyscy trafieni bez kuchy. Ale to transfery, które powinny mieć miejsce za rok. Teraz potrzebny jest napad. Obroną nie można utrzymać się w lidze.

Najciekawsza w tym całym górniczym mętliku jest osoba Adama Banasia właśnie. Defensor ten jest obecnie jednym z najlepszych obrońców polskiej ligi, kto wie czy nie najlepszym Polakiem na swojej pozycji. Jego godna podziwu bramkostrzelność zasłania nieco nawet inne walory, bardziej istotne dla obrońcy – zdecydowaną grę, szybkość reagowania, skuteczność i nieustępliwość. Taki trochę Sobolewski linii obrony. Będzie z niego jeszcze pociecha, zresztą już dziś brałbym go pod uwagę w kontekście reprezentacji Polski (bije na głowę Polczaka, jest obecnie lepszy od Jodłowca).

Co by jednak nie narzekać – czuję, że Górnik nie spadnie:)

P.

Marjan Markovic – niebanalna transfuzja krwi dla Kolejorza?

Co prawda Marjan Markovic przyjechał do Poznania na razie na testy i nie wiadomo czy zabawi na dłużej w Kolejorzu, ale warto przyjrzeć się mu bliżej, bo gdyby jednak doszło do transferu, to byłoby to wydarzenie niebanalne.

Powód tego szumu jest jeden, ale za to trójczynnikowy – nie za często zdarza się bowim, że do polskiej ligi trafia w miarę aktualny reprezentant silnego piłkarsko państwa europejskiego z doświadczeniem gry w Lidze Mistrzów. Niczym na analizie wierszów na lekcji polskiego i ja dokonam rozbioru tego zdania na części pierwsze:) Generalnie już sam fakt pojawienia się reprezentantów obcych krajów (w sensie zawodników grających w reprezentacjach) jest dość szczególny. Nie czarujmy zwykle trafia się trochę drugiej ligi, szrotu i ewentualnie młodzieniaszki, z których dopiero może coś wyrosnąć.

Jeśli reprezentanci to raczej ”byli”, w zasadzie BARDZO byli – vide Borowka, Salenko, Amaral.

Jeśli aktualni, to raczej nie z Europy a z Afryki, Ameryki Północnej, Południowej czy Australii – Ouadja, Thwaite, Swisher, Costly.

Jeśli już z Europy, to raczej z krajów nieco słabszych piłkarskich – Litwa (choć przy ich obecnej dyspozycji, to stwierdzenie nie ma racji bytu:)), Azerbejdżan, Macedonia, Bośnia.

Marjan Markovic to aktualny reprezentant Serbii. Występuje na prawej obronie. Rozegrał w sumie 16 spotkań, debiutując w 2002 roku, a ostatni raz przywdziewając narodowy trykot w 2008 roku.

Dwa razy zagrał zresztą w meczu z Polską – w towarzyskiej potyczce na turnieju we Lwowie, gdzie zwyciężyliśmy 3-2 oraz w meczu eliminacyjnym zakończonym remisem 1-1. Żeby było śmieszniej, to w tym pierwszym spotkaniu Markovic sprowokował karnego dla biało-czerwonych.

Za Markovicem stoi również ciekawa kariera klubowa. Lwią część swego piłkarskiego żywota spędził w Crvenie Zvezdie Belgrad.

Z nią zdobył dwa mistrzostwa (2000, 2001) i dwa puchary (2000, 2002) Jugosławii oraz jedno mistrzostwo oraz puchar Serbii (2004). Po zdobyciu tych dwóch ostatnich trofeów Serb – tranzytem przez Genuę – trafił do Dynama Kijów. Tam zabawił trzy sezon, zdobywając mistrzostwo (2007) oraz dwukrotnie Puchar Ukrainy (2006, 2007) i smakując rozgrywek Champions League. Przy okazji machnął sobi kilka fajnych fotek z piłkarskimi celebrytami. Będzie miał co pokazywać w CV:)

Z czasem postanowił wrócić do ukochanej Crveny, jednak pasiasty klub z Belgradu akurat nie radzi sobie z finansami i trwa w nim wyprzedaż piłkarzy. Markovic może więc przyjść do Lecha za darmo.

27-letni Serb jest szybki, ciągnie pod bramkę przeciwnika i ma dobre uderzenie. Nie trzeba za niego wykładać ani grosza a Wojtkowiaka czeka długa przerwa. Jeśli się nie okaże, że jest kulawy, ślepy albo w inny sposób dysfunkcjonalny pod kątem uprawiania sportu, to brać i się nie zastanawiać.

P.

To co, podgrzewamy kulki?

Wieczorem losowanie Pucharu Polski. Są tacy, którzy twierdzą, że wyniki tego losowania już znają. Nigdy nie należałem do grona osób, których co drugie zdanie jest sponsorowane przez literki S, P, I, S, E i K. Jednak śmiem przypuszczać, że jeśli trafi się taki, a nie inny zestaw par półfinałowych, to wcale się nie zdziwię.

Nie czarujmy się, z wyjątkiem kibiców Ruchu Chorzów i Polonii Warszawa, cała Polska chciałaby finału Lech – Legia. Pojedynek odwiecznych rywali, dwa najlepsze obecnie zespoły w kraju, komplet widzów i emocje na Stadionie Śląskim gwarantowane, oglądalność w TVN też. Spotkanie zespołów ze stolicy Polski oraz Wielkopolski już w 1/2 finału nie jest raczej wskazane. Zostają dwa warianty. Legia z Polonią w tym sezonie sobie nie radzi, mało tego, w rywalizacji pucharowej z Czarnymi Koszulami by odpadła (2:2 na Łazienkowskiej, 0:0 na Konwiktorskiej). Z kolei Lech po słabiutkim meczu przegrał 0:2 w Chorzowie. Za to Kolejorz poradził sobie łatwo z Polonią (2:0), a legioniści wygrali na Śląsku (1:0). To skłania mnie ku odważnym (?) wnioskom. Pary półfinałowe będą wyglądać tak:

Polonia Warszawa – Lech Poznań
Ruch Chorzów – Legia Warszawa

Spiskowcy dopowiedzieliby: ITI (właściciel Legii i transmitującej rozgrywki telewizji n) i Remes (sponsor rozgrywek i wierny sponsor Lecha) zadbają o to, by tak właśnie się stało.

Ale ja oczywiście nie wiem, nie sugeruję, nie oskarżam. Bo w gruncie rzeczy, tak naprawdę chciałbym, by tak te półfinały wyglądały.

Jedyny powód, który mógłby skłonić mnie, że lepsza byłaby rywalizacja Lecha i Legii już w półfinale jest tyleż oczywisty, co zaskakujący. Finał to tylko jeden mecz. Półfinały to dwa mecze i – przynajmniej w teorii – dwa razy więcej emocji.

Aha, odpowiedzialnym za Puchar Polski podpowiadam prowadzącego i format losowania. Taka ”sierotka Marysia” i zasady automatycznie sprawiają, że o żadnych podejrzeniach nie ma mowy.

B.

PS No cóż…

Afrykańskie halucynacje Legii – Ndah, Nwoji, Eresaba, Mudoh

Właściwie tylko w kontekście humorystycznym można rozpatrywać nigeryjski desant na stadion przy ul. Łazienkowskiej jaki miał miejsce w sezonie 1997/1998. Ale po kolei.

Na początku przybyło dwóch zawodników. Jeden powszechnie znany, swego czasu całkiem niezły, no i w stolicy powszechnie lubiany.

Kenneth ”Spoko Spoko” Zeigbo zrobił w Legii tak dobrą renomę piłkarzom z Nigerii, że ówcześni włodarze uwierzyli, że można ich ściągać w ciemno. Nie szczególnie przejęli się nawet faktem, że towarzyszący Kennethowi kolega –

Patrick Ndah – to zupełnie piłkarskie peryferie. W efekcie doszło do dość kuriozalnej sytuacji. Testowany w meczu z Widzewem o Superpuchar Polski 1997 Ndah stał się jego czynnym udziałowcem (Legia zwyciężyła 2-1 właśnie z Ndahem w składzie), po czym… został z warszawskiej drużyny oddelegowany. Tułał się trochę po Austrii (SV Branau), potem wpadł na kilka lat w okolice Singapuru, by niedawno odnaleźć się na Malcie (Victoria Hotspurs i Hamrun Spartans). Pikantny szczególik – Ndah grał podobno w barwach młodzieżowej reprezentacji Nigerii w eliminacjach Igrzysk w Atlancie 1996, ale na sam turniej już się nie załapał.

Zachęceni świetnym przykładem Zeigbo szefostwo Legii (Daewoo, ach, Daewoo…) oraz Jerzy Kopa postanowili zorganizować w środku stolicy enklawę afrykańskiej myśli piłkarskiej i w przerwie zimowej sezony 1997/1998 do Wojskowych dołączyło jeszcze trzech futbolistów z Nigerii. Co warto podkreślić – wszyscy na tym samym, równym poziomie. Niekoniecznie wysokim.

Peter Ndubuisi Nwoji

W Legii nie zagrał ani razu. Przepękał rundę w rezerwach a potem ruszył od wypożyczenia do wypożyczenia. Zebrało się tego przeszło – uwaga – 10 polskich klubów: Śląsk Wrocław, Lubuszanin Drezdenko, Unia Skierniewice, Znicz Pruszków, Żbik Nasielsk, Błękitni Raciąż, Pogoń Grodzisk Mazowiecki, Gwardia Warszawa i Ursus Warszawa. W międzyczasie wpadł do… Indii (do Mohammedan Sporting Club). Wielkiej kariery nie zrobił, ot taki poziom IV ligi polskiej. Choć klubowa strona Błękitnych Raciąż wciąż wspomina go jako jedną z największych swoich gwiazd (obok nie byle kogo, bo Bogdana i Marka Jóźwiaków i Tomasza Arceusza).

Rowland Eresaba

Niski, krępy, dobrze trzymający się na nogach. Terminował w rezerwach całe 3 lata, ale w końcu się doczekał i zaliczył dla Legii całe 8 minut w Ekstraklasie, plus jeden mecz w Pucharze Polski i jeden w Pucharze Ligi. W międzyczasie zaliczył też wypożyczenie do Dolcanu Ząbki, by potem przez 4 lata być najważniejszym zawodnikiem Żbika Nasielsk. Ostatnio ponoć widziany w GLKS Nadarzyn, choć strona internetowa tego klubu nic o tym nie wie. Dlatego wielce prawdopodobne, że gra wciąż w Nasielsku. Od 2006 roku posiada polskie obywatelstwo.

Frankline Mudoh

Żeby było zabawniej, to podobno on jedyny z całego nigeryjskiego  afrykańskiego zaciągu prezentował sobą jako takie umiejętności. Zabawniej, bo to on właśnie skończył najmarniej. Zagrał w lidze ”aż” 4 mecze dla Legii (w sumie niecałe 90 minut), co dla jego kolegów i tak jest wynikiem wręcz astralnym. Potem krążył między pierwszą drużyną, rezerwami Legii a kolejnymi wypożyczeniami (Korona Kielce). Tak też trafił do Jezioraka Iława. Fajnie mu tam się żyło, na tyle fajnie, że postanowił sobie dorobić… obrotem gotówki. Jak to dokładnie wyglądał – znajdziecie tutaj. Faktem jest, że w konsekwencji „wybarwiania pieniędzy” Mudoh trafił na 15 miesięcy do aresztu. Obecnie słuch po nim zaginął.

Wniosek z tej historii? W futbolu nie działa prawo serii:)

P.

Wielkie mecze w Wielką Sobotę

Dziś kartka z kalendarza inna niż wszystkie, bo i dzień inny niż wszystkie. Oto kilka może nie wielkich, ale niezłych, godnych przypomnienia meczów rozgrywanych przez polskie drużyny w Wielką Sobotę. Wspomnienia z czasu dziecięco-dorastającego są podobno primo – najtrwalsze, secundo – najmilsze, więc zamkniemy się w latach 90-tych, czy ściślej – ich drugiej połowie.

Sezon 1994/95 jest pierwszym, który w ogóle kojarzę, ale jest to kojarzenie epizodyczne. Świtają mi pojedyncze mecze (po raz ostatni!) poznańskiego trio, czy spotkania decydujące o mistrzostwie Legii, ale to by było raczej na tyle. Nie pamiętam więc ówczesnej wielkosobotniej kolejki i np. zwycięstwa Katowic po golu Brzęczka w Olsztynie. Późniejsze sezony ogarniam na tyle, że co ciekawsze kąski można wybrać i uporządkować.

6.04.1996 Łódzki KS – Widzew Łódź 1:1
Marek Saganowski 21 – Rafał Siadaczka 28

ZOBACZ WIDEO

Dla 17-letniego Saganowskiego był to dziewiętnasty występ ligowy i piąty gol, a grał jak profesor. Nie dziwi, że niecały miesiąc później, 1 maja zadebiutował w reprezentacji w meczu z Białorusią (1:1). Siadaczka pięknym strzałem z wolnego potwierdził, że kapitalną miał nie tylko fryzurę, ale i lewą nogę. Smaczkiem filmiku jest oczywiście wypowiedź Kuźby, który ”już za chwileczkę, już za momencik” miał trafić do Widzewa, do czego nigdy nie doszło. Rok wcześniej, też w Wielką Sobotę lepszy był Widzew po golu Grzesia Mielcarskiego.

6.04.1996 Górnik Zabrze – Legia Warszawa 3:2
Marek Szemoński 17, Mariusz Nosal 43, Dariusz Koseła 90 (k) – Leszek Pisz 67, 75

O tym meczu było już na tym blogu przy okazji Koseły i Nosala. Pamiętam jak dziś, jak słuchałem tego meczu z uchem przy radioodbiorniku (derby Łodzi wyżej opisane były w tv). Górnik prowadził już 2:0, ale Leszek Pisz – jak to wówczas Leszek Pisz – dwa razy uderzył z wolnego i zrobił się remis. W 89 minucie druga żółta i czerwona dla Radzia Michalskiego, w 90 minucie karny. Koseła i… sensacyjne 3-2 dla Ślązaków. W tej samej kolejce Śląsk zremisował 1:1 ze Stomilem (Józek Kostek! Andriej Siniczyn!) a po dwa gole strzelili też Tomasz Kos dla Sokoła z Lubinem, Waldemar Adamczyk dla Hutnika z Lechem i Paweł Skrzypek dla Rakowa z Gieksą.

2.04.1997 Polska – Włochy 0:0

Kolejki ligowej w Wielką Sobotę nie było, bo była kadra. Mecz z Włochami co prawda nie w Wielką Sobotę, ale w poświąteczną środę, więc zapach mazurków i serników wciąż unosił się w powietrzu. Pamiętam relacje ze zgrupowania (bodaj w Świerklańcu, Pałac Kawalera czy coś): kadrowicze idą ze święconką, kadrowicze jedzą świąteczne śniadanie, kadrowicze pluskają się wodą itp. Szkoda ogromna, że pomimo niezłego meczu, kadrowicze nie pokonali podopiecznych Cesare Maldiniego. Wiadomo co z tego meczu wszyscy zapamiętali. Skrzypek, który nie dał pograć wielkiemu Zoli. Dwa tygodnie temu przypomniał to w fantastycznym materiale Magazyn Sportowy (Przeglądu Sportowego), więc tylko krótkie fragmenciki. Mówi główny bohater:
– Z prawej obrony miał zagrać Marek Jóźwiak, więc kiedy półtorej godziny przed meczem z Włochami usłyszałem, że to ja mam być plastrem Zoli, solidnie skoczyła mi adrenalina. (…) Piechniczek powiedział mi przed meczem: ”Paweł, ty nie grasz, ale i Zola nie gra”. (…)
Po kilku miesiącach jedna z gazet opublikowała alfabet Zoli. Pod literą ”S” włoski napastnik uhonorował Skrzypka, przyznając, że reprezentant Polski w Chorzowie był od niego znacznie lepszy.
– Wymieniliśmy się koszulkami, ale po latach oddałem to trofeum na aukcję Wielkiej Orkiestry. Tak się złożyło, że za 400 zł kupił ją mój kolega, po czym na moje usilne prośby za tę samą cenę mi ją odsprzedał. Dziś to dla mnie piłkarska relikwia. Na pewno już się jej nie pozbędę.

11.04.1998 Dyskobolia Grodzisk Wlkp. – Legia Warszawa 2:1
Jerzy Kaziów 77, 86 – Jacek Magiera 65

Wydarzenia 24 kolejki sezonu 1997/98 były dwa. Pierwsze to pokonanie w Warszawie Polonii (późniejszy wicemistrz) przez ŁKS (późniejszy mistrz). 3:0 i hattrick Mirosława Trzeciaka, który tego dnia obchodził 30. urodziny.

Po drugie, w Grodzisku Wielkopolskim, czerwona latarnia ekstraklasy pokonała wiecznego faworyta. Groclin Dyskobolia na wiosnę wygrał dwa razy, ale za to z kim. Wcześniej na własnym stadionie porażkę 2:3 poniósł Widzew, a w Wielką Sobotę słabsza okazała się Legia. Choć wcale się na to nie zapowiadało. Fragment relacji z Gazety Wyborczej:

Grodziszczanie rozegrali bardzo dobry mecz, jeden z najlepszych w historii pierwszoligowych występów. Najlepszym zawodnikiem na boisku był Mariusz Rosiak, który wypracował obie bramki dla Groclinu. Bohaterem meczu okazał się jednak Jerzy Kaziów – strzelec dwóch bramek. Zagadkowy skład Legii Legia wystąpiła w dość zagadkowym składzie. W ogóle nie było Tomasza Sokołowskiego i Cezarego Kucharskiego. Na ławce rezerwowych zasiadł najlepszy strzelec warszawiaków – Sylwester Czereszewski. – Wszyscy ostatnio grali słabo – wyjaśnił trener Legii Mirosław Jabłoński. W końcu musiał jednak wpuścić na boisku Czereszewskiego, bo źle grał Nigeryjczyk Kenneth Zeigbo. Dyskobolia zaatakowała ambitnie od samego początku. Już w 1. min na pole karne Legii przedarł się Krzysztof Jutrzenka i skierował piłkę na słupek. Publiczność wrzała. (…) Spotkanie ożywiło się dopiero po golu, który Legia strzeliła w 64. min. Mięciel nie po raz pierwszy w tym spotkaniu minął prawą stroną boiska pół zespołu Dyskobolii i dośrodkował na pole karne. Byli tam Staniek i Magiera. Strzelił ten drugi, ale bardzo wysoko i wydawało się, że jego lob minie poprzeczkę. Piłka wpadła jednak do bramki. (…) W 77. min trener Jan Stępczak zdecydował się na ryzykowną roszadę: Chromińskiego [wcześniej zmienił on Molewskiego] zastąpił Jerzym Kaziowem. Minutę później po rajdzie Rosiaka właśnie Kaziów wbił piłkę do bramki na 1:1. W 87. min z kolei Rosiak pędził z piłką jeszcze dłużej niż poprzednim razem i dośrodkował ją równolegle do bramki. Paweł Skrzypek próbował wybić ją głową, ale piłka trafiła na nogę Kaziowa i grodziski dżoker strzelił zwycięskiego gola. – Gdy Kaziów wszedł na boisko, w moim zespole zapanował kompletny bałagan. Nie wiadomo było, kto ma teraz kogo kryć – stwierdził trener Jabłoński.

Jerzy Kaziów – bohater tamtego spotkania i – jak napisano – grając w Olimpii Poznań zatrudniony na etacie oficera kontrwywiadu SB w stopniu kapitana, to materiał na inny, raczej mało świąteczny tekst.

3.04.1999 Lech Poznań – Wisła Kraków 1:3
Krzysztof Piskuła 14 – Tomasz Frankowski 6, Grzegorz Kaliciak 11, Ryszard Czerwiec 32

W Wielką Sobotę Roku Pańskiego 1999, gole strzelały takie gwiazdy jak Ecik Janoszka, Arkadiusz Klimek czy Moses Molongo, ale oczy wszystkich i tak były zwrócone na Poznań (tym bardziej, że mecz pokazała telewizja publiczna). W Stolicy Wielkopolski spotkał się rewelacyjny w tamtym sezonie Lech (już bez Reissa, ale za to z Maćkiewiczem) i napędzana gwiazdami kupionymi za tele-fonikowe pieniądze Wisła. Wisła kroczyła wówczas tak zdecydowanie po mistrza, że – co tu dużo mówić – z ”Kolejorzem” rozprawiła się po prostu szybko. A zaczął, któż by inny: Tomek Frankowski.

 

 

I choć Michał Kokoszanek-Łowca Bramek dwoił się i troił

to po pół godzinie było po zabawie.

Przejrzałem jeszcze wielkosobotnie mecze z początku XXI wieku, ale coś mi niektóre wyniki brzydką wyglądają, coś ciut karnych zaczyna być wiele, coś momentami po prostu nie pasuje, więc ponieważ zachodzi ryzyko, że odchodziły tam zwykłe piłkarskie jaja.

Zostanę przy tych, miłych i świątecznych dla mnie wspomnieniach.

PS Co prawda, to prawda – gUpio wyszło. Airborell, dzięki za zwrócenie uwagi :)

26.03.2005 Polska – Azerbejdżan 8:0
Frankowski (11. bez asysty, 63. po podaniu Krzynówka, 67. po podaniu Krzynówka), Hadżijew (samobójcza 16. po podaniu Żurawskiego), Kosowski (40. po podaniu Żurawskiego), Krzynówek (73. bez asysty), Saganowski (84. po podaniu Rząsy, 89. po podaniu Smolarka)

Korelacje, domysły, korupcja. Liczba rzutów karnych a stan polskiej piłki

Oglądając ostatnio jakieś urywki starych meczów zauważyłem, że w przypadku tych, co do których mam podejrzenia, że były sprzedane, pojawia się zwykle podobny scenariusz. Jakieś tam boiskowe szachy, pyku-pyku i nagle między 88 a 90 minutą… karny! Często ni z gruchy, ni z pietruchy, często dyskusyjny, często "ja bym nie gwizdnął", ale też często "po głupim błędzie obrońcy". A czasem nawet za… przyjęcie piłki na klatkę piersiową!

I tak wiele razy. I wtedy uświadomiłem sobie rzecz wręcz banalnie oczywistą, a mianowicie, że nie ma łatwiejszego narzędzia do ustawiania meczów niż rzut karny. Pytanie tylko jak teoria ma się do życia, czyli czy liczba karnych w najbardziej sprzedajnych sezonach różni się znacznie od liczby karnych obecnie (zakładając, że obecnie jest czysto). Oto jak sprawa wygląda:

1990/1991 (240 meczów) [81 karnych] 0,34 średnia karnego na mecz

1991/1992 (306) [60] 0,2

1992/1993 (306) [54] 0,18

1993/1994 (307) [54] 0,18

1994/1995 (306) 67 [57 wykorzystanych] 0,21

1995/1996 (304) 54 [43] 0,17

1996/1997 (294) 56 [37] 0,19

1997/1998 (308) 76 [56] 0,24

1998/1999 (240) 77 [46] 0,32

1999/2000 (240) 82 [64] 0,34

2000/2001 (240) 93 [68] 0,38

2001/2002 (224) 76 [51] 0,33

2002/2003 (239) 87 [66] 0,36

2003/2004 (182) 54 [36] 0,29

2004/2005 (183) 50 [38] 0,27

2005/2006 (240) 48 [36] 0,2

2006/2007 (239) 48 [37] 0,2

2007/2008 (240) 44 [38] 0,18

2008/2009 w obecnym sezonie gwidnięto na razie 30 rzutów karnych.

Jakie wnioski płyną z takiej suchej statystyki? Nie sposób nie zauważyć "karnizacji" rozgrywek w latach 1998-2003, czyli zgodnie z tym co mówił młody Dziurowicz, z Himalajami sędziowskiej korupcji. Niestety nie mam odpowiednich danych, ale koniec lat 80-tych pod tym kątem też chyba był barwny. Obecne sezony są z kolei bez porównania "mniej karne". Jeśli porównamy dwa sezony na przestrzeni 8 lat (2000/2001 i 2007/2008), to można zobaczyć, że liczba karnych zmalała ponad dwukrotnie!! Czy to oznacza, że gra stała się czystsza? Czy sędzia pozwala na więcej w polu karnym? Nie sądzę.

Pogrzebałem i znalazłem, że w ostatniej kolejce szczytowego sezonu 2000/2001 (Wisła mistrzem, spadek Radzionkowa i Orlenu) sędziowie podyktowali 7 rzutów karnych (w 8 meczach) a przedostatniej kolejce rundy jesiennej aż 9! Zabawne, że w tym sezonie na 93 karne wykorzystano tylko 68, co daje skuteczność 0,73 (obecnie – 0,86) – czy duża liczba zmarnowanych karnych powoduje też dużą liczbę karnych w ogóle? W końcu trzeba strzelać do skutku:)

Ech, dobrze, że już pozamykali tyle tego tałatajstwa.

P.

PS Nie mogę sobie odmówić przyjemności przedstawienia Króla Hipokrytów. Proszę Państwa, przed Państwem Grzegorz Skwara. Jeszcze kilka miesięcy temu mówił tak o zupełnie "niezrozumiałej" porażce swojego zespołu:

Dziś Grzegorz Skwara, to Grzegorz S., podejrzany o korupcję.

Bayern 98/99: wielki Basler, wielki Effenberg

Dziś Bayern gości w Barcelonie. Bawił tam już kiedyś – 10 lat temu – a hecy z tego było co niemiara. Nigdy nie przypuszczałem, że może do tego dojść, ale nie wiem czy wieczorem nie będę trzymał kciuków za Bawarczyków. Powód tak naprawdę jest jeden. Nazywa się Franck Ribery.

Nie będzie to jednak wpis o Francuzie, ani o tym, dlaczego (prawie) nikt nie lubi Bayernu [najkrótsza odpowiedź: bo są bogaci, są Niemcami i za często wygrywają – choć ostatnio i tak stosunkowo rzadko]. Właśnie dziesięć lat temu w drugiej linii zespołu z Monachium występowało dwóch graczy nieprzeciętnych, dwóch liderów, dwóch przywódców. Ich umiejętności to było coś więcej niż tylko niemiecka precyzja i solidność. Rzadko się zdarza, by w jednej drużynie było miejsce na dwóch piłkarzy mających tak indywidualistyczne podejście, ze skłonnościami do myślenia drużyna to ja – wszystkie piłki do mnie. Dwóch piłkarzy dla których – w zależności od etapu kariery – miesiąc / sezon bez skandalu był czasem straconym. Jednak wówczas, w sezonie 1998/99 gra Mario Baslera i Stefana Effenberga kazała budzić podziw. A Bayernowi prawie dała upragnione zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Prawie.

Rundę eliminacyjną do LM (ŁKS z Dzidosławem Żuberkiem w składzie podejmował wtedy MU) warto wspomnieć z tego względu, że Bayern podejmował w niej Obilić Belgrad. Tak, ten sam Obilić, którym rządził Arkan, a którego trenerem był Okuka i o którym była mowa tutaj. 4:0 w Monachium (pierwszy gol Effenberga) wybiło jednak z głowy serbskiemu przywódcy paramilitarnych ”Tygrysów” plany podboju Europy.

Po losowaniu grup kibice w czterech miastach (Kopenhadze, Barcelonie, Manchesterze i Monachium) złapali się za głowę, podczas gdy fani dobrej piłki zacierali ręce na pojedynki w ”grupie śmierci”. Bayern zaczął od teoretycznie najłatwiejszego wyjazdu i… poległ. Prowadzenie Niemcom w Kopenhadze dał w 77 minucie Babbel (1:15 – piękna centra Effe), ale potem wypalił duński dynamit. 88 minuta i piękny samobój Helmera (4:38) daje Broendby wyrównanie. W końcu ostatnia minuta i piękna akcja i piękny gol. Allan Ravn i Bawarczycy zdziwili się chyba w równym stopniu, jak Broendby gdy trzy lata wcześniej zostało pokonane przez Widzew.

 
 
Druga kolejka to wizyta MU na Stadionie Olimpijskim. Elber, Cole i Scholes strzelcami goli, gdy nadchodzi 90 minuta i… Nie zgadniecie, kto był największym pechowcem tamtego wieczoru. Najpierw samobój, potem zmarnowana ”setka”.
 

Dwa mecze i jeden punkt – i to podarowany przez Teddy’ego. ”Szajse, wir mussen mehr Punkte machen” – pomyśleli sobie pewnie w Bawarii. Jak pomyśleli, tak zrobili. Dwa mecze z Barceloną, dwa zwycięstwa i sześć punktów. W Monachium sprawę jedynym golem spotkania załatwił Effenberg. Z kolei na Camp Nou Katolończycy cieszyli się prowadzeniem po golu Giovanniego z karnego, ale były to dla nich miłe złego początku. Na 1:1 wyrównał najlepszy rezerwowy do czasów Marcina Żewłakowa, czyli Alexander Zickler, a decydujący cios na cztery minuty przed końcem meczu zadał Bośniak Hasan Salihamidzić. To już 7 punktów w czterech meczach. Zwycięstwo domowe nad Broendby (gole: mój ulubieniec Jancker i – pierwszy raz w tej edycji – Basler) dało Bayernowi prowadzenie w grupie. Do awansu z pierwszego miejsca potrzebny był remis na Old Trafford i ten remis (1:1 – gol Salihamidzicia) padł (do zobaczenia tutaj od 0:33). Wówczas tylko dwa najlepsze zespoły z drugich miejsc miały prawo grania w ćwierćfinale – MU w tym gronie się znalazł.

Ćwierćfinał był wewnętrzną sprawą Niemców, a dwumecz traktowano jako pojedynek wschodzącej gwiazdy Bundesligi Michaela Ballacka ze starymi gwiazdami Bayernu – Effenbergiem i Baslerem. Bawarczycy nie pozostawili młodzianowi i jego kolegom z Kaiserslautern złudzeń. 2:0 na Olympiastadion (Elber, Effenberg) i 4:0 na Fritz Walter Stadion (Effe, samobój, Jancker, Basler). Miazga.

Półfinał z Dynamem Kijów, które właśnie wyeliminowało madrycki Real, zapowiadał się pasjonująco. I taki właśnie był. W stolicy Ukrainy było już 2:0 i 3:1 dla podopiecznych Łobanowskiego, a jednak Niemcy – jak to Niemcy – zremisowali. 3:3 w pierwszym meczu i 1:0 w rewanżu po cudownym golu Baslera (niestety nigdzie go nie można znaleźć) oznaczało awans Bayernu do wielkiego finału.

 

7.4.1999, Kyiv (UKR) – National Sport Komplex Olimpiyskyi.

FC Dinamo Kyiv (UKR) – FC Bayern München (GER) 3:3 (2:1).

FC Bayern: Oliver Kahn – Markus Babbel, Lothar Herbert Matthäus, Samuel Osei Kuffour –

Thomas Strunz, Jens Jeremies, Stefan Effenberg, Michael Tarnat – Hasan Salihamidzic,

Mehmet Scholl (72. Alexander Zickler) – Carsten Jancker (90. Ali Daei)

Coach: Ottmar Hitzfeld.

Goals: 1:0 Andriy Shevchenko (15.), 2:0 Andriy Shevchenko (45.), 2:1 Michael Tarnat (45., Penalty),

3:1 Vitaliy Kosovskyi (50.), 3:2 Stefan Effenberg (78.) and 3:3 Carsten Jancker (89.).

Referee: Kim Milton Nielsen (DEN). Attendance: 75.000.

21.4.1999, München (GER) – Olympiastadion.

FC Bayern München (GER) – FC Dinamo Kyiv (UKR) 1:0 (1:0).

FC Bayern: Oliver Kahn – Markus Babbel, Thomas Linke, Lothar Herbert Matthäus,

Samuel Osei Kuffour – Jens Jeremies, Michael Tarnat (84. Thorsten Fink) – Stefan Effenberg –

Mario Basler, Carsten Jancker (75. Hasan Salihamidzic), Alexander Zickler (75. Ali Daei)

Coach: Ottmar Hitzfeld.

Goal: 1:0 Mario Basler (35.).

Referee: Vítor Manuel Melo Pereira (POR). Attendance: 60.000.

Finał już chyba wszyscy pamiętamy. Nawet chytry gol SuperMario nie pomógł.

Ale to był ich sezon. Effenberg, o którym Franz Beckenbauer w tamtym czasie powiedział, że nie zamieniłby go ani na Rivaldo, ani na Zidane’a, ani na Figo, Ligę Mistrzów wygrał dwa lata później – w 2001 roku po finale z Valencią. Baslerowi już nie było to dane – gdy po raz kolejny wkurzył władze monachijskiego klubu, te w końcu go pożegnały. Szkoda, ale taki już los enfant terrible.

Pełne zestawienia składów Bayernu w tamtym sezonie LM oczywiście do zobaczenia na RSSSF.

B.

Między Zabrzem a reprezentacją Bułgarii. Ciekawe przypadki Dimitara Makriewa

Na marginesie kanonady w wykonaniu reprezentantów Polski niemal niezauważony przeszedł pewien bardzo smakowity niuansik z wątkiem naszej Ekstraklasy w tle. Otóż krótko przed tym, zanim biało-czerwoni doprowadzili do frustracji sympatycznych przedstawicieli San Marino, na stadionie w Sofii Bułgaria podejmowała Cypr. Zwyciężyła 2-0

a drugą bramkę zdobył były zawodnik Górnika Zabrze Dimitar Makriew.
 
Przez polską ligę przeleciał niemal niezauważony, mimo że kilkakrotnie dawał próbki swoich niebanalnych umiejętności. Urodzony nieopodal granicy z Grecją Dimitar już od małego przejawiał piłkarski talent. Ponoć w trakcie swoich występów w juniorach Lewskiego Sofia zdobył… 254 bramki.
 
 
Szybko awansował do pierwszego zespołu, ale – mimo że formalnie ma na koncie dwa mistrzostwa Bułgarii i jeden krajowy puchar – nie udało mu się tam wywalczyć miejsca w składzie (w sumie 3 mecze dla pierwszej drużyny). Z czasem postanowił więc przenieść się do CSKA Sofia, ale i ten klub szybko opuścił przenosząc się do… Interu Mediolan! Tam jednak nasz bohater również grał tylko w drużynach młodzieżowych w związku z czym skorzystał z opcji wypożyczenia do CSKA Sofia. I tak już później było cały czas – kończy się jedno wypożyczenie, odpalamy kolejne, potem kolejne itd. Z Sofii trafił do szwajcarskiego drugoligowca AC Bellinzony (14 meczów – 4 gole). Tam jednak również nie myślano o tym, aby na dłużej związać się z młodym Bułgarem.
I wtedy pojawił się Marek Koźmiński… cały na biało!:) Od sezonu 2003/ 2004 biorący się za zarządzanie Górnikiem Zabrze były reprezentant Polski penetrował włoski rynek i wypożyczał młodych chłopaków, żeby ogrywali się na Śląsku.
Z perspektywy czasu można powiedzieć, że pomysł był całkiem ciekawy, ale wykonanie nie do końca takie jak trzeba. Owszem do Zabrze trafiali utalentowani piłkarze (oprócz Makriewa jeszcze choćby superutalentowany Stojkov, jeszcze coś tam o nim machnę na pewno:)), na dodatek opłacani przez swoje włoskie kluby. Ale raz, że ciężko im się było w Polsce odnaleźć, dwa, że żaden z nich nie spędził w Górniku więcej niż sezon.
Faktem natomiast jest, że Makriew wystąpił w barwach Górnika 22 razy, zdobywając 2 gole (Widzewowi i Odrze). Dał się poznać jako zawodnik silny i szybki, dobrze grający głową.
 
 
W Zabrzu jednak powoli kończyła się już „epoka” Kozy, w związku z czym Bułgar dalej ruszył w świat. Trafił do szwajcarskiego FC Chiasso (18 meczów – 5 goli) i drugoligowego francuskiego Dijon FC (6-0).
Sezon we Francji był dla napastnika kryzysowy – mało grał, nie strzelał, wydawało się, że z tej mąki specjalnego chleba nie będzie. I wtedy zgłosił się słoweński Maribor.
 
Jak tam się sprawy mają w Słowenii to wiadomo – Maribor jest jedną z głównych sił tamtejszej ligi, mającą za sobą nawet występy w Champions League. Makriew miał tam być czołowym napadalcem i… ze swojej roli wywiązał się znakomicie. Półtora sezonu w okolicach jeziora Bled wystarczyło, żeby Bułgar wyrobił sobię markę świetnego snajpera (48 – 23!). Fama o jego umiejętnościach dotarła do Izraela, do klubu Ashdod SC. W krótkim czasie Makriew zaczął więc przywdziewać jego żółto-czerwone barwy.
 
 
Nie zatracił przy tym też nic ze swojej skuteczności zdobywając w poprzednim sezonie 12 goli w 18 meczach, w obecnym dorzucając już kolejne 9 trafień. Co tu dużo gadać, jest tam gwiazdą.
 
 
Na świetne występy silnego napastnika nie pozostawał głuchy trener reprezentacji Bułgarii Stanimir Stoiłow i w obliczu plagi kontuzji (Petrow, Berbatow) powołał go na eliminacyjne mecze z Irlandią i Cyprem. W tym pierwszym Dimitar debiutował w kadrze, w tym drugim zaliczył swoje premierowe trafienie.
 
Do całej tej sprawy mam mieszane odczucia. Z jednej strony fajnie, że jakoś epizodycznie chociaż polskie kluby funkcjonują w rozgrywkach reprezentacyjnych. Cieszą występy Diaza, Skerli czy Muchy. Z drugiej jednak strony warto zastanowić się czy gdzieś nie jest popełniany błąd. Czy w zalewie obcokrajowców nie gubi się fundamentalny sens ich ściągania – mianowicie taki, aby klub miał z nich jakiś pożytek. Młode chłopaki, które trafiają do Polskich zespołów często są w nich zagubione jak pierwszoklasiści na początku września. Może tu leżą rezerwy. Oprócz ściągania trzeba im zapewnić komfort również w życiu pozaboiskowym. Choćby jak to się dzieje w Arsenalu czy Feyenoordzie – umieścić ich u jakiś rodzin, zapewnić namiastkę domu. W przeciwnym wypadku ich transfery nie ma sensu. Bo oni i może zaczną świetnie grać, ale dopiero za 5 lat. Jak już będą w Belgii czy Holandii.
 
P.
 
 
 
PS Długo szukałem pretekstu, żeby kiedyś to tu wrzucić:
 
 
 
 
 
 
 
 
„Przyjeżdża orkiestra”, finałowa scena. No co, akcja dzieje się w Izraelu, a tam gra przecież Makriew:)
 
 
 
 
 

Ten pobity: Polska – Norwegia 9:0


(z prawej Roman Bazan, fot. Encyklopedia Piłkarska Fuji tom 14)

O meczu z San Marino chyba już wszystko powiedziano, o rekordach wszelakich też. Z troską przypomnijmy więc mecz, który aż do środy dzierżył miano najwyższego zwycięstwa w historii reprezentacji Polski, a który teraz może ciut popaść w zapomnienie. Warto, by tryumf 9:0 nad Norwegią był kojarzony nie tylko z Lubańskim (i – tym lepszym cwaniakom – miastem Szczecin). Za narratora posłuży jednak książka ”Włodek Lubański. Legenda polskiego futbolu” i EP Fuji – ”Biało-czerwoni”.

4 września 1963 roku pierwszy międzypaństwowy mecz w Szczecinie otrzymał bardzo uroczystą oprawę. Przy pięknej, słonecznej pogodzie trybuny wypełniło szczelnie ponad 30 tysięcy widzów. W pierwszym składzie, z numerem siedem na koszulce, pojawił się szesnastoletni Włodek Lubański. Jak obliczyli skrzętnie statystycy, miał w tym momencie dokładnie 16 lat i 188 dni.

Świetnym pomysłem było przywitanie zawodników obydwu drużyn przez liczną grupę dziewczą, które w regionalnych strojach polskich i norweskich wręczyły każdemu z piłkarzy wiązanki kwiatów. Po odegraniu hymnów kapitanowie obu zespołów dokonali losowania. Wygrał je Lucjan Brychczy, wybierając połowę ze słońcem.

Zaczęli goście, ale Polacy szybko przejęli inicjatywę i już w pierwszej minucie, po całej serii precyzyjnych podań Brychczy wypuścił w uliczkę Lubańskiego. Po jego strzale bramkarz Norwegów zdołał jedynie wybić piłkę na róg (…) W szóstej minucie trybuny po raz pierwszy zatrzęsły się od oklasków. Szołtysik strzelił ostro z linii pola karnego, piłka wylądowała dokładnie w górnym rogu bramki, lecz odbita od spojenia słupka i poprzeczki wyszła w aut.

Siódma minuta meczu. Błyskotliwy przebój prawoskrzydłowego Norwegów demontuje naszą obronę. Berman mija Bazana, Oślizłę, ściąga Suskiego i podaje nieobstawionemu Nielsenowi. Utrata bramki wydaje się nieunikniona. Kornek rzuca się jednak brawurowo pod nogi norweskiego łącznika i wyłapuje piłkę.

Minutę później znakomicie grający Suski wymanewrowuje obronę gości, podaje do Blauta, ten wypuszcza Szołtysika i mały łącznik, ”kiwnąwszy” przed tym jednego z defensorów, pakuje piłkę do siatki. Prowadzimy 1:0! (…) Raz po raz oklaski za piękne akcje zbiera nasza prawa strona, z grającym na skrzydle młodzieniaszkiem Lubańskim. Znakomicie w roli rozgrywającego spisuje się Lucjan Brychczy. Filigranowy Szołtysik robi, co chce z przewyższającymi go co najmniej o głowę obrońcami gości. (…)

19 minuta. Lubański na prawej stronie mija dwóch przeciwników, idealnie dośrodkowuje na lewą stronę i Faber dopełnia formalności, lokując piłkę w siatce. 2:0! Nasi piłkarze idą za ciosem, przyspieszają, gwałtownie atakuję. Potężna bomba Brychczego muska poprzeczkę.(…)

35 minuta. Najładniejsza akcja meczu. Faber ucieka z lewej strony i centruje. Musiałek przedłuża podanie na prawe skrzydło, a tam Lubański, w pełnym biegu, potężnym strzałem zdobywa trzecią bramkę.

40 minuta. Lubański idzie na przebój. Mija w polu karnym dwóch obrońców i.. podcięty pada na ziemię. Ku oburzeniu trzydziestotysięcznej publiczności, sędzia Zecević z Jugosławii nie decyduje się na przyznanie rzutu karnego.

(…) Rezultatem przewagi w drugiej połowie są kolejne bramki zdobyte przez biało-czerwonych: Szołtysik – 67 min., Gałeczka – 72., Blaut – 74., Bazan – 80., Faber – 81. i ponownie Bazan – 86. W sumie, jak łatwo policzyć – 9:0! Tysiące widzów przeskakują balustradę i zalewają murawę. Zwycięski zespół biało-czerwonych wędruje do szatni na ramionach kibiców.

4.09.1963 Polska – Norwegia, środa godz. 17.10, Szczecin, stadion Pogoni, 30 tysięcy widzów
POL: Konrad Kornek (87. Henryk Pietrek) – Fryderyk Monica, Stanisław Oślizło, Roman Bazan – Piotr Suski, Lucjan Brychczy (k), Bernard Blaut – Włodzimierz Lubański (61. Józef Gałeczka), Zygfryd Szołtysik, Jerzy Musiałek (66. Jerzy Wilim), Eugeniusz Faber. Selekcjonerzy – Wiesław Motoczyńskio oraz Tadeusz Foryś i Wacław Pegza,


trener Tadeusz Foryś.