Chce się wyć, czyli trzy po trzy po meczu Irlandia Północna – Polska

P:

1. Diagnoza z września zeszłego roku okazała się trafna. Na drodze jakieś wstecznej ewolucji polska kadra zatraciła wszystkie swoje walory jakie pokazywała w eliminacjach do ME 2008. Mierny mecz ze Słowenią, słaby z San Marino, irracjonalnie świetny z Czechami i fatalny ze Słowenią. Brak ładu, brak składu, brak pomyślunku. Dzisiejsza potyczka to wszystkie te antywalory, tylko że podniesione do sześcianu. To jeden z bardziej żenujących popisów ostatnich lat. Trudno tu mówić o tym, że się nie kleiło, że się nie układało. Żeby coś kleić trzeba coś mieć, żeby się układało trzeba mieć jakieś klocki. A dziś nie było nic. Dwie zdobyte bramki tylko zaciemniają obraz gry. Polacy dziś nie potrafili:

– Przyjąć piłki – co druga akcja wyglądała tak samo: podanie, piłka leci do nogi, odbija się od niej, leci na wysokość uda, tam też następuje próba jej opanowania, dopiero wtedy futbolówka spada na murawę i można kontynuować grę

– Celnie podać – problemy z przyjęciem występowały w co drugiej akcji, ponieważ druga połowa zagrań była ordynarnie niecelna. Po autach, po przeciwnikach, nad głową, jak na lekcjach WF-u w podstawówce.

– Wygrać pojedynek główkowy – każdy jeden pojedynek główkowy na połowie Irlandczyków był przegrany. Każdy jeden. Nie mówię już o sytuacjach przy rzutach rożnych pod naszą bramką, bo to wszyscy widzieli. Krótko po golu na 2-1 zaraz mógł też gol na 3-1, bo Bosacki Wasilewski "myślał, że nie będzie".

– Przyśpieszyć – wszystko było baaaardzo wolne, ślamazarne do potęgi. Kółeczka Krzynówka chyba jeszcze nigdy nie były tak irytujące.

– Uderzyć – gdyby Taylor miał dzisiaj więcej szans wykazania się, to wielce prawdopodobne, że to właśnie on a nie Boruc byłby jutro na wszystkich Youtubach

– Powalczyć – to w tym wszystkim było najbardziej smutne: Polakom się nie chciało. I to już od pierwszych minut. Snuli się po boisku w Belfaście jak Biała Dama po zamku w Kórniku. Do końca meczu 10 minut – zamiast dusić, szarpać, gryźć i kopać, na boisku pełen wersal. Auty powolutku, wolne nonszalancko, podania do przeciwnika.

Nie było dziś żadnego elementu piłkarskiego rzemiosła, pod którym można by było wpisać ocenę większą niż "2".

2. Artur Boruc. Powoli Boruc staje się karykaturą samego siebie. Abstrahuję tu już od jego barwnego życia pozaboiskowego, wolałbym się skupić na postawie między słupkami. Leo wręcz znęca się nad nim wystawiając go w bramce. Chłopak, który kiedyś miał psychikę konia, odporną na jakiekolwiek napięcia i turbulencje, dziś zachowuje się jakby ktoś mu podłączył dynamit do kołnierza. Kłębek nerwów, głupie decyzje kryte buńczucznymi deklaracjami, śmierć w oczach na widok zbliżającej się piłki. Żeby było śmieszniej, najwięcej stresu dostarczali mu dziś jego obrońcy, jak na złość podawający mu co rusz piłkę. Leo pogubił się przy okazji meczu w Bratysławie, dziś pogubił sie po raz drugi. Raz pomylić się może każdy, dwa razy robi to tylko nieuk.

3. Reszta zespołu. Byłoby dużą niesprawiedliwością oskarżać o porażkę tylko Boruca. Może z wyjątkiem Jelenia, Rogera i Saganowskiego na stadionie w Belfaście każdy jeden z zawodników osiągnął praktycznie dno swoich możliwości. Dno. Wystawienie Bandrowskiego było chyba sabotażem. Dudka w przeciągu pierwszych 10 minut już dwa razy pokazał, że przesiadywanie na ławce w Auxerre, to nie przypadek. Wasilewski zachowywał się jak pijany osiłek w wiejskiej dyskotece – jak nie udaje się poderwać panny, to po ryju. Wawrzyniak to klasa sama w sobie, co tu dużo mówić, prawdziwy international level. No i trójka Krzynówek, Lewandowski, Żewłakow. Dziękujemy panowie, przez wiele lat dawaliście kadrze dużo serca, zaangażowania i umiejętności. Teraz pora już chyba skończyć. Lewandowski wręcz ostentacyjnie pokazywał, że nie daje rady, Krzynek człapał po boisku jakby ktoś mu założył na plecy wypełniony po brzegi plecak ze stelażem, a Żewłak gubił się przy co drugiej akcji. Pora zrobić miejsce młodszym, kimkolwiek by oni nie byli. Przykład Jelenia pokazał jak bardzo Leo myli się często w swoich decyzjach. Saganowski też powinien wejść wcześniej a Roger zagrał jak to Roger – żył sobie nie wypruwał, ale w jego przypadku czasem wystarczą dwa podania, dwa dryblingi i i tak jest najlepszym zawodnikiem drużyny.

Ech, szkoda gadać.

B:

1. Straszne jest to, że Irlandczycy chyba bardziej się wynikiem zdziwili niż ucieszyli. Ten mecz dla nich był jak egzamin, w którym odpowiedź poprawną wybiera się z dwóch możliwych odpowiedzi, przy czym jedna jest tak koszmarnie debilna, że nawet ostatni matoł by jej nie zaznaczyłem. Polska kadra zagrała DRAMATYCZNIE SŁABO. Już nie chodzi o to, że dobrych zagrań uzbierałoby się na palce jednej ręki. Mało tego – zagrań, w których zawodnik w biało-czerwonym stroju wykazałby się elementarnym pomyślunkiem było w ilościach śladowych. Od Boruca myślenia na boisku chyba nie możemy już wymagać – po prostu wiadomo, że taki proces ostatnimi czasy u niego nie zachodzi. Ale Żewłak podający w światło bramki, po tym jak każde poprzednie wybicie naszego bramkarza wywoływało stany przedzawałowe? Ale Roger, który pacnął futbolówkę ręką po uprzednim wyrżnięciu się na glebę? A to tylko najbardziej rzucające się w oczy przykłady.

2. Nie wiem co będzie z Beenhakkerem, nie wiem co będzie z tą kadrą. Z taką grą, nie czarujmy się, o awansie do RPA nie mamy prawa nawet śnić. Nie mamy. Pytanie brzmi co dalej. Wiem, że kilku zawodnikom zawdzięczamy wiele, wiem, że cholernie ciężko będzie ich zastąpić. Ale mam wrażenie, że starsze chopaki, jak Żewłak, Lewy czy Krzynek już tej kadry nie uciągną. Że pora na zmianę warty. Że już się z kadrą w ważnych momentach tyle naprzegrywali, że tkwi w nich jakiś brak sportowej złości, odpowiedniej reakcji na porażkę. Przecież po takich golach, jak te stracone dzisiaj, to kapitan powinien defensywę zrypać jak szmaciarz konia. Tego nie było i obawiam się, że nie będzie. A jeśli tak – trzeba się przyzwyczajać do myśli, że kadra na Euro 2012 będzie musiała sobie poradzić bez nich. I postawić na następców.

3. Napadalce: R. Lewandowski – niewidoczny, ale wiemy, że następny taki talent objawi nam się za 20 lat, więc zbytnich żalów nie wylewajmy, bo się chłopak zamknie w sobie. Irek Jeleń – nikt mi nie powie, że gość, który ma jedną sytuację i strzela z tego gola, nie powinien grać w pierwszej składzie. I powinien grać, kurna, na szpicy. Saganowski – już przy tej główce od razu się człowiekowi nasunęła myśl, że jak przychodzi ważny moment, to Sagan chyba – minimalnie, ale chybia. Gol bardzo ładny, ale co nam po nim, jak już było po ptokach. No co?!

R:

Żałość nad żałościami. A wszystko razem – żałość.

Nie chcę znęcać się nad Arturem Borucem. O konieczności odstawienia go od podstawowego składu reprezentacji pisałem na tym blogu już po jesiennym meczu z Czechami, gdy jego karygodna nieinterwencja na szczęście nie zagroziła jeszcze naszemu bilansowi punktowemu. Potem nastały popisy polskiego golkipera w meczu ze Słowacją, teraz z Irlandczykami z Północy. Po prostu żałość.

Nie chcę znęcać się nad formacją obronną naszej drużyny, której członkowie pomimo wiedzy o stanie murawy oraz cokolwiek niegenialnej dyspozycji Boruca z uporem maniaka zagrywali do niego piłki wydatnie pomagając mu w osiągnięciu miana antybohatera tego, jakże smutnego, marcowego wieczoru.

Nie chcę znęcać się też nad Leo Beenhakkerem
wypominając jak to Jeleń nigdy nie pasował mu do koncepcji, aż tu nagle ni z tego ni z owego przypasował i strzelił nawet gola (choć bądźmy szczerzy – swym występem również absolutnie nie zachwycił).

Ale też nie życzę sobie, by nasza reprezentacja znęcała się w ten sposób nad takim biednym żuczkiem, jak ja – kibic polskiej reprezentacji. Przeżyłem Ćmikiewiczowską Norwegię (0:3), Apostelowy Izrael (1:2), Bońkową Łotwę (0:1), bydgoską Finlandię (1:3), przeżyję jakoś i te żałosne podrygi biało-czerwonych w Belfaście. I nie zgadzam się z tymi, którzy pogrzebali już nasze szanse na mundialowe afrykańskie safari. Ta grupa jest tak słaba, że drużyny, które nie wydostaną się z niej na imprezę w RPA powinny być z miejsca zdyskwalifikowane na całą dekadę za okaleczanie tak pięknej dyscypliny sportu jaką jest piłka nożna. Szansa więc wciąż istnieje. Ale wiarę w niezwykły charyzmat Leo Beenhakkera straciłem już chyba bezpowrotnie. I gdybym przypadkowo znalazł się na miejscu, gdy Grzesiu Betafens Lato i jego dzielna kamanda będą wbijać na pożegnanie holenderskiemu szkoleniowcowi dobrze wystrugane oszczepy w plecy, własną piersią już bym go chyba nie zastawił…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *