Po co lidze Piast Gliwice?

Na prowokacyjne pytanie w tytule odpowiem równie prowokacyjnie – po nic. Piast Gliwice bowiem nic do Ekstraklasy nie wnosi.

Piast Gliwice nie prezentuje atrakcyjnej piłki. Ba, nie prezentuje piłki choćby minimalnie ciekawej. Styl gry prezentowany przez gliwiczan przyprawia o ból zębów. Super zachowawczy, skrajnie przeciętny, zbrylony. Często z oszukanym napastnikiem, atakującym w sposób wręcz zalękniony. Efekt – osiem zdobytych bramek w 18 meczach. Daje to niecałe pół gola na mecz (dokładnie 0,44!)… We względnie chociaż szanujących się europejskich ligach jest zaledwie jeden zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, który jest bardziej od Piasta mierny pod kątem strzelania bramek – to rumuńska Gloria Buzau (6 goli w 17 meczach – średnia 0,35).

Piast Gliwice nie osiągnął Ekstraklasy na poziomie organizacyjnym. Rozgrywanie meczów na stadionie w Wodzisławiu Śląskim to skandal i prowizorka, za którą wstydzić musimy się my wszyscy.

Między innymi w związku z tym Piastowi Gliwice mało kto kibicuje. Dane za zeszłą rundę pokazują, że frekwencja na meczach Piasta to 1931 widzów… Kolejny GKS Bełchatów już z wynikiem 2350 widza na mecz. Mecze nigdzie i dla nikogo – czy mam dalej poddawać w wątpliwość obecność Piasta w Ekstraklasie?

Piast Gliwice nie dostarcza nowych, ciekawych zawodników polskiej lidze. Poza Glikiem i Kasprzikiem, to drużyna niemłodych już zawodników. Większość z nich dobija powoli do trzydziestki i prochu nie wymyśli. Tacy piłkarze jak Widuch, Kaszowski, Gamla, Seweryn czy Muszalik pokopią jeszcze dwa – trzy lata po czym przeniosą się klasę niżej, a potem jeszcze niżej, a potem..

W Piaście Gliwice nie drzemią ukryte możliwości. Poza dwoma fajnymi meczami z Cracovią na inaugurację sezonu i ze Śląskiem, zespół praktycznie nie zanotował praktycznie żadnego spotkania, które pozwalałoby sądzić, że z tego towarzystwa można wykrzesać coś ekstra, coś fajnego, coś, co by sprawiło, że obecność Piasta w Ekstraklasie jest uzasadniona. Są drużyny, które w tabeli znajdują się w bliskim sąsiedztwiem gliwiczan, ale jest potencjał, który posiadają rokuje na lepsze jutro (Górnik, Cracovia, Jagiellonia). W Gliwicach to "jutro" będzie chyba jeszcze gorsze niż "dzisiaj".

Z Piastem Gliwice nie sposób wręcz sympatyzować (chodzi oczywiście o osoby nie będące z nim związane od dziecka bądź splecione terytorialnie). Polonia Bytom choć równie biedna – zaskakuje: a to urwaniem punktów faworytom, a to dobrą postawą u siebie, a to szarańczą, a to wreszcie wielkim hartem ducha. Górnik zainwestował w nowych ciekawych graczy, Cracovia podobnie. Piast osobom postronnym kojarzy się z nędznym futbolem i z obrzydliwą klatką dla kibiców gości.

Dlatego właśnie fajnie by było, gdyby Piast Gliwice spadł w tym sezonie do I ligi. Tam chyba jest jego miesjce.

P.

Marek Koźmiński w Udinese – urok debiutanckiego sezonu

Udinese w sezonie 1992/93 było beniaminkiem Serie A. W pierwszej kolejce, z Koźmińskim w składzie pokonało na Friuli sam Inter Mediolan 2:1 (gole z całej kolejki w dość schizowym ujęciu od 7:04). Co strasznie ciekawe, Polak zagrał w debiucie z magicznym numerem 10.
– Wszystko to wydarzyło się jak we śnie – mówi Koźmiński. – Srebrny medal olimpijski, małżeństwo z Joanną, wyjazd do Włoch, powołanie do pierwszej reprezentacji Polski. Będzie musiało minąć sporo czasu, zanim ochłonę i będę w stanie ocenić właściwie te niewiarygodne zmiany w moim życiu. (Gazeta Wyborcza 10/09/1992)

W Krakowie, gdzie mieszkałem, można odbierać stację telewizyjną RAI UNO, która transmituje mecze Serie „A”. Od bardzo dawna interesuję się ligą włoską, a moim marzeniem było zagrać wśród najlepszych graczy świata. Nie mogłem jednak przypuszczać, że pragnienie to tak szybko się spełni. Dwa dni przed wyjazdem do Udine ożeniłem się. Do Włoch pojechałem z moją żoną…

Potem Udine zostaje lekko sprowadzony na ziemię (kilka porażek, m.in. baty 5:1 od Juve), ale już w 12. kolejce wywozi remis 1:1 z meczu z wielkim Milanem. Koźmiński odwiedza kolejną ze świątyń futbolu – po Camp Nou, przyszła pora na San Siro.

W 20. kolejce ”Koza” zdobył swojego pierwszego gola w Serie A i pierwszego polskiego gola na włoskiej ziemi od czasu Zbigniewa Bońka. 7 marca 1993 w 39. minucie meczu Pescara – Udinese Koźmiński przeprowadził indywidualną akcję lewą stroną boiska i zakończył ją celnym strzałem w „długi róg”. Po trafieniu srebrnego medalisty z Barcelony Udine prowadziło 2:0 z ostatnią w tabeli Pescarą, ale mecz ostatecznie zakończył się remisem 2:2 (Gazeta Wyborcza 08/03/1993).

W końcówce sezonu Polak łapie niesamowitą formę. W przedostatniej kolejce Koźmiński strzela pięknego gola w wygranym 2:0 meczu z Anconą. Arcyważnym meczu, bo Udine walczy o życie tzn. o utrzymanie w Serie A. ”La Gazzetta dello Sport” zatytułowała relację: ”Koźmiński wspaniały”. Po takim golu – nie ma co się dziwić!

Ostatecznie zespół z Friuli gromadzi tyle samo punktów co Brescia i oba kluby muszą zagrać dodatkowy mecz o uniknięcie spadku do Serie B. Najpierw dwa piękne gole zdobywają koledzy Polaka, trzecie trafienie pada z rzutu karnego, po tym jak po pięknej akcji Koźmiński został sfaulowany w polu karnym.

Koźmiński dał popis w najważniejszym meczu roku dla Udinese. Tak o spotkaniu opowiadał drugi z Polaków, Piotr Czachowski (Gazeta Wyborcza 14/06/1993):

– Prezes Udinese Gianpaulo Pozzo płakał jak małe dziecko. Razem z nim trenerzy i piłkarze. Takiej radości Włochów nie widziałem nawet po wygranym meczu z Interem w Mediolanie i remisach z Milanem.

Oby po dzisiejszym meczu z Lechem Włosi znów uronili sporo łez – ale już ze smutku.

B.

Nigeria-ZSRR z 0:4 na 4:4, czyli cud w Dammam 20 lat później

Pisząc trzy miesiące temu notkę o Olegu Salenko wiedziałem, że do tej sprawy, do tego meczu powrócę, że o nim napiszę, bo napisać po prostu MUSZĘ. Takie mecze zdarzają się raz na dziesięć, nie wiem, może dwadzieścia lat. W każdym razie właśnie dwadzieścia lat temu w arabskim mieście Dammam (port na wschodzie nad Zatoką Perską) odbył się mecz, którego ostateczny rezultat należy rozpatrywać w kategoriach cudu. I tak też ów mecz został ochrzony. Oto krótka historia ”Cudu z Dammam”.

Mistrzostwa świata do lat 20 w 1989 roku odbywały się w Arabii Saudyjskiej. Grupę B z kompletem zwycięstw zakończył Związek Radziecki (przed Kolumbią, Syrią i Kostaryką). Z kolei w grupie A drugie miejsce zajęła Nigeria – po zwycięstwie nad gospodarzami (2:1), porażce z Portugalią (0:2) i decydującym o awansie remisie z Czechosłowacją (1:1). W dodatku w dwóch ostatnich meczach grupowych Nigeryjczycy złapali aż trzy czerwone kartki. Zdecydowanym faworytem ćwierćfinału w Dammam byli więc piłkarze z wielkim czerwonym napisem CCCP na białych koszulkach.

W 30 minucie pierwszy gol dla Sbornej autorstwa Siergieja Kiriakowa (potem przez wiele lat gracz Karlsruher SC; był na Euro ’92 i ’96). Tuż przed przerwą stan meczu na 2:0 podwyższa Bakia Bakwa Tedejew. Obrońcy Nigerii przez kwadrans w szatni chyba nie przestali kręcić się wokół własnej osi, bo tuż po wyjściu na drugą połowę znów dali się ośmieszyć, z czego skrzętnie skorzystał Oleg Salenko. Czwartego gola dorzucił ten sam, który rozpoczął strzelaninę – Kiriakow.

Była 60 minuta gry, a wynik brzmiał NIGERIA: ZERO, ZSRR: CZTERY. I wtedy właśnie zaczęły się dziać cuda. Ciężko powiedzieć, czy miały na to wpływ zmiany, które zrobił trener Olatunde Nurudeen Disu (w końcu bramkarz wpuszczony po przerwie stracił tyle samo goli, co jego poprzednik w pierwszych 45 minutach). W każdym razie chwilę po drugiej rotacji w składzie (Odiari Chinedu został zawołany słowami ”chodź tu, bo jak czegoś nie zrobisz, to przegramy 0:6”), a także po zejściu najlepszego na placu Kiriakowa, Nigeryjczycy zdobyli pierwszego gola. O ile pierwsze trafienie z wolnego Christophera Ohenhena było niezłe, to drugi gol to już istny cud-miód-i-orzeszki. Nie dziwne, że krótko po mistrzostwach kupił go sam… Real Madryt! Tam jednak nie zagrał ani razu i zamiast legendą ”Królewskich”, Ohen (czyżby później skrócił nazwisko?) jest wspominany co najwyżej w Composteli, gdzie spędził 10 lat i zagrał prawie 200 meczów. Z 0:4 w 15 minut zrobiło się 2:4. Sęk w tym, że i do końca meczu został tylko kwadrans. W 83 minucie Samuel Elijah dość koślawo przyjął piłkę, czym jednak zmylił na 5 metrów radzieckiego obrońcę i w sytuacji sam na sam strzelił na 3:4. Nie mogę znaleźć żadnej informacji o Elijahu, więc niech ma chociaż fotkę:

Wynik 3:4 nie utrzymał sie jednak długo, może jakieś kilkadziesiąt sekund. 84 minuta i wyrównujący gol na 4:4! Nduka Ugbade, po naprawdę pięknej akcji. Nduka Ugbade grał potem krótko w kadrze, a z klubów również w rezerwach Realu (czyli CD Castellon), ale furory nie zrobił, bo karierę kończył w… Malezji! Ugbade wyglądał tak (trochę później tak):

Niemożliwe stało się możliwe. Nigeryjczycy odrobili CZTERY GOLE STRATY, choć pościg rozpoczęli dopiero na pół godziny przed końcem. Potem była dogrywka bez goli i rzuty karne, wygrane przez młode ”Super Orły” 5-3. ZSRR za burtą!

Gdy spojrzymy na składy z tamtego meczu, w ZSRR znajdziemy o wiele więcej znajomych nazwisk (Salenko, Kiriakow, Tetradze, Nikiforow, Onopko) niż w Nigerii. Ba, o ile mnie pamięć nie myli, na wielkim turnieju był potem jedynie Mutiu Adepoju, który zagrał na mistrzostwach w USA oraz Francji, a gry w Korei/Japonii oglądał z ławki. Kariera Adepoju jest w imponujący sposób opisana tutaj, proponuję więc tylko rzucić okiem na gola z 1998 roku przeciwko Hiszpanii.

 

 

Na turnieju w Arabii, Nigeryjczycy pokonali w półfinale USA po dogrywce, by w finale znów ulec Portugalii. Olbrzymi potencjał zawodników nie przełożył sie potem na wielkość dorosłej reprezentacji Nigerii ani ich samych indywidualnie.

W zeszłym roku, trener Disu w wywiadzie wspominał, że ten rezultat to ”robota Pana Boga”. Być może, choć myślę, że najważniejsza była wiara Nigeryjczyków w to, że nie wszystko stracone. Oby Lech w Udine pokazał również taką wiarę, a gdy będzie taka potrzeba – by był jak Nigeria. W nagrodę za wynik 4:4 nie musiałby nawet strzelać rzutów karnych.

B.

Futbol wychodzi z cienia Wielkiego Wodza. Piłka w Korei Północnej

Niecałe dwa tygodnie temu, w czasie kiedy zasypialiśmy przed telewizorami przytłoczeni topornością gry Polaków w potyczce z Walijczykami, na kontynencie azjatyckim działy się ciekawe rzeczy. Mianowicie w grupie 2 eliminacji do MŚ 2010 Korea Północna spotkała się z Arabią Saudyjską. I wygrała 1-0, chwilami pokazując futbol wręcz wyrafinowany (asysta przy bramce!).

Postawa Korei Północnej w obecnych eliminacjach to duże zaskoczenie. Zespół po czterech kolejkach jest wiceliderem grupy z 7 punktami na koncie – porażka z Iranem, zwycięstwa z ZEA i Arabią właśnie oraz remis z Koreą Płd. Przy okazji tego ostatniego spotkania doszło do niezwykłej sytuacji. Koreańczycy z północy nie chcieli się bowiem zgodzić, aby podczas meczu na ich terenie odegrany był hymn oraz pojawiła się flaga Korei Południowej, a więc kraju, z którym wciąż pozostają w stanie wojny. Proponowali w zamian odegranie melodii folkowej oraz flagę igrzysk olimpijskich:) Koniec końców stanęło na tym, że mecz odbył się na neutralnym terytorium w Szanghaju.

Piłka nożna w kraju rządzonym twardą ręką przez Kim Dzong Ila przeżywa obecnie swój renesans. Powstała w 1964 roku reprezentacja, po wielu chudych latach, w których to w zależności od humoru aktualnego Wodza raz brała udział w eliminacjach mistrzostw świata (i należy dodać – zwykle nie kwalifikowała się), kiedy indziej znowu nie startowała (Korea Płn. opuściła eliminacje do MŚ 1930–1962, 1970, 1978, 1998, 2002). Jednak w całej tej historii nie można omieszkać faktu, że Korea Płn. zagrała raz w mistrzostwach świata. Cóż to był za turniej! Rok 1966, mundial w Anglii. Koreańczycy pojechali na niego dzięki temu, że z udziału w zawodach zrezygnowały reprezentacje afrykańskie. Debiut wypadł kiepsko – porażka z „zaprzyjaźnionym” ZSRR 0:3 miała pokazać Azjatom ich miejsce w szeregu. Kolejny jednak mecz zremisowali z Chile 1-1. W ostatnim spotkaniu mieli się spotkać z Włochami – przyszłymi mistrzami Europy z 1968. Pewna swego squadra azzura na potyczkę z KRL-D wypuściła drugi garnitur. Jakież zdziwienie musiało dotknąć cały Półwysep Apeniński, gdy Koreańczycy wygrali 1-0 i kosztem Włochów wyszli z grupy!

W ćwierćfinale przeciwnikami KRL-D była reprezentacja Portugalii. Po kapitalnym meczu Azjaci ulegli 3-5.

Podobno po powrocie do kraju reprezentacja wraz ze sztabem… trafiła do więzienia. Była to kara ze strony Kim Ir Sena za świętowanie sukcesu niegodne obywatela KRL-D. Z czasem jednak cała ekipa wyszła na wolność i stała się narodowym bohaterem.

Obecnie najważniejszą gwiazdą reprezentacji jest Hong Yong-Jo.

Ten filigranowy napastnik jako jeden z nielicznych z kadry występuje w Europie. Po grze w lidze macedońskiej i serbskiej (niezbadane są losy ludzkie…), obecnie biega po murawie w barwach rosyjskiego FK Rostow.

Wspomaga go jak może Jong Tae-Se, atakujący o niezwykłej wręcz skuteczności (13 meczów w kadrze, 11 goli). Wiąże się z nim ciekawa historia. Jest synem Koreańczyków z Południa „drugiego pokolenia” (czyli jego dziadkowie byli Koreańczykami z Północy a rodzice już z Południa), urodził się w Japonii, ale wychowywany był w duchu ideałów północnokoreańskich. Gdy więc zgodnie z wpajanym mu światopoglądem chciał zrzec się obywatelstwa południowokoreańskiego, by występować dla reprezentacji KRL-D, usłyszał w ambasadzie, że… takiego państwa nie ma (Korea Płd. nie uznaje istenienia Korei Płn. i vice versa)! Dopiero po wielu perypetiach otrzymał przyznane przez Chongryon (w wolnym tłumaczeniu – Związek Północnokoreańskich Uchodźców w Japonii; namiastka ambasady KRL-D w Japonii) a uznane przez FIFA północnokoreańskie obywatelstwo.

Jakby tego było mało coraz piękniejsze perspektywy ma przed soba futbol kobiecy. Reprezentacja KRL-D wystąpiła na zeszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Pekinie (zajęła 3 miejsce w swojej grupie zwyciężając z Nigerią oraz tocząc wyrównane boje z Brazylią i Niemcami), zawodniczki U-20 zdobyły srebro MŚ przegrywając w finale z USA a juniorki U-17 zostały mistrzyniami w swojej kategorii wiekowej (nota bene pokonując w finale… USA).

 

W tym miejscu warto też wspomnieć, że w Korei Północnej znajduje się stadion piłkarski o jednej z większych pojemności na świecie. Znajdujący się w Pyongyang obiekt Rungrado May Day Stadium może pomieścić aż 150 000 widzów.

Kiedyś z założenia nie kibicowałem państwom z bloku (bądź też byłego bloku) socjalistycznego (no, poza Polską oczywiście) czy innym reprezentacjom, pod którymi podpinali się tyrani, despoci i inni twardoręcy. Ale teraz kiedy o tym wszystkim myślę, to nie wiem czy na sportowej nędzy niektórych z tych panstw najbardziej nie cierpią obywatele. W tym przypadku – obywatele Korei Północnej. Naród, przywódca którego upaja się masowymi egzekucjami i wystrzeliwaniem rakiet, dzięki piłce może doznać drobnych chwil radości. Ot, choćby, gdy opływające w luksusy reprezentacje ZEA i Arabii wyjeżdżały z KRL-D jak niepyszne. Zawsze jest to jakieś pocieszenie.

P.

Zico – wielki i kłopotliwy numer 10 Udinese

Jaka jest największa gwiazda w historii Udinese? Bierhoff? A kto to był Bierhoff?! ;) Przez dwa sezony kibice ze Stadio Friuli mieli szczęście podziwiać zawodnika naprawdę wybitnego. Na takie określenie zasługuje niewielu, ale jednym z takich piłkarzy z pewnością był Arthur Antunes Coimbra, nazywany „Białym Pele”, wspaniały Brazylijczyk Zico!

Wydarzenie nad wydarzeniami, sensacja nad sensacjami! W 1983 roku Udine obiegła najważniejsza dla tego miasteczka wiadomość XX wieku: w biało-czarnej koszulce zagra słynny Zico. Euforia kibiców z powodu przyjścia gracza, który wcześniej dla Flamengo Rio de Janeiro strzelił 309 goli w 470 meczach (!), trwała jednak krótko. 9 czerwca 1983 FIGC (federacja włoskiej piłki nożnej) podjęła bowiem decyzję o zakazie transferów zagranicznych piłkarzy! Federacja uzasadniła to motywami ekonomicznymi i… troską o Udinese: „koszt 6 miliardów lirów mógłby zrujnować klub” (w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że zwariowali; w drugiej – czy przy okazji niedoszłego transferu Kaki nie mówiono o podobnych ograczeniach?). W Udine zawrzało. Wściekły tłum wyległ na główny plac miasta z okrzykami ”Albo Zico albo Austria!”, sugerując tym samym… przeniesienie klubu do bliskiego, sąsiedniego kraju. Udinese apelowało do kogo się dało – do trybunału przy włoskim komitecie olimpijskim, a nawet do samego prezydenta Włoch! Nieoczekiwanie, drugie z tych działań okazało się skuteczne. Prezydent Republiki Sandro Pertini powiedział: „chciałbym zobaczyć Zico grającego we Włoszech”, a krótko potem włoski komitet olimpijski nominował trzech prawników, którzy w kilka dni zezwolili na ściągnięcie Brazylijczyka do Włoch. Kontrakt nabrał mocy prawnej, a Zico wreszcie mógł założyć koszulkę z magicznym numerem 10.

7 listopada 1983 na Friuli odbywa się mecz Udinese – Roma. W debiucie Zico gra genialnie. Po podaniu włoskiego mistrza świata Franco Causio zdobywa gola. Tłum szaleje. Udinese stało się dzięki niemu drużyną niezwykłą. Niesamowity mecz z Milanem na San Siro kończy się remisem 3:3, a Brazylijczyk jednego z dwóch goli zdobywa przepiękną przewrotką.

Kibice ze Stadio Friuli wykupili wówczas 29 tysięcy karnetów, co nie zdarzyło się nigdy więcej w historii klubu! „Zebry” ukończyły sezon na 9 miejscu, tylko 2 punkty od prawa gry w Pucharze UEFA. Zico w pierwszym roku we Włoszech strzelił 19 bramek. O jednego gola mniej niż król strzelców Michel Platini, który w barwach Juventusu zagrał jednak aż sześć meczów więcej.

Ciężko wybrać najpiękniejszego z goli. Może ten?

Pomimo odejścia wielu zawodników (a jednak – problemy z kasą), m.in. partnera z ataku Pietro Paolo Virdisa (króla strzelców w barwach Milanu trzy lata później), Zico postanawia zostać na kolejny rok w Udine. Sezon 1984/85 zaczął się dla biało-czarnych w miarę dobrze, ale z czasem drużynie szło coraz gorzej. Sam Zico również nie prezentował się już tak błyskotliwie (w całym sezonie strzelił tylko 3 gole), a jego występy dla Udinese skończyły się na meczu przeciwko Napoli. Brazylijczyk ostro skrytykował arbitra, który przeoczył, że Maradona strzelił gola… ręką (widać przed mundialem ’86 Argentyńczyk czynił stosowne próby).

Zico: Myślę, że wyniki Udinese są przesądzane przez sędziów; widzimy wszyscy, że to był już kolejny raz. To staje się bezsensowne: pocić sie cały tydzień, pracować, wkładać duży wysiłek i tak aż do niedzieli. I wtedy przychodzi ktoś ułomny, niezdolny i odbiera ci nie tylko 2 punkty, odbiera też coś więcej. To coś strasznego.

Po tych słowach „Biały Pele” został zdyskwalifikowany na tydzień, jednak w oficjalnym meczu Udine już nigdy nie zagrał – również dlatego, że z powodu kłopotów (prawdopodobnie rodzinnych) musiał wrócić do Brazylii. Udinese pozostało jedyną europejską drużyną, w której występował Zico – zdobywca 66 goli w 88 meczach dla reprezentacji Brazylii i zdaniem FIFA jeden ze 100 najlepszych piłkarzy w historii.

B.

Pierwsza bramka nowej Białej Gwiazdy

Tak mi się jakoś dzisiaj przypomniała ta historia.

Młodsi kibice już mogą tego czasu nie pamietać, ale jeszcze nie tak znowu dawno Wisła Kraków była klubem biednym jak mysz kościelna i żyjącym głównie z własnych wychowanków (nota bene, całkiem niezłych). I tak Biała Gwiazda ciułała punkt za punktem, trochę w pierwszej a trochę w drugiej lidze, marząc jednocześnie, że może kiedyś zagra w Pucharze Intertoto.

Nagle jak grom z jasnego nieba, u zmierzchu roku 1997, zjawiła się pod Wawelem firma Tele-Fonika wraz z górą pieniędzy. Wtedy to futbolowa rzeczywistość krakowskiego klubu zmieniła się niemal o 180 stopni (dlaczego „niemal” – o tym zaraz) – zawodnicy, pensje, premie, warunki treningowe, słowem wszystko. Do rundy wiosennej Wisła szykowała się więc niczym polska Chelsea – choć budowana naprędce, to za duże pieniądze i w oparciu o wartościowych piłkarzy. Co tu dużo mówić, z brzydkiego kaczątka błyskawicznie wyrósł dorodny łabędź.

Jeśli porównać składy z ostatniego meczu rundy jesiennej sezonu 1997/1998 i pierwszego rundy wiosennej, to zbyt wiele nazwisk sie nie powtórzy:

Wisła – Amica 1:1

Sarnat – P. Adamczyk, M. Zając, Matyja – Pater, Surma (Giszka), Pasionek (Weinar), Kulawik, P. Nowak (Sydorenko) – R. Wójcik, Koniarek

Wisła – GKS Katowice 2:0

Sarnat – B. Zając, Kałużny, M. Zając (Pater), Matyja, Węgrzyn – Bukalski, Czerwiec (Dubicki), Kulawik – Niciński, Kaliciak

W sumie, w przerwie zimowej trafiło do Białej Gwiazdy aż dziesięciu nowych zawodników (Kałużny, Węgrzyn, Bukalski, Czeriwec, Dubicki, Niciński, Kaliciak, Sunday, Pukelevicius [kiedyś jeszcze o nim napiszę!:)], Łatka [z juniorów]).

Co jednak zabawne, w pierwszej potyczke „nowej Wisły” premierową bramkę zdobył zawodnik zupełnie nienowy – obchodzący dziś 39. urodziny Jacek Matyja. To właśnie jego uderzenie głową otworzyło nowy rozdział w dziejach krakowskiej drużyny (skąd inąnd drugie trafienie dorzucił również „stary” Kulawik).

Rosły obrońca dzielnie trzymał się w gwiazdorskiej ekipie (jeszcze 11 meczów w rundzie jesiennej mistrzowskiego sezonu 1998/1999), ale wkrótce i on stał się ofiarą postępu i po pod Wawelem podziękowano mu za grę. Od tego czasu występował w Wodzisławiu (3,5 roku)

Ruchu Chorzów (jeden sezon)

oraz w niższych ligach (Pogoń Staszów, Garbarnia Kraków, Skawinka Skawina). W tym ostatnim klubie jest obecnie trenerem.

Wejście Tele-Foniki do Wisly wywróciło większości ówczesnych zawodników świat do góry nogami. Zdecydowana większość w krótkim czasie musiała szukac sobie nowych pracodawców. Jacek Matyja jeszcze i tak wyszedł na tych ruchach nie najgorzej (wszak zagrał w sumie ponad 200 meczów w Ekstraklasie). Faktem – i to dość przykrym – jest natomiast, że część utalentowanej młodzieży rezydującej wówczas przy Reymonta praktycznie zniknęło z piłkarskiej mapy Polski. Czy komuś dziś mówią coś nazwiska Pasionka, Rafała Wójcika czy Grzegorza Kazimierskiego?

P.

Gheorghe Hagi – król futbolu

Gheorghe Hagi
Gheorghe Hagi

Gdyby Jana Matejkę wskrzeszono nagle z martwych i postawiono przed zadaniem stworzenia unikatowego pocztu królów futbolu, 44-letni od kilku dni Gheorghe Hagi byłby niechybnie jednym z pierwszych, którzy poszliby pod pędzel mistrza. W całej historii piłkarstwa bowiem, zawodników lepszych od Rumuna udało by nam się doszukać zapewne mniej niż niewielu. Może Pele. Może Maradona. Może ktoś tam jeszcze. Powtarzam – może.

Gheorghe Hagi był graczem absolutnie genialnym. Należał do najściślejszej elity futbolowych artystów wszechczasów. Był jednym z tych nielicznych wirtuozów dających innym, własną grą, niezwykłe, bezcenne wręcz poczucie, iż piłka nożna nie wyczerpuje swego potencjału dostarczając ludziom jedynie rozrywki, lecz że futbol, w swych porywach, potrafi być również sztuką. To właśnie dzięki takim piłkarzom jak Hagi miliony kibiców na świecie uważają, że sport jest czymś naprawdę pięknym.

Piłkarska kariera Gicy Hagiego już od zarania przejawiała znamiona nieprzeciętności. Urodzony 5 lutego 1965 roku w siedmiogrodzkim, 30 tysięcznym miasteczku Sacele, zakładając koszulkę Farulu Constanta, już w wieku 17 lat zadebiutował w rumuńskiej Divizii A. W swym premierowym sezonie podczas osiemnastu ligowych występów młodziutki chłopak aż siedmiokrotnie posyłał piłkę do bramki rywali. Niedługo potem, 10 sierpnia 1983 roku podczas bezbramkowej, towarzyskiej potyczki norweskie Oslo jest świadkiem pierwszych kroków niezwykłego dziecka rumuńskiego futbolu w koszulce narodowej reprezentacji. Niecały miesiąc później – 7 września 1983 roku osiemnastoletni chłopak z Sacele przyjeżdża do Krakowa, by na stadionie Wisły rozegrać trzeci już mecz dla kadry swego kraju. Hagi zostaje zmieniony w 66 minucie meczu a spotkanie kończy się remisem 2:2. Czy ktokolwiek spośród 8.000 polskich kibiców, którzy przyszli tego dnia dopingować zespół Antoniego Piechniczka mógł wówczas przypuszczać, że gościmy właśnie pod Wawelem jednego z najwybitniejszych piłkarzy jacy kiedykolwiek wydeptywać będą wiślacką murawę? Do Polski przyjedzie Rumun ze swą reprezentacją jeszcze dwukrotnie, w obu przypadkach zresztą po porażkę (1987 r. Bydgoszcz – 1:3 i 1989 r. Warszawa – 1:2)

Na jesieni 1983 roku Hagi opuszcza Konstantę i przenosi się do znacznie silniejszego Sportulu Studentesc. Tu jego kariera nabiera znacznego przyspieszenia. Choć pierwszy sezon w nowym klubie Gica kończy z dorobkiem ledwie dwóch trafień na koncie, to jednak w tak zwanym międzyczasie udaje mu się przebić na dobre do rumuńskiej kadry, z którą jako 19-letni chłopak wyjeżdża na francuskie finały ME. W premierowym meczu Rumunów z późniejszym wicemistrzem Starego Kontynentu – Hiszpanią (1:1) Hagi pojawia się na boisku na ostatni kwadrans, a przeciwko Niemcom młody zawodnik Sportulu dostaje szansę występu przez całą pierwszą część spotkania. Podopieczni Mircei Lucescu ostatecznie zdobywaja zaledwie 1 pkt i zajmują ostatnie miesjce w swej grupie, ale Hagi dzięki kilku odważnym, błyskotliwym akcjom pokazuje się na tej wielkiej imprezie jako niesamowicie ciekawy, bardzo perspektywiczny zawodnik o ogromnym potencjale.

W eliminacjach do meksykańskiego Mundialu 1986 roku Hagi jest już centralną postacią rumuńskiej reprezentacji. We wrześniu 1984 roku, podczas trudnej, wyjazdowej potyczki z Irlandią Północną, strzela w Belfaście swą pierwszą bramkę dla drużyny narodowej. Gheorghe aplikuje piękne bramki również Turkom i Finom, a w obu remisowych meczach z Anglią należy do pierwszoplanowych postaci na murawie.

Mimo to nie udaje mu się wywalczyć wraz z kolegami upragnionej przepustki na meksykańskie święto futbolu. Bo choć Rumuni awans mają już praktycznie w kieszeni, to jednak fatalnie zawalają sprawę przegrywając w Bukareszcie z Irlandią Północną 0:1. Przyjacielski remis na Wembley Anglików i Irlandczyków z północy wszystko przypieczętowuje, dając tym ostatnim bezcenny a brakujący im do wykolegowania z całej zabawy Rumunów – punkt.

Tymczasem w Sportulu Hagi dokonuje rzeczy wręcz niebywałych. Co prawda w sezonie 1984/85 w 30 spotkaniach trafia do siatki ligowych rywali ‚tylko’ dwudziestokrotnie, ale już następny kończy w glorii wicemistrza kraju, z przeimponującym indywidualnym dorobkiem 31 meczów i 31 goli!!! Dwukrotnie z rzędu wywalcza, w obu rzeczonych sezonach, tytuł ligowego króla strzelców.

Jesień 1986 roku Gica zagra jeszcze dla Sportulu, ale już od samego początku roku 1987 czekają na niego nowe, większe wyzwania. Oto zapragnęła go w swych szeregach bukaresztańska Steaua. Zespół ten, jeszcze świeżo po największym tryumfie w historii klubowej rumuńskiej piłki na międzynarodowej arenie (zwycięstwo w Pucharze Europy po serii rzutów karnych z FC Barceloną w 1986 roku), w glorii najlepszej drużyny Starego Kontynentu, szykuje się właśnie do potyczki o Superpuchar Europy z Dynamem Kijów. 24 lutego 1987 roku w Monaco specjalnie sprowadzony na to spotkanie Hagi strzela dla Steauy jedynego, zwycięskiego gola dającego Rumunom Superpuchar, będący potwierdzeniem ich dominacji wśród europejskiej klubowej gromadki.

Po transferze do bukaresztańskiej „Gwiazdy” kariera Hagiego nabiera właściwego rozmachu. W barwach Steauy kompletuje trzy tytuły mistrzowskie pod rząd (87,88,89). W czternastu wiosennych meczach 1987 roku Gica strzela dla swej nowej drużyny 10 goli. W następnym sezonie to już 25 trafień w 31 ligowych spotkaniach, a w sezonie 1988/89 to już niesamowity bilans 31 bramek w 30 potyczkach!!! (a pamiętajmy, że Gheorghe nie jest napastnikiem). Chłopak z Sacele staje się niekwestionową gwiazdą Divizia A.

W 1988 roku Hagi zostaje też najskuteczniejszym strzelcem europejskich rozgrywek, a jego Steaua dociera do półfinału Pucharu Mistrzów, gdzie ulega jednak Benfice Lizbona. Rok później piłkarze ze stolicy Rumunii grają już w ścisłym finale, gdzie zostają rozbici przez wielki Milan (0:4). Na Camp Nou Hagi jest jeszcze wyraźnie w cieniu Gullita i van Bastena, którzy prowadzą Mediolańczyków do pewnego zwycięstwa.

Mistrzostwa Europy w Niemczech (1988) również przechodzą Gicy koło nosa. Rumuni, podobnie jak w przypadku batalii o meksykański Mundial znów są o krok od awansu do wielkiej imprezy i znów brakuje im odrobiny szczęścia. Na skutek trafienia Carrasco w ostatniej minucie wyjazdowego meczu z Austrią, dającego Hiszpanom bezcenne zwycięstwo, Hagi i spółka muszą pokonać tychże samych Austriaków w wieńczącym eliminacyjne zmagania listopadowym meczu w Wiedniu (1987). Spotkanie kończy się jednak bezbramkowym remisem i Rumunom przychodzi przełknąć gorzką pigułkę.

Niemal równo 2 lata później – 15 listopada 1989 roku znów potrzebują oni zwycięstwa, by pojechać na wielką imprezę. Tym razem jednak wreszcie się udaje. Pokonując 3:1 Duńczyków w Bukareszcie podopieczni Emericha Ieneia wywalczają upragnioną przepustkę do Italii.

Mistrzostwa we Włoszech nie stają się jednak aż tak ogromnym przełomem w karierze Gheorghe Hagiego jak można było przypuszczać. Zresztą cały zespół Rumunii nie wypada na Il Mondiale olśniewająco. Hagi debiutuje na Mistrzostwach Świata w przegranym meczu (1:2) przeciwko rewelacyjnemu Kamerunowi i schodzi z boiska po niespełna godzinie gry. W spotkaniu z obrońcami tytułu najlepszej drużyny globu – Argentyną, zakończonym premiującym oba zespoły remisem (1:1) Hagi ujawnia już całkiem sporo ze swego geniuszu. Mecz ten jest jednak przede wszystkim możliwością konfrontacji Maradony Karpat, jak ochrzczono swego czasu idola rumuńskich kibiców, z Maradoną właściwym. Momentami Gica przyćmiewa gwiazdora klubu z Neapolu. W pewnym sensie symboliczną jest scena z początkowych minut meczu, gdy Diego Maradona, skądinąd najczęściej faulowany gracz na świecie, nie mogąc sobie poradzić z dryblującym Rumunem, powala go właśnie za pomocą faulu na murawę.

Podopieczni Ieneia wychodzą z grupy, lecz w następnej rundzie, po ciężkim boju muszą uznać wyższość Irlandczyków w strzelaniu jedenastek (choć Hagi akurat trafia bezbłędnie) i powoli zacząć się pakować do podróży powrotnej.

Upragniony występ na włoskim Mundialu z pewnością nie dał Gheorghe Hagiemu spełnienia. Choć Hagi swą grą udowodnił, że jest jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, to jednak pewien niedosyt niewątpliwie pozostał.

Po turnieju Gica przechodzi do wielkiego Realu Madryt. Wielu zastanawiało się, czy przypadkiem Rumun nie podzieli losu innych piłkarzy zza żelaznej kurtyny, którzy nie potrafili się odnaleźć w słynnych zespołach zachodniej krainy futbolu. Hagi jednak w Madrycie na pewno nie zawiódł. Był tam prawdziwym mózgiem zespołu, zawodnikiem strzelającym ważne i piękne bramki, klasycznym numerem „10”. W 65 meczach ligowych strzelił dla Królewskich 15 bramek (najczęściej niezwykłej urody).

Nie udało mu się jednak sięgnąć po Mistrzostwo Hiszpanii, które Real, prowadzony wówczas przez Leo Beenhakkera, przegrał w ostatniej kolejce na Teneryfie (nie pomogła nawet przepiękna bramka Hagiego z kilkudziesięciu metrów). W Pucharze UEFA (1991/1992) Królewscy również nie dobiegają do mety zatrzymani w półfinale przez AC Torino (bramka Hagiego w Madrycie)

Gdy w 1992 roku, po kolejnej, pechowo przegranej, batalii o Euro (Rumuni znów potrzebowali w ostatnim meczu wyjazdowego, tym razem dwubramkowego zwycięstwa nad Bułgarią; prowadzili nawet w Sofii przez kilkadziesiąt minut, jednak Sirakow wyrównującym golem wybił im szwedzki turniej z głowy) Hagi przechodził z Realu do Brescii można było odnieść wrażenie, że czyni krok wstecz. Owszem, Serie A uchodziła wówczas za najsilniejszą ligę na świecie, gdzie grać jest prawdziwym wyzwaniem, jednak zespół prowadzony przez Mirceę Lucescu jedynych, naprawdę wartościowych graczy miał właśnie w postaci kolonii Rumunów – Hagiego, Raducioiu, Sabau i Mateuta. No i stało się. Już po jednym sezonie w Serie A Hagi (zaliczył 6 trafień) wraz z kolegami spadł z hukiem do drugiej ligi. Kiedy kapitan reprezentacji Rumunii postanowił czynem zaświadczyć o swej lojalności i pozostać w Brescii na dobre i złe (tzn na wspólne zmagania na drugoligowym froncie) wielu zaczęło pukać się w czoło i stawiać już na dobijającym powoli trzydziestki piłkarzu – przysłowiowy krzyżyk.

Paradoksalnie jednak, to właśnie Hagi, jako zawodnik drugoligowej Brescii osiągnął w swej karierze najważniejszy etap. W eliminacjach do amerykańskiego Mundialu Rumuni poczynają sobie nieźle, jednak sytuacja w grupie jest tak pogmatwana a zespoły rywalizujące ze sobą tak wyrównane, że w swym ostatnim, tradycyjnie już listopadowym meczu, Rumuni również tradycyjnie grają o wszystko, czyli o zwycięstwo. Rywalem jest naprawdę silny wówczas zespół Walii (z Rushem, Hughesem, Saundersem, Giggsem) wietrzący niepowtarzalną szansę awansu, do którego również niezbędne jest im zwycięstwo. To właśnie jesienny bój w Cardiff z 1993 roku jest jednym z tych momentów, dzięki którym łatwiej zrozumieć dlaczego Rumunii tak ogromnie kochają Gheorghe Hagiego. I na czm polegał geniusz tego niezwykłego, unikalnego w skali światowej piłkarza. Jest 32 minuta gry, Walijczycy napierają jak szaleni, rumuńska obrona nie ma nawet czasu otrzeć potu z czoła. Trzeba to wszystko trochę uspokoić, poukładać, posklejać, nim zapora pęknie i posypią się gole walijskich gwiazdorów. Piłka wędruje do Hagiego, niech przetrzyma, podrybluje, da odsapnąć. Ale Hagi jest właśnie jednym z tych piłkarzy, którzy w pojedynkę potrafią wygrwać mecze, którzy w najtrudniejszych momentach umieją diametralnie odmienić losy spotkania, którzy mają niezwykłą moc pociągnięcia swego zespołu do największych sukcesów. W Cardiff Gica strzela bezcenną, niezapomnianą bramkę, która otwiera Rumunom drzwi do najwspanialszej piłkarskiej imprezy w całej ich historii. Tylko Hagi mógł strzelić taką bramkę. Tylko on mógł mieć odwagę, by w ogóle oddać strzał, z takiej odległości, w meczu o taką stawkę.

https://youtube.com/watch?v=5XnxAsUEpWs

W amerykański Mundial Rumuni wchodzą z przytupem. Ich mecz z silną Kolumbią jest okrasą całych mistrzostw. Rumuni zaskakują wszystkich. Wygrywają gładko i w pełni zasłużenie 3:1. Najpierw Hagi po efektownym dryblingu idealnie obsługuje Florina Raducioiu. W 34 minucie kapitan Rumunów podwyższa prowadzenie strzelając jedną z najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych bramek w historii piłkarskich mistrzostw świata. Z kilkudziesięciu metrów lobuje kolumbijskiego bramkarza Cordobę, który nie może uwierzyć jakim cudem piłka uderzona przez Rumuna znalazła się w siatce.

To był właśnie cały kunszt Hagiego. Jego geniusz i fenomen. Wychowanek Farulu Konstanta nigdy nie bał się podejmować odpowiedzialności za najbardziej nawet ryzykowne i niekonwencjonalne zagrania. A że zagrania te najczęściej przynosiły ogromne profity całemu zespołowi a kibicom dawały poczucie uczestniczenia w niezwykłym spektaklu – świadczy to o jego niewątpliwej, boiskowej wielkości. Przy bramce na 3:1, przypieczętowującej zwycięstwo podopiecznych Iordanescu, Gheorghe Hagi oczywiście również brał udział, znów perfekcyjnie zagrywając do Raducioiu.

O drugim meczu turnieju rumuńscy kibice chcieliby zapewne jak najszybciej zapomnieć. Zespół, który kilka dni wcześniej rozbił Kolumbię, teraz sam zostaje rozgromiony przez przeciętnych Szwajcarów 1:4. Hagi strzela w tym spotkaniu przepiękną bramkę wyrównującą stan meczu, jednak jego koledzy nie zechcieli pójść za ciosem i skupili się raczej na obserwowaniu poczynań Helwetów ładujących im kolejne zawiniątka do siatki.

Ostatni mecz grupowy z Amerykanami, gospodarzami imprezy, jest więc spotkaniem o wszystko. Rumuni wytrzymują presję i po fantastycznej, koronkowej akcji, oczywiście z ogromnym udziałem Hagiego zapewniają sobie zwycięstwo dające im w konsekwencji awans do następnej rundy.

Na Rose Bowl Pasadena, szczęśliwym dla chłopców Iordanescu (to tu właśnie wygrali z Kolumbią i USA; ze Szwajcarią przegrali w Pontiac) Rumuni rozgrywają bodaj najlepszy mecz w historii ich piłkarstwa. Tym razem w meczu przeciwko Argentynie do pojedynku dwóch futbolowych artystów, jak przed czterema laty, niestety nie dojdzie. Na boisku jest bowiem tylko jeden „Maradona” – Hagi. Diego ogląda mecz z trybun, po tym jak badania antydopingowe wykryły w jego organizmie substancje, których żadną miarą być w nim nie powinno. Ogląda i płacze. Natomiast Hagi rozgrywa jeden ze swych najlepszych meczów w karierze. Przy drugiej bramce zalicza cudownie bajeczną asystę, po której Dumitrescu tylko przystawia nogę pokonując Islasa. Trzecią strzela już sam – po niesamowitej akcji Ilie Dumitrescu, Gica dobija Argentyńczyków swą prawą, mniej genialną kończyną dolną. Tego dnia jesteśmy świadkami niezapomnianego spotkania oraz narodzin wspaniałej rumuńskiej drużyny. Dla wielu fachowców to właśnie 29-letni Gheorghe Hagi jest postacią numer jeden amerykańskiego Mundialu, najlepszym graczem tych mistrzostw.

Do dziś nie wiadomo, czy Rumuni aż tak mocno uwierzyli w swą potęgę, że zlekceważyli Szwedów, czy też byli tak strasznie wycieńczeni po morderczym pojedynku z Argentyńczykami, iż na Trzy Korony sił już nie starczyło. Faktem jest jednak, że wspaniała drużyna prowadzona z ławki przez Iordanescu a na boisku przez fenomenalnego Hagiego zmarnowała ogromną, być może dla Rumunii niepowtarzalną już szansę na mistrzowski medal. Jeśli ktokolwiek był na tym turnieju drużyną od nich lepszą, to chyba tylko Brazylia. Jeśli ktokolwiek był.

Po zażartym boju (2:2) trzeba jednak było uznać wyższość Szwedów, którzy podobnie jak 4 lata wcześniej Irlandczycy skuteczniej egzekwując jedenastki wyrzucili Rumunię za burtę (Hagi oczywiście pokonał Ravellego z wapna). Wspaniała przygoda skończyła się więc na ćwierćfinale. To może dlatego w wyborach najlepszego piłkarza turnieju przed Hagiego wskoczą Romario i Stoiczkow, którzy ze swymi drużynami przedarli się dalej.

Tak czy inaczej, blisko 30-letni zawodnik drugoligowego włoskiego zespołu podczas amerykańskiego Mundialu udowadnia wreszcie wszem i wobec jak wielkim, jak wybitnym jest futbolistą. Te mistrzostwa są ogromnym tryumfem Gheorghe Hagiego, którego wielu już gdzieś po drodze zdążyło przekreślić, osądzając mianem nieprzeciętnego acz zdecydowanie niespełnionego gracza.

Podczas Mundialu w Gicy zakochał się nawet słynny Johann Cruyff, który zapragnął mieć rumuńskiego geniusza w prowadzonej przez siebie wielkiej Barcelonie. Hagi, w stolicy Katalonii towarzystwo do gry w piłkę ma naprawdę najwyższej klasy. Romario i Stoiczkow też tu są. Trzej najlepsi piłkarze świata kopią teraz dla jednego klubu. Okres pobytu w Barcelonie nie przynosi jednak Hagiemu sportowego spełnienia. Rumuna trapią powtarzające się kontuzje. Z Barcą zdobywa Superpuchar Hiszpanii (1994) a w roku 1996 dochodzi z nią do półfinału Pucharu UEFA, gdzie pomimo trafienia Gicy, zaporą nie do przejścia okazuje się monachijski Bayern. Łącznie podczas dwóch sezonów gry dla Dumy Katalonii Hagi w 35 ligowych spotkaniach zdobywa 7 bramek. Wynosi za to stamtąd silną przyjaźń z Christo Stoiczkowem, który w lecie 1995 roku, gdy Rumun strasznie pogubi się na krętych ścieżkach żywota swego, jest nawet świadkiem na drugim już ślubie Gheorghe w jednej z bukaresztańskich świątyni.

Po znakomitej grze na amerykańskim Mundialu Rumuni wydają się być murowanym faworytem do awansu na angielskie finały Mistrzostw Europy w 1996 roku. I rzeczywiście, podopieczni Anghela Iordanescu zdecydowanie wiodą prym w naszej grupie. Choć z Polakami strasznie się męczą, to jednak dzięki fantastycznej współpracy z Wandzikiem udaje się Rumunom ograć chłopców Apostela 2:1. W wyjazdowym, najtrudniejszym spotkaniu z młoda, ciekawą i budowaną dopiero przez Aime Jacqueta francuską drużyną, Rumuni będąc zespołem dojrzalszym i lepszym bezpiecznie, bezbramkowo remisują. Ich planowe zwycięstwa odniesione nad pozostałymi, słabszymi rywalami sprawiają, że po remisie 0:0 na stadionie w Zabrzu, Hagi (choć on akurat w tym spotkaniu nie wystąpił) i spółka mają już awans w kieszeni. Teraz mogą sobie spokojnie pozwolić na rażące wręcz nie zaangażowanie w grę (by na eufemizmie poprzestać) podczas bukaresztańskiej potyczki z Francją (1:3) i przepuszczenie trójkolorowych na angielskie Euro kosztem biało-czerowonych. Ostentacyjnie rejtanowym gestem kapitana Polaków Romana Koseckiego, który na znak protestu przeciwko rumuńsko-francuskim układankom zdjął koszulkę i położył na murawie podczas swego zejścia z boiska na stadionie w Bratysławie nikt się nadmiernie nie przejął.

Samych Mistrzostw Starego Kontynentu rozgrywanego na Wyspach Rumuni jednak na pewno nie wspominają zbyt ciepło. Choć grali bardzo przyzwoicie i zostali ogromnie skrzywdzeni przez sędziów, którzy w aż dwóch spotkaniach nie uznali prawidłowo zdobytych przez nich goli, to jednak nie przypominali już tej fantastycznej drużyny z amerykańskich boisk. Z Francją przegrywają na otwarcie 0:1 absolutnie nie będąc zespołem słabszym. Ogrywają ich również Bułgarzy po bramce Stoiczkowa (nie zapomnę pięknego gestu Christo, gdy po końcowym gwizdku sędziego podbiegają do niego uradowani koledzy z zespołu, a ten ich odgania i podchodzi do zmęczonego, smutnego, przegranego przyjaciela – Hagiego, by go uścisnąć i pogratulować walki). Ostatni pojedynek z Hiszpanami ma więc już tylko rangę czysto prestiżową. Również i tu Rumuni przegrywają jedną bramką (1:2) i z trzema porażkami oraz całkiem niezłą grą odpadają z imprezy.

Po turnieju Hagi decyduje się na dość kontrowersyjny i nieco ryzykowny krok. Odchodzi z Barcelony, by grać teraz dla tureckiego Galatasaray. I znów wielu stuka się w czoło. Wydaje się, że teraz to już nieodwołalnie olbrzymimi krokami zbliża się przedświt zmierzchu tego wybitnego gracza. Po prostu 31-letni piłkarz najwidoczniej jest już zmęczony wielką piłką i chce sobie doczekać do emeryturki w przeciętnym europejskim zespole.

Dziś wiemy, że przejście do popularnej Galaty było przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Zyskali na tym wszyscy. Rumun się odrodził, odzyskał zapał i świeżość motywacji do gry, natomiast Turcy dzięki swemu transferowi wszechczasów i pozyskaniu genialnego pomocnika sięgnęli po sukcesy o jakich odniesienie, jeszcze kilka lat wcześniej, nikt przy zdrowych zmysłach by ich nie podejrzewał. Kibice ze Stambułu zakochują się w Gicy po uszy. Jego cudowne bramki, fantastyczne zagrania jakich nikt nigdy nie miał do tej pory nad Bosforem możliwości oglądać, sprawiają, że w uwielbieniu dla Hagiego Turcy nie pozwalają się wyprzedzać nawet kibicom rumuńskim. Hagi rządzi ligą turecką. Występuje z Galatą rok po roku w prestiżowych rozgrywkach Ligi Mistrzów. A tam wyczynia dla swego zespołu niezwykłe rzeczy, częstuje tureckich fanów najpiękniejszymi sportowymi przeżyciami i wzruszeniami. Zwycięska bramka jaką strzelił na jesieni 1998 roku w Champions League, w doliczonym czasie gry Hiszpanom z Athletic Bilbao zjednała mu dozgonną miłość całego piłkarskiego Stambułu.

Na niwie reprezentacyjnej przychodzi Mundial roku 1998. Przez eliminacje Rumuni przechodzą jak burza, wygrywając aż 9 spotkań w swej grupie i tylko jedno remisując. Francuskie Mistrzostwa Świata są trzecią i ostatnią tego typu imprezą w karierze Gheorghe Hagiego, który przed turniejem zapowiedział, że po jego zakończeniu definitywnie żegna się z reprezentacyjną przygodą. Rumuni, jak na pamiętnym amerykańskim czempionacie znów rozpoczynają w wielkim stylu. Zresztą, podobnie jak wtedy, tak i teraz przychodzi im się mierzyć na początek z Kolumbią. I choć Kolumbijczycy najlepsze lata mają już za sobą, a ze wspaniałego pokolenia graczy pozostał tylko nieco już wypalony i pomnikowy, dostojnie człapiący po boisku Carlos Valderrama, to jednak wciąż jest to drużyna groźna dla najlepszych. Rumuni wygrywają pewnie, choć jednobramkowo, po przepięknej akcji duetu Gheorghe Hagi-Adrian Ilie. Hagi fantastycznie zagrywa piętą wypuszczając młodego Ilie w obręb pola karnego, gdzie ten ostatni zdobywa cudownego gola. Tę akcję, to trafienie oglądać można (podobnie zresztą jak te z pojedynku przeciwko Argentynie w 1994 roku) bez końca. Kunszt piłkarski najwyższej miary.

W Tuluzie, w pojedynku z Anglikami podopieczni generała Iordanescu zaprezentują się jeszcze lepiej. Po akcji Hagiego, Moldovan uzyskuje prowadzenie a w końcówce meczu po zagraniu Gicy wynik na 2:1 ustali Dan Petrescu. Rumuni znów są wielcy. Wydaje się, że podobnie jak przed czterema laty jesteśmy świadkami narodzin wspaniałej mundialowej Rumunii. Hagi i spółka, po efektownym zwycięstwie nad Anglią zaczynają być przez wielu fachowców postrzegani jako jedni z najpoważniejszych kandydatów do najwyższych laurów.

Niestety, nic z tego. Chłopcom Iordanescu chyba nieco zaczęło się nudzić. Postanowili pobawić się własnymi fryzurami i ubarwić je kolorami narodowej flagi. Na pierwszy ogień poszła żółć. Zamykający grupowe zmagania mecz z Tunezją, (którego wynik nie miał większego znaczenia, gdyż Rumunia dzięki dwóm wcześniejszym zwycięstwom zapewniła już sobie awans) nie był udany a rumuńscy gracze miast koncentrować uwagę kibiców na swych znakomitych zagraniach przykuwali raczej ich wzrok ekscentrycznym, żółtym kolorem własnych czupryn. Eksperyment, który w swym szlachetnym zamierzeniu miał zintegrować grupę piłkarzy jakoś dziwnie ich rozkojarzył. Przefarbowani i jakby dziwnie odmienieni Rumuni nie potrafili już odnaleźć formy z meczów przeciwko Kolumbii oraz Anglii. Pojedynek w Bordeaux z Chorwacją, przegrany 0:1, pozostawił ogromny niedosyt. Znów, podobnie jak przed czterema laty ze Szwecją, przegapili rumuńscy piłkarze niesamowitą szansę na ogromny sukces. Porażka bolała tym bardziej, że z reprezentacją żegnała się ikona rumuńskiego sportu, ten który przez lata pchał swych kolegów w górę, który wprowadził ich na najwspanialsze futbolowe imprezy świata, gdzie przedtem nie potrafili się przebić przez całe dziesięciolecia. Na pożegnalnej gali zorganizowanej po powrocie z Mundialu, na stadionie wypełnionym po brzegi Gheorghe Hagi, łamiącym się głosem, ze łzami w oczach pożegnał się z rumuńskimi kibicami, dla których tak przepięknie grał przez wszystkie te lata.

Rozbrat z reprezentacyjną koszulką potrwa na szczęście niecałe dwanaście miesięcy i w czerwcu 1999 roku Hagi daje się ubłagać narodowi, by wspomóc kadrę w jej wielkiej potrzebie. Podczas meczu z Węgrami kibice owacją bliską euforii witają niemal każde dojście swego idola do piłki. Gica, jak za dawnych czasów, nie zawodzi, prowadząc Rumunów do pewnego zwycięstwa 2:0. W dwóch następnych, ważnych eliminacyjnych potyczkach ze Słowacją oraz Portugalią Hagi strzela po golu i powoli może zacząć przygotowywać się do swojej kolejnej, szóstej już wielkiej mistrzowskiej imprezy.

Turniej Euro 2000 podopieczni Ieneia rozpoczynają od remisu z Niemcami 1:1. Pechowa porażka z Portugalczykami 0:1 po stracie bramki w ostatniej minucie meczu stawia Rumunów pod ścianą. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że kapitan zespołu – Hagi nie będzie mógł zagrać w decydującej o wszystkim batalii z Anglikami, którą trzeba wygrać. Pojedynek w Charleroi zapamiętam na zawsze jako jedno z najbardziej emocjonujących spotkań jakie kiedykolwiek dane mi było na Mistrzostwach Europy oglądać. Choć pozbawieni swego największego atutu w postaci Hagiego, którego godnie próbował zastąpić, znakomicie owego dnia dysponowany, Dorin Munteanu, Rumuni wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Napierali na Anglików przez niemal całe spotkanie i wreszcie w końcówce meczu udało im się przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Wygrywając po fantastycznej walce 3:2, koledzy Hagiego nie tylko wywalczyli dla Rumunii pierwszy w historii awans do ćwierćfinału ME, ale sprawili też wspaniały prezent samemu Gicy, który dzięki temu otrzymał jeszcze jedną szansę na grę dla swych kibiców i pożegnanie z reprezentacją bardziej efektowne niż grupowa porażka z Portugalią.

Trudno jednoznacznie zawyrokować czy owo pożegnanie podczas meczu z Włochami wypadło okazalej. Na pewno dramatyczniej. Hagi poza świeżo ogoloną głową zaprezentował też kawał dobrego futbolu. Miał nawet niesamowitą szansę, by strzelić piękną bramkę, lecz piłka posłana przez niego lobem zatrzymała się na słupku bramki strzeżonej przez Francesco Toldo. A potem już w roli wodzireja na ostatnim wielkim balu „Maradony Karpat” postanowił wystąpić portugalski arbiter Melo Pereira. Najpierw jak najbardziej słusznie obdarował Gicę żółtą kartką za brutalny faul na Antonio Conte. Niedługo potem jednak dał się nabrać jak dzieciak i za cwaniackie zagranie Zambrotty, który przewrócił Hagiego w polu karnym żółtą kartką ukarał… tego ostatniego, zarzucając mu chęć wymuszenia jedenastki. Hagi opuszczając w 60 minucie murawę uśmiechał się z niedowierzaniem. Uśmiechał się przez łzy. Zepsuto mu prawdziwe święto. Rumuni byli tego dnia zespołem słabszym i przegrali zasłużenie (0:2), ale Gheorghe tym wszystkim, co zrobił dla światowej piłki zasłużył sobie na dalece godniejszy moment opuszczenia boiska po swym ostatnim reprezentacyjnym boju niż ten, który mu zafundował swą przedziwną decyzją Melo Pereira. 24 czerwca 2000 roku na stadionie w Brukseli porywająco piękna, siedemnastoletnia przygoda Gheorghe Hagiego z narodowym zespołem Rumunii, w którym przez niemal dekadę pełnił rolę kapitana, dobiegła kresu.

hagi00

Za to w Turcji Gica wciąż przeżywa swą drugą młodość. Aż czterokrotnie zdobywa z Galatą mistrzostwo kraju. W roku 2000 doprowadza swój zespół do niebywałego sukcesu – zdobycia Pucharu UEFA. W drodze do finału Turcy pokonują m.in. Bolognę, Borussię Dortmund (gol Hagiego), Mallorcę czy angielskie Leeds (trafienie Hagiego). Ostatnią zaporą jest Arsenal Londyn. W kopenhaskim finale szczęśliwe dla Galaty rozstrzygnięcie przynoszą dopiero rzuty karne. Hagi wyrzucony z boiska na samym początku dogrywki jedenastek już nie doczeka. Jednak jego wkład w sensacyjne zdobycie cennego trofeum jest przeogromny.

W sierpniu 2000 roku Gica poprowadzi zespół ze Stambułu do kolejnego niezwykle prestiżowego sukcesu. Galatasaray w potyczce o Superpuchar Europy pokonuje po dogrywce wielki Real Madryt 2:1. 35-letni Rumun zdając sobie chyba sprawę, że to już jedna z ostatnich okazji na pokazanie swego geniuszu w naprawdę wielkim meczu, niestrudzenie sypie tego dnia błyskotliwymi zagraniami.

Swój ostatni sezon w karierze Hagi uwieńczy jeszcze doprowadzeniem Galaty do ćwierćfinału Ligi Mistrzów oraz wicemistrzostwem Turcji. Gica czuł się w Stambule naprawdę znakomicie. Rozkochani w nim do szaleństwa fani tego zespołu nosili swego idola na rękach. Okazało się, że to właśnie Galatasaray jest klubem, w którym Rumun spędził najwięcej czasu. Dla Turków bowiem grał Hagi aż przez 5 sezonów (w 132 meczach strzelił 59 bramek) stając się żywą legendą i najwspanialszym graczem w historii Galaty. Tam odniósł też największe sukcesy na niwie klubowej, sięgając po dwa bezcenne europejskie trofea.

https://youtube.com/watch?v=NvRIymOJALg

Hagi w trakcie swej ligowej kariery na boiskach Rumunii, Hiszpanii, Włoch i Turcji rozegrał 513 meczów strzelając w nich aż 237 bramek. Dwukrotnie zdobywał klubowy Superpuchar Europy. Wywalczył też Puchar UEFA. W rozgrywkach europejskich pucharów zdobył 28 goli. Siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo kraju (4x Turcja i 3xRumunia). Trzykrotnie brał udział w piłkarskich Mistrzostwach Świata. Trzykrotnie zagrał również na turniejach Mistrzostw Europy. Dla reprezentacji Rumunii przez 17 lat rozegrał 125 meczów i strzelił w nich 35 bramek. Został uznany najlepszym piłkarzem wszechczasów w Rumunii oraz jednym ze stu najlepszych piłkarzy XX wieku na świecie. Wielokrotnie wybierano go rumuńskim piłkarzem roku.

Gheorghe Hagi był piłkarzem fenomenalnym. Zawodnikiem, który dzięki swemu futbolowemu geniuszowi z przeciętnej drużyny potrafił uczynić zespół walczący o najwyższe laury. To nie przypadek, że Rumuni, których „Maradona Karpat” aż sześciokrotnie zaciągnął na największe piłkarskie imprezy, po zakończeniu przez niego kariery bardzo długo nie potrafili wywalczyć awansu na turniej mistrzowski (udało im się to dopiero na Euro 2008). To nie przypadek, że Galatasaray Stambuł z Gicą na pokładzie zawitał nagle w szeregi ścisłej czołówki europejskich drużyn klubowych, sięgając po Puchar UEFA i Superpuchar Europy.

Piłkarz taki jak Hagi rodzi się raz na dziesiątki lat. Patrząc na jego bajeczną, przesyconą artyzmem grę trudno dziwić się uwielbieniu, jakie otaczało go w ojczystej Rumunii czy też w Turcji. Niezwykłość Hagiego polegała na tym, że o swym futbolowym geniuszu przekonywał niemal każdym kolejnym meczem, każdym zagraniem. Nigdy nie bał się brania na siebie odpowiedzialności za podejmowanie najbardziej nawet ryzykownych, nieprzewidywalnych rozwiązań na boisku. To znamionowało jego wielkość. Ale też dzieki temu, spośród ponad 300 bramek jakie zdobył podczas swej kariery, większość była unikalnej urody. Pokażcie mi drugiego takiego piłkarza na świecie, który strzelił tak ogromną liczbę tak niesamowitych goli. Bramek z połowy boiska, z 40, 30 metrów Hagi posiada w swej kolekcji dziesiątki! Właściwie zaryzykowałbym tezę, iż Rumun bardzo rzadko strzelał bramki przeciętne (pomijając oczywiście te, które uzyskał z rzutów karnych, których był niezawodnym egzekutorem).

Pochylając się raz jeszcze nad niezwykłą postacią oraz karierą rumuńskiego króla futbolu, przeglądając po raz kolejny te wspaniałe karty jakie zapisał swą grą w księdze dziejów światowej piłki, mam nieodparte wrażenie, że choć ani ze mnie Rumun, ani Turek, za te chwile najpiękniejszych sportowych przeżyć, którymi przez lata Gheorghe Hagi tak hojnie obdarowywał, jak każdy zresztą prawdziwy kibic mam obowiązek i niekłamaną wolę by mu powiedzieć – dziękuję!

R.

***

Z komentarzy na numer10.blox.pl

airborell
2009/02/10 13:56:42

Problemem Rumunów na tych MŚ była chimeryczność i jednak ogromne uzależnienie, jeśli idzie o grę w ataku, od duetu Hagi-Raducioiu (chociaż w 1/8 Florina godnie zastąpił Dumitrescu). Szwedów na pewno nie zlekceważyli od początku meczu, to była po prostu świetna drużyna. Ale, w dogrywce, prowadząc 2:1 i grając przeciwko dziesiątce rywali… Nie potrafię tego odżałować. Jeśli ktoś miał pokonać Brazylię na tych MŚ, to właśnie Rumunia.

BTW, Szwajcaria nie była bynajmniej przeciętna, a na tamtych MŚ miała kilka bardzo ciekawych indywidualności. No i mecz z Rumunią im wyszedł wyjątkowo.

kalekowspolecznychtrzech
2009/02/13 18:41:27
Normalnie nie wiem co powiedzieć. Hagi był jednym z moich ulubionych piłkarzy i na zawsze zapamiętam tego gola przeciwko Kolumbii z WC 94. Co do jego pobytu w Galacie, to wbrew pozorom tam była wtedy naprawdę solidna paka do grania. W bramce mieli przecież Taffarela, dzielnie Hagiemu sekundował wiecznie niedoceniany Popescu, wreszcie w ataku brylował Hakan Sukur w swojej najlepszej formie (potem chyba odszedł, a na jego miejsce przyszedł Mario Jardel z Porto, ale mogły mi się okresy pomylić). Trzeba jednak przyznać, że wszyscy oni byli tylko dzielnymi adiutantami generała Hagiego.
Pozdrawiam
Aryjczyk from Kaleków Społecznych Trzech

Polsko-litewskie wstydliwe widzenia

Nasze dotychczasowe potyczki z Litwinami zawsze odbywały sie na stopie towarzyskiej. Mimo że mamy do siebie rzut kamieniem, potykaliśmy się na razie raptem sześciokrotnie, z czego – ani razu na terenie rywali! Może są jakieś powody, dla których Litiwni boją się nas zaprosić do siebie? Spotkania toczyły się więc na naszym terenie albo gdzieś na odległych zgrupowaniach, w ciszy i spokoju. Dodatkowym smaczkiem zwykle jest fakt, że w reprezentacji naszych sąsiadów występował zwykle jakiś aktualny (albo przyszły) zawodnik polskiej ligi.

1/ 31.03.1993, Brzeszcze, Polska – Litwa 1:1 (Świerczewski)

Matysek – Wałdoch, Fedoruk, Jałocha – Świerczewski P., Brzęczek, Śliwowski, Staniek, Grzesik – Warzycha K., Furtok. Rezerwowi: Kłak, Bednarz, Gęsior, Maciejewski

Historyczna premierowa potyczka z sąsiadami. Do tego rozegrana w… 11-tysięcznej miejscowości Brzeszcze! Jako, że na meczu stawiło się 7 tysięcy kibiców, to znaczy, że na żywo mecz oglądało niemal 2/3 mieszkańców tego małopolskiego miasteczka. Wow! Żeby było jeszcze bardziej cyrkowo to sędzią był Polak – Piotr Werner.

W Litwie m.in. Tereskinas.

2/ 15.03.1995, Ostrowiec Świętokrzyski, Polska – Litwa 4:1 (Czereszewski, Wałdoch, Wieszczycki, Jaskulski)

Woźniak, Wałdoch, Jaskulski (83 Wojtala), M. Świerczewski, P. Świerczewski (67 Bukalski), Koźmiński, P. Nowak, Czereszewski, Wieszczycki (71 Dembiński), Juskowiak, Kosecki.

W Litwie m.in: Tereskinas, Vencevicius

Kadra pod wodzą Apostela spotkała się w Ostrowcu z sąsiadami i po raz pierwszy wygrali. Jak sobie przypominam to spotkanie, to jedyne co mnie frapuje to postać Jaskulskiego. Chyba musze tu niedługo wrzucić dwa słówka o jego karierze:)

Poza tym nowa świecka tradycja – rozpoczęcie spotkania o… 15.15:)

3/ 14.02.1997, Ayia Napa (Cypr), Litwa – Polska 0:0

Szamotulski – Hajto, Ledwoń, Kryger, Skrzypek, Jegor – Wojciechowski, Sokołowski, Rzeźniczek – Kucharski, Paluch. Rezerwowi: Berensztajn, Majak, Kałużny

Mecz widmo. Przez długi czas nie było wiadomo, czy traktować go jako oficjalne spotkanie. Kadra Piechniczka podczas zgrupowania na Cyprze zagrał w mini-turnieju, wraz z reprezentacją gospodarzy, Łotyszów oraz Litwinów właśnie. Tych ostatnich reprezentowali głównie (wyłącznie?) piłkarze FBK Kowno. I tradycyjnie już – start meczu: 15:15.

4/ 24.09.1997, Olsztyn, Polska – Litwa 2:0 (Kucharsk, Kowalczyk)

Kłak (46 Onyszko), Zieliński, Łapiński, J. Bąk (52 Czereszewski), Ledwoń (46 Gęsior), T. Iwan, Brzęczek, Majak (46 M. Zając), Koźmiński, W. Kowalczyk (70 S. Wojciechowski), Kucharski.

W Litwie m.in. Skinderis, Tereskinas, D. Żutautas, Vencevicius, Suliauskas, Preiksaitis, Mikulenas

Drugi mecz Polski pod skrzydłami Janusza Wójcika. Jak to ładnie określi komentator spotkania – „kadra uczy się na nowo wygrywać”. Tym stwierdzenim można zamknąć relację z tego meczu. Na postawę Litwinów mógł mieć wpływ fakt, że siódemka z nich miała związki lub je planowała z polską ekstraklasą:)

5/ 14.12.2003, Rabat (Malta), Litwa – Polska 1:3 (Rasiak, Mila, Jeleń)

Szamotulski – Kowalczyk J., Głowacki, Adamski, Wasilewski – Rachwał, Radzewicz, Piechniak, Mila – Sikora, Rasiak. Rezerwowi: Kuszczak, Bieniuk, Baszczyński, Stasiak, Burkhardt, Surma, Madej, Jeleń, Niedzielan

W Litwie m.in. Alunderis, Żvirgżdauskas, Gedgaudas.

Kilka dni po wakacyjnym meczu z Maltą (4:0) kadra spotkała się na wakacyjnym meczu z Litwą. Dla wielu zawodników był to jednak ostatni kontakt z reprezentacją – Madej, Sikora, Radzewicz, Surma, Szamotulski już nigdy nie założyli koszulki z Orzełkiem.

6/ 2.05.2006, Bełchatów, Polska – Litwa 0:1

Dudek – Lewandowski, Jop, Kuś, Gancarczyk – Bonin, Kosowski, Szymkowiak, Mila, Frankowski, Sosin. Rezerwowi: Fabiański, Bosacki, Baszczyński, Sobolewski, Rasiak

W Litwie m.in: Żutautas D., Preksaitis, Gedgaudas. Ten ostatni, były gracz Widzewa, zdobył jedyną bramkę spotkania.

Litwini zepsuli weekend majowy myślącym już o Mundialu reprezentanton Polski. Mecz miałki jak kolejne odcinki „Złotopolskich”. W ataku hasali walczący o bilet do Niemiec Sosin i nieświadomy jeszcze braku tego biletu Frankowski. Debiut Bonina i blok obronny w zestawieniu, które przyprawia o ciarki na plecach.

Podsumowania, przemyślenia, wolne wnioski:

– wstydzimy się meczów z Litwą, więc gramy je byle gdzie, a najlepiej gdzieś gdzie nikt nie patrzy

– Litwini wstydzą się meczów z Polską, więc nie grają ich u siebie

– jest się czego wstydzić, bo zazwyczaj mecze są przenudne

– dzisiejsza potyczka skończy się prawdopodobnie remisem albo naszym jednobramkowym zwycięstwem

P.

Zimowe pieszczoty kadry

Za Wójcika ten zwyczaj jeszcze nie obowiązywał. Z zabójczą regularnością funkcjonuje w zasadzie dopiero od kilku lat. Swoiste supporty reprezentacyjnych spotkań w terminie "FIFA", bo o nich mowa, są zjawiskiem jeszcze ciekawszym niż opisywane grudniowe pierniki.

Miejsce akcji: europejski ciepły kraj (Cypr, Hiszpania, Malta).

Czas akcji: luty.

Rozwój akcji: Najpierw zbiera się drugi garnitur kadry, żeby zagrać mecz z jakąś reprezentacją drugiego (trzeciego) sortu. Młodzi mają się "otrzeć" o dużą piłkę, pobyć z selekcjonerem, natrzeć się jego aurą. W sumie chyba tylko o to chodzi. Po tym wydarzeniu 90% zawodników pakuje walizki i leci do domu a pozostałych kilku szczęśliwców oczekuje na przylot "prawdziwej kadry". Gdy zagraniczne gwiazdy dotaszczą się już na miejsce zbiórki, trenują wszyscy kilka dni razem, po czym grają mecz w terminie FIFA (wow!). Wtedy jest już wszystko to co trzeba dla meczu międzypaństwowego – kamery, chłopcy od podawania piłek i skróty na Eurosporcie.

Oto przegląd zimowych-dubletowych podrygów kadry w ostatnich latach:

2002

10.02.2002, Polska – Wyspy Owcze 2:1 (Żurawski 2)

Wierzchowski – Lewandowski M., Zieliński, Stolarczyk, Głowacki, Ciesielski – Piekarski, Kosowski, Kaczorowski – Moskała, Żurawski. Rezerwowi: Kowalewski, Bosacki, Murawski M., Drumlak, Sibik, Kiełbowicz, Rasiak

Przygotowujący się do MŚ 2002 Jerzy Engel postanowił zorganizować przegląd kadr. Zwiózł na Cypr aż 16 zawodników z polskiej ligi, w tym 9 debiutantów. Zagrało kilka oryginałów, ale jak się później okazało – nie od parady. Przed ostatecznymi powołaniami na Mundial ówczesny trener powiedział, że nie powoła nikogo, kto jeszcze u niego nie grał. Nikomu chyba wtedy nie przyszło do głowy, że myślał o Sibiku. Zabawną pamiątką po tym spotkaniu jest też unikatowe zdjęcie Mariusza Piekarskiego w koszulce reprezentacji.

Potem mecz z Irlandią Północną 4:1

2003

14.02.2003, Polska – Macedonia 3:0 (Niedzielan, Rasiak, Lasocki)

Szamotulski – Sznaucner, Zieliński, Bieniuk, Wasilewski, Lasocki – Majewski A., Kaczorowski, Dawidowski – Niedzielan, Rasiak. Rezerwowi: Liberda, Kowalczyk J., Stasiak, Burkhardt, Mila, Mazurkiewicz, Madej

Wyjątkowo przystawki grały swoje spotkanie po meczu pierwszej ekipy, przedtem mecz z Chorwacją (0:0). Po bezbramkowym debiucie Janas postanowił wpuścić trochę świeżej krwi do kadry i w meczu z Macedonią dał się wyszaleć połowie ówczesnej reprezentacji młodzieżowej. Efekt – aż 10 debiutantów! Niestety dla większości z nich, ten epizod to wciąż szczytowe osiągnięcie w karierze. Błysnął Niedzielan, błysnął Rasiak, wydawało się, że długo jeszcze razem zabawią w reprezentacji. Ech. Żeby było romantyczniej, mecz rozgrywany był w walentynki.

2004

21.02.2004, Polska – Wyspy Owcze 6:0 (Kryszałowicz 4, Kłos, Kukiełka)

Nalepa – Kłos, Bieniuk, Baszczyński, Wasilewski – Burkhardt, Kukiełka, Zieńczuk, Gorawski – Kryszałowicz, Żurawski. Rezerwowi: Kowalewski, Kowalczyk J., Nowacki, Jeleń

Tutaj też zastosowano wariant "przed" – kika dni wcześniej pierwszy garnitur potykał się ze Słowenią (2:0). Potyczka z Farerami była wprost przepiknikowa – rywalom praktycznie nie chciało się nawet biegać. Z okazji skorzystał więc Kryszałowicz, czterokrotnie trafiając do siatki. Zainteresowanie spotkaniem ze strony kibiców również jest wykładnikiem tej potyczki – było ich mniej niż stu.

2005

W tym roku odbyło się długie zgrupowanie podczas którego piłkarze zamiast ze słabeuszami potykali się z fotografami podczas sesji dla Tepsy. Potem jeden mecz "na całego" z Białorusią (1:3) we Wronkach.

2006

Zimowe zbrojenie na Mundial w Niemczech też przewidywało tylko jedną potyczkę – śnieżne 0:1 z USA w Kaiserslautern.

2007

3.02.2007, Polska – Estonia 4:0 (Dudka, Kokoszka, Iwański, Golański)

Fabiański – Kokoszka, Dudka, Bronowicki, Golański, Wawrzyniak – Murawski R., Garguła, Łobodziński, Sobolewski – Matusiak. Rezerwowi: Pawełek, Iwański, Piechniak, Piszczek, Grzelak B.

Świetny mecz Garguły, który jakoś tam był zamieszany we wszystki bramki. Poza tym… Pawełek i Piechniak. Cóż, każdy ma prawo w swoim życiu błądzić, ale Leo – why oni? Zwarcia z Estonią są jak poniedziałki w pracy – jeśli już muszą być, to niech szybko przelecą. Frekwencja – 50 kibiców… Potem mecz ze Słowacją (2:2).

2008

2.02.2008, Finlandia – Polska 0:1 (Kokoszka)

Przyrowski – Wawrzyniak, Lisowski, Kokoszka, Kuś -Goliński, Garguła, Pazdan, Zieńczuk, Łobodziński – Brożek Paweł. Rezerwowi: Murawski R., Brożek Piotr, Majewski R., Zahorski, Nowak D., Grosicki

Mecz w zasadzie bez historii. Warto o nim pamiętać jedynie z racji… Nie, w sumie nie wiem, po można by o nim pamiętać.

Wnioski? Fajnie sobie pojechać zimą do ciepłych krajów.

P.