Piłkarskie z Chorwatami potyczki

Każda okazja jest dobra, by powspominać. W półfinale w ręczną gramy z Chorwacją, więc przypomnijmy potyczki, ale futbolowe.

1. Hajduk leje Legię

Jak na ówczesne czasy wylosowanie rywala ze Splitu faktycznie nie było najszczęśliwsze, ale w Warszawie i tak wszyscy myśleli, że Legia (jeszcze z Kowalczykiem) jako pierwszy polski klub awansuje do Ligi Mistrzów. Awansowała, ale rok później – w sierpniu 1994 roku legioniści nie mieli w konfrontacjach z Chorwatami najmniejszych szans. Na Łazienkowskiej było 0:1

a rewanż w Splicie to już miazga po całości (4:0). W Lidze Misiów Hajduk odpadł w ćwierćfinale z późniejszym triumfatorem – Ajaxem. W tamtej drużynie brylowali Milan Rapaić, Alosa Asanović (i z tego co wygrzebałem – Igorowie Tudor i Stimac).

2. Wisła pomściła Legię

W 2001 roku na Hajduka trafiła Wisła. W Splicie po emocjonującym meczu zremisowała 2:2, w rewanżu gola na wagę awansu strzelił

3. Reprezentacji z Chorwacją porażki, jeden remis i jedno niebieskie zwycięstwo (brak filmiku z porażki 1:4 Wójcika)

Jeden z nielicznych meczów Władysława Stachurskiego jako selekcjonera. Bardzo silna Chorwacja, dziwna bramka Bałuszyńskiego i wprawki Citki.

Debiut Janasa nie był szałowy, z boiska wiało nudą co potęgowały puste trybuny. Gdyby Olisadebe wykorzystał jedną z wielu sytuacji moglibyśmy chodzić pyszni. Warto zwrócić uwagę na Tomasza Dawidowskiego biegającego po boisku. Tak – on kiedyś biegał. Dziś to wydaje się równie nieprawdopodobne jak mięso na kartki. A może nawet bardziej.

Ostatni mecz kadry Janosika przed Mundialem w Niemczech. Dobre zlego początki. Konforntacja z Chorwatami była taka sobie, dużo walki w środku pola, ale w piłce jak na rybach – liczy się to co w siatce. Po bramce Smolarka wszyscy chodzili tacy barczyści i nikomu nawet do głowy nie przyszło, że można dostać lanie od Ekwadorczyków. Do dziś na samo wspomnienie tamtego czerwcowego wieczoru ściska mnie w dołku.

Tę historię wszyscy znamy. Ostatni mecz na EURO. Smutny mecz, smutne chwile. Słabo, bez wyrazu, miałko. Szkoda.

B.& P.

Nie-pierwszy raz Boruca

Wszyscy byliśmy pod wrażeniem precyzji z jaką Artur Boruc wykonał rzut karny w potyczce z Dundee.

Przy okazji tych wszystkich „ochów i achów”, warto pamiętać, że to nie pierwszy raz, kiedy pomysłowy golkiper karci swego kolegą po fachu z przeciwnej drużyny. Podobna bowiem sytuacji i to na dodatek w meczu ligowym miała bowiem miejsce niecałe pięć lat temu. Wtedy to Legia pokonała na Łazienkowskiej dołujący Widzew, a jedną z bramek zdobył właśnie Boruc.

(i z innej kamery)

Choć nie mam pewności, to wydaje mi się tym samym, że Boruc jest pierwszym i jedynym zarazem bramkarzem w historii naszej ligi, który trafił do siatki na jej najwyższym poziomie (w niższych ligach trafiał choćby Peskovic). Proszę mnie poprawić jeśli się mylę.

P.

Engelowe śliwki robaczywki

Choć premierowa potyczka Jerzego Engela w roli selekcjonera była naprawdę mierna (podobnie zresztą jak kilka kolejnych, no może z wyjątkiem Francji), warto jednak o niej wspomnieć. Było, nie było, właśnie ta ekipa, choć w mocno podliftowanym składzie wywalczyła pierwszy po 16 latach awans do Mistrzostw Świata.

Pobieżny rzut oka na skład z hiszpańskiej batalii pozwala podzielić Orły na dwa obozy. Pierwszy to „finiszujący i niewypały”, słowem zawodnicy, którzy zagrali w premierze i było to ich ostatnie lub jedno z ostatnich spotkań w kadrze. W tej grupie znajdują się Majak, Michalski, Czerwiec, Kaliszan, Bizacki, również Marek Zając. Resztę stanowili piłkarze, z usług których Engel z większą czy mniejszą częstotliwością korzystał do końca swych rządów.

Co warto zapamiętać z samego spotkania? Mnie w pamięć wyryły się dwie rzeczy. Fatalny kiks Krzynówka przy pierwszej bramce zdobytej przez Raula oraz świetny debiut w kadrze Majdana. Resztę (czyli grę biało-czerwonych) niech spowije mgiełka zapomnienia…

26.01.2000 HISZPANIA – POLSKA 3:0 (1:0)

Majdan Radosław – Żewłakow Michał, Zieliński Jacek, Zając Marek (do 61) – Michalski Radosław, Majak Sławomir, Iwan Tomasz, Krzynówek Jacek (do 67), Czerwiec Ryszard (do 85) – Gilewicz Radosław (do 74), Kryszałowicz Paweł (do 53)

Zmiany: Kaliszan Arkadiusz (od 61), Kaczorowski Paweł (od 67), Baszczyński Marcin (od 85), Żurawski Maciej (od 53), Bizacki Krzysztof (od 74)

P.

Gu

Dziś okrągłe, 22. urodziny obchodzi były bramkarz brazylijskiej Pogoni – Gu. Alison dos Santos Cazumba Gu. Gu to przydomek, cóż, jedni Brazylijczycy biorą sobie Ronaldo, inni Ronaldinho, a nasz Alison wziął sobie Gu. Gu – czaicie? :) Może to na cześć Gu Chenga, chińskiego poety. Może, ale mam nadzieję, że nie, bo ów Chińczyk zaatakował swoją żonę siekierę, a następnie się powiesił… W każdym razie, ksywka Gu to już wystarczający powód, by o nim wspomnieć. Ale nie jest to powód jedyny. Gu jest idealnym przykładem doskonałego skautingu Dawida Ptaka. I doskonałości tamtego eksperymentu z Pogonią. Owa doskonałość przypomniała mi się już wczoraj, przy okazji czytania w Magazynie Sportowym wywiadu z Markiem Kolbowiczem, który poza tym, że z zawodu jest złotym medalistą olimpijskim :) to wykłada też w Instytucie Kultury Fizycznej Uniwersytetu Szczecińskiego. Tak wspomina zetknięcie z tamtą Pogonią:

Brazylia, kurczę, z plaży Copacabana ściągana. Szczecinianie wzięci z ulicy mieliby lepsze wyniki badań. Kiedy zobaczyliśmy tych gości, od razu wiedzieliśmy, że ta zgraja nie utrzyma się w lidze. Żaden z nich nie był w stanie biegać przez kilkadziesiąt minut. Prezes Ptak zrobił wyjątkowo kiepski interes.

Gu na tle kolegów wyróżniał się nie tylko krótką ksywką i pomarańczowym wdziankiem, rodem z robót drogowych.

Gu (mogę pisać tę ksywkę bez końca ;) dał się zapamiętać z jedynego swojego meczu w polskiej ekstraklasie. Pogoń jechała do Warszawy na mecz z Legią, nie czarujmy się, na pożarcie. Skończyło się na 3:1, a Gu obronił karnego!

Co prawda jego wysiłek zepsuli parodiujący obrońców kopacze Pogoni, ale jeden mecz i jeden obroniony karny, to statystyka naprawdę niezła. W końcu nie bez kozery Radosław Majdan oceniał Gu przed sezonem (bramkarze.pl):

Jest bardzo ciekawym zawodnikiem, ma bardzo dobry warsztat. Do tego bardzo dobrze się dogadujemy, wspólnie trenujemy w trojkę, z Tomkiem Judkowiakiem i Gu. Mamy bardzo dobrą atmosferę, a to jest ważne.

Bardzo dobry warsztat, powiadacie, piękny kawalerze :) A jak w ogóle doszło do tego występu Gu? Wspomina trener Bogusław Baniak (dla Futbol.pl):

Siedzę wtedy z Radkiem [Majdanem] w szatni, a on [prezes Jan Miedziak] wchodzi i każe mi tego Gu wstawić do bramki. A ten młody bramkarz, mówi, że on dopiero co przestał marynarki sprzedawać na rynku w Brazylii. Banda wariatów…

Taka to była ta brazylijska Pogoń. Ale Gu po tamtym meczu spotkały zasłużone honory. I na zawsze zostanie w naszych sercach ;)

Aha, oczywiście nie przypominam sobie innego piłkarza w Polsce noszącego na koszulce zaledwie dwie literki. Na świecie to owszem, biegali po boisku Ibrahim Ba czy inny Shoji Jo, ale nad Wisłą to chyba nie.

B.

PS Jak stwierdzono przy okazji Lata z Radiem w 2000 roku (jednak na coś się przydaje!):

Najkrótsze nazwisko ma WIOLETTA AK ze Szczecina. Pierwsza w alfabecie jest AGNIESZKA AAB z Jarosławia, ostatni w alfabecie to ŻELISŁAW ŻYŻYŃSKI (to nazwisko akurat kibicom jest znajome). Najdłuższe nazwisko ma JADWIGA ACHMISTROWICZ-WACHMISTROWICZ z Warszawy.

PS 2 Ale by było, gdyby w Szczecinie nasz Gu spiknął się z panną Ak :)

PS 3 Muzyczne wyrazy uwielbienia dla Gu (tu też po hiszpańsku!)

 

 

Benek i Pepe – bliscy nieznajomi. Tragiczne losy śp. Noconia i śp. Piotrowskiego.

Są zdarzenia, w kontakcie z którymi człowiek zastanawia się czy przypadkiem nie obcuje z jakimś dziwnym rechotem Losu. Dziś, a więc 19 stycznia urodziny obchodziliby dwaj piłkarze – Benedykt Nocoń (35) i Paweł Piotrowski (34). Obchodziliby, gdyby przedwcześnie nie zakończyli swojej ziemskiej wędrówki.

Nocoń, popularnie nazywany Benkiem, był obrońca repezentującym w Ekstraklasie barwy KSZO, Lecha Poznań i Dyskobolii (przy czym te dwa ostatnie kluby pozostawały wtedy w specyficznej – powiedzmy narzeczeńskiej – relacji). Zawodnik może bez większej finezji, ale bardzo solidny i obdarzony świetnymi warunkami fizycznymi, przez co bardzo przydatny przy stałych fragementach gry. Gdy w 1999 roku wykryto u niego raka jąder wydawało się, że to już koniec kariery tego zawodnika. On jednak nie dał za wygraną i po rocznym leczeniu wrócił na boisko w barwach Dyskobolii. Zdażył wystąpić w niej jeszcze 13 razy i jednokrotnie trafić do siatki, kiedy nowotwór znów zaatakował. 17 listopada 2001 roku Benek zagrał swój ostatni mecz (przegrany 1-2 z Zagłębiem Lubin). Potem rywalizował już tylko z chorobą. Choć walka z góry była nierówna, to waleczny zawodnik długo nie dawał za wygraną. Zmarł 18 lipca 2002 roku. Zarówno w Ostrowcu jak i Grodzisku cały czas się o nim pamięta – organizowane są turnieje i imprezy ku pamięci Benka.

Kiedy myślę o Pawle Piotrowskim, to nie mogę opędzić się od myśli, że ciążyło nad nim jakieś pozarozumowe fatum, rzucające mu kłody pod nogi zawsze wtedy, gdy już wydawało się, że jego życiowe sprawy wracją na właściwy tor.

Mój Boże, jakże on nie miał szczęścia w swojej karierze. Jako 21-letni chłopak debiutował w 1996 roku w dość silnym lubińskim Zagłębiu. Z miejsca zdobył pewne miejsce w pierwszej jedenastce i to na newralgicznej pozycji środkowego pomocnika. Kolejne dwa sezony to już koncertowa gra młodego rozgrywającego. Mimo kiepskiej postawy reszty zespołu  (13. i 8. miejsce w tabeli na koniec rozgrywek) Piotrowski jest zewsząd chwalony. Mądrze kieruje grą Miedziowych, potrafi również niebanalnie uderzyć – Canal + wręczyło mu Oscara za najpiękniejszą bramkę sezonu 1998/1999. Jak wspominał po latach Andrzej Niedzielan, PP to nie był talent, tylko mega talent – gdy mu się chciało (ponoć był straszny boiskowym leniem), to potrafił wszystko. Niektórzy zaczęli nawet przebąkiwać o nowym Deynie. Wtedy Pech chciał, że w jednej z ostatnich kolejek sezonu, w meczu z GKS-em Katowice Piotrowski łapie kontuzje. Diagnoza – niemal pół roku przerwy. Po upływie tego czasu Paweł wraca na boisko. W sezonie 1999/2000 zdążył jeszcze zagrać w 4 meczach (ostatni 5.11.1999), gdy znów trafia sie paskudny uraz. Tym razem opinie lekarzy są jak wyrok – 1,5 roku rehabilitacji. PP podaje się długotrwałemu leczeniu, przy okazji jednak angażując się w pomoc jednemu z domów dziecka. W żmudnej i wyczerpującej walce o powrót na boisko zawodnik Zagłębia w końcu zwycięża. W kwietniu 2001 wraca na zieloną murawę i biega po niej (z przerwami na drobne urazy – sic!) do końca kolejnego sezonu (2001/2002). W międzyczasie zatracił nieco swojej finezji, troszkę przeglądu pola, więc na przerwę w rozgrywkach czekał jak na wybawienie. Kolejnego sezonu już jednak się nie doczekał.

23 lipca 2002 roku, kierowany przez Piotrowskiego samochód zderzył się niedaleko Nowej Soli z innym pojazdem. W wypadku zginął piłkarz, jego żona oraz dwójka jego – bodajże – siostrzeńców. 

Dom Dziecka w Kożuchowie, który piłkarz wspierał, co roku organizuje Memoriał Pawła Piotrowskiego.

Nigdy nie spotkali się w żadnym klubie, choć kilkukrotnie przeciwko sobie występowali na boisku. Mimo to ich losy splata jakieś ponure fatum, sprawiające, że pewne wydarzenia dotykały ich niemal w tym samym czasie. Obydwaj urodzeni 19 stycznia, najpoważniejsze problemy zdrowotne przechodzili równolegle (1999/2000), wreszcie śmierć także zabrała ich w odstępie ledwo kilku dni. Może teraz mają ze sobą jakiś kontakt.

P.

Ruch Chorzów i ŁKS Łódź, czyli kontraktowe obyczaje dzikich

Futbol to biznes – ta sentencja, kiedyś nieco wstydliwa (przecież piłka to miłość, emocje, przywiązanie), dziś z dumą noszona na czołach klubowcyh włodarzy, w ostatnich dniach przybiera formę karykaturalną.

Spójrzmy za co w polskim futbolu NIE MOŻNA stracić pracy:

– kupczenie meczami – Ujek, Drzymont

– jazda po pijanemu – Janusz W.

– noszenia rasistowskich koszulek – Mysona

– podżeganie do wulgarnych okrzyków pod adresem drużyny przeciwnika – Małecki, Jirsak, Cleber…

Za co natomiast MOŻNA stracić pracę?

Otóż można ją stracić za słowa: „Zaległości robią się coraz większe. Nie mam osiemnastu lat. Trochę w piłce przeżyłem. Za wykonaną pracę należą się pieniądze. I to nie tylko nam, ale również sprzątaczkom czy księgowości. Każdemu pracownikowi klubu, niezależnie czy zarabia tysiąc, czy 20 tysięcy złotych. Kiedy pensji się nie otrzymuje, to powstaje w człowieku zadra” (cyt za SportSlaski.pl). Po wypowiedzeniu tej kwestii personą non grata w Ruchu Chorzów został Maciej Scherfchen. Mariusz Klimek nagle uznał, że nie stać go na takiego zawodnika i że chce z nim rozwiązać kontrakt. Warto zwrócić uwagę, że jest to właśnie Mariusz Klimek – wycmokiwany na każdym kroku właściciel Ruchu, oklaskiwany z racji zachodnich standardów zarządzania klubem i ogólnie guru znacznej części polskich dziennikarzy. W tej całej lawinie komplementów zastanawiam się, czy pieniądze nie przesłoniły szanownemu Panu K. tej „eRki” o którą właśnie tu chodzi – o klub z tradycjami, w którym szanowało się człowieka. Paweł Czado pisał jakiś czas temu o nowych obyczajach na Cichej, a jak widać to dopiero początek.

Najwyraźniej w chorzowskie przedsiębiorstwo zapatrzyli się możni z ŁKS-u. Tam również solą w oku szefostwa był Zdzisław Leszczyński, jeden z nielicznych łódzkich zawodników grających na poziomie Ekstraklasy, który śmiał głośno mówić o zaległościach klubu względem piłkarzy. Efekt? „Przyjście Tomka Hajty zwiększa liczbę środkowych obrońców w naszym zespole i dlatego zdecydowaliśmy się rozwiązać umowę z Dzidkiem. Mamy nadzieję, że nastąpi to za porozumieniem stron – wyjaśnił dyrektor sportowy ŁKS-u Juliusz Kruszankin” (cyt. za 90minut.pl). Najbardziej podoba mi się stwierdzenie o konkurencji. Odchodzi Marciniak, Mowlik przeniesiony do Młodego ŁKSu, został drewniany Ognjanovic – drżyjcie napastnicy!:)

Obserwując podobne zagrywki zastanawiam się czy mentalnie polska liga nie jest cały czas azjatycka. Nie chodzi tu jednak o azjatyckość spod znaku Sony czy Hondy, bo to mógłby sobie roić Pan Klimek, ale raczej o poczucie smaku rodem z mogolskiego stepu.

P. 

Ten pierwszy remis z Anglią, czyli Jerzy Sadek i dawne zwyczaje transferowe

Historie o transferach polskich zawodników (najczęściej niedoszłych transferach) potrafią ciągnąć się dniami, tygodniami, a w przypadku Boruca czy Mario Lewandowskiego miesiącami przechodzącymi w lata :) 5 stycznia mieliśmy okrągłą, 43. rocznicę pierwszej gry reprezentacji Polski przeciwko Anglii na jej terenie. Przeglądając teksty na temat tamtego meczu, moją uwagę przykuły ówczesne zwyczaje transferowe. W konfrontacji z dzisiejszymi podchodami na linii klub A – zawodnik – menedżer – klub B (C, D…), ówczesna bezpośredniość jest tyleż zabawna co rozbrajająca :)

Najpierw jednak o samym meczu:

Piłkarski rok 1966 rozpoczął się wielką zaiste premierą: Polska zremisowała z Anglią 1:1 (1:0) w Liverpoolu [evertonowski Goodison Park], twierdzy brytyjskiego piłkarstwa! Efektowny gol Jerzego Sadka z ŁKS na ponad pół godziny dał nam prowadzenie, dopiero kwadrans przed końcem wyrównał Bobby Moore, dla którego była to jedna z dwóch bramek w reprezentacji. Była to sensacja na wielką skalę. "Optymizm Ramsay’a pękł jak balon! Polacy przeszli wszelkie oczekiwania" – pisała po meczu prasa brytyjska, ale przyszłość okazała się dla wyspiarzy łaskawsza niż można było sądzić po tym pierwszym meczu.

Rezultat zaiste znakomity, tym bardziej szkoda, że dla Ryszarda Koncewicza był to ostatni mecz w roli selekcjonera. Sadkowi (po prawej) skutecznie klarował jak trafić do brytyjskiej bramki.

Koncewicza zmuszono jednak do odejścia po tym, jak przegrał z Włochami awans do mistrzostw świata 1966. Na tych mistrzostwach, co to Anglicy… tak, tak, wygrali! By podkreślić wartość polskiego remisu na Goodison Park, trzeba napisać jeszcze jedno: zestawienie jedenastki Dumy Albionu przeciwko biało-czerwonym i z finału przeciwko Niemcom różni się zaledwie trzema graczami! (fakt, że dwaj z nich to Bobby Charlton i Geoff Hurst dopiszmy drobnym drukiem ;) Mało tego, jeszcze cztery razy w historii graliśmy na początku roku z późniejszym mistrzem świata lub Europy. Z czego trzy mecze to porażki: ZSRR w 1960 roku (7:1!!!), RFN w 1980 roku (3:1), Francja w 2000 roku (1:0) i jedno zwycięstwo nad Grekami, no ale ich zwycięstwa na EURO przecież nie uznajemy ;)

Wróćmy jednak do Jerzego Sadka i obyczajów transferowych. Brytyjska prasa piała, że "jest niczym Tom Lawton", ale to dopiero następnego dnia po meczu. A już zaraz po końcowym gwizdku, W SZATNI polskiej drużyny zjawili się przedstawiciele Evertonu i złożyli strzelcowi gola ofertę przejścia do ich klubu :) Urocze, nieprawdaż? O ile łatwiejsze byłoby życie klubów, gdyby zaraz po meczu w którym któryś z rywali szczególnie dał się we znaki, można było spróbować go skaperować. The Toffies za gracza Łódzkiego Klubu Sportowego dawali 100 tysięcy funtów, co było ogromną sumą jak na tamte czasy. Do transferu ostatecznie jednak nie doszło, takie to były właśnie Czasy Słusznie Minione. Ale Sadek i tak nie miał źle – obok Janusza Kowalika (pojechał do Stanów) stał się pierwszym polskim piłkarzem, który wyjechał na zachód. Choć żal na pewno musiał zostać – Sparta Rotterdam czy Haarlem, to jednak nie to samo klub z miasta Beatlesów, klub z Ojczyzny Futbolu.

B.

(na podstawie książek: "Włodek Lubański", "Moja historia futbolu" [S. Szczepłka] i "Biało-czerwonych" [enc. piłk. FUJI] )

Ilie Dumitrescu, bohater jednego meczu

Stadiony świata roją się od piłkarzy, którzy przez większość kariery prezentują równą, stabilną formę, a ich gra nigdy nie schodzi poniżej pewnego, bardzo przyzwoitego poziomu. Gdy jednak przychodzi moment, by zakończyć swą przygodę z piłką i ktoś nagle poprosiłby ich o wymienienie tego jednego meczu, który byłby tym ekstraktem, kwintesencją przebłysku tego wszystkiego, co w ich grze najlepsze, meczu-wizytówki dzięki któremu kibice przez dłuuugie lata będą wspominać dany mecz właśnie przez pryzmat wspaniałych wyczynów owego zawodnika, zapewne spora grupa futbolistów miałaby z tym niemały problem. Najczęściej dlatego, że choć rozegrali w swym życiu wiele znakomitych spotkań, to jednak w żadnym z nich nie udało im się w wystarczającym stopniu przyćmić wszystkich pozostałych uczestników zdarzenia.

Ale są i tacy, którzy przecież już na zawsze będą kojarzeni z tym jednym jedynym meczem. Z tym unikalnym, niepowtarzalnym wycinkiem czasu spędzonym na murawie, dzięki któremu przeszli do historii rodzimego, europejskiego czy światowego futbolu, zapadli głęboko w pamięci i sercach kibiców (choćby z naszego swojskiego poletka przykładu zaczerpując, wiadomo przecież, że taki Boniek ma swoją Belgię 82, Domarski Wembley 73, Citko to Wembley 96, Olisadebe – Kijów 2000, Urban hat trick na Santiago Bernabeu itd). Jednym z tych europejskich graczy, którzy taką swoją wspaniałą wizytówką mogą się pochwalić jest z pewnością świętujący dziś swe 40 urodziny Ilie Dumitrescu.

Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie zaryzykuje twierdzenia, iż rumuński napastnik nie był piłkarzem znakomitym. Stanowił przecież przez lata jedno z najważniejszych ogniw wspaniałego narodowego zespołu, był jego siłą napędową, kimś nie do przecenienia dla wartości drużyny. A jednak zawsze jakby gdzieś tam schowany, zawsze w cieniu tych najlepszych – wielkiego Hagiego, skutecznego Lacatusa, niesamowitego Raducioiu, fantastycznego Adriana Ilie. Zawsze gdzieś o pół kroku za nimi. No, powiedzmy prawie zawsze. Ale w tym przypadku owo prawie naprawdę czyni różnicę.

Nie płacz przeze mnie Argentyno…

Gdy 3 lipca 1994 roku Ilie Dumitrescu wychodził w żółtej koszulce z numerem 11 na plecach na murawę stadionu Rose Bowl Pasadena, by w obecności ponad 90 tysięcy widzów stoczyć mundialowy bój o awans do ćwierćfinału tej imprezy z wielką Argentyną był już zawodnikiem znanym i uznanym, z wyrobionym na piłkarskim rynku nazwiskiem.

Dumitrescu urodził się w Bukareszcie, a w wieku 18 lat zaliczył na wiosnę ligowy debiut w barwach Steauy, będącej wówczas jednym z najsilniejszych klubów w Europie. Z racji mizernych szans na przebicie się do pierwszego zespołu, w celu przyuczenia, zesłano Ilie na głęboką wieś do FC Olt Scornitesti (w zagrodzie tej urodził się onegdaj Nicolae Ceausescu, więc włodarze rumuńskiego futbolu postawili sobie za punkt honoru stworzenie tam, niemal w szczerym polu, piłkarskiego klubu i wciągnięcie go za uszy do I ligi, by wodzowi zrobiło się miło). Dumitrescu co prawda dla wodzowego sioła załsużyl się ledwie jednym trafieniem, jednak dzięki regularnym występom w lidze nabrał pewności siebie i po powrocie z rocznego wypożyczenia, w sezonie 1988/89 był już podstawowym zawodnikiem bukaresztańskiej „Gwiazdy”. Steaua dysponuje wówczas świetnym zespołem. Podopieczni Anghela Iordanescu jak burza przechodzą kolejne rundy Pucharu Mistrzów. Problem pojawia się dopiero w ćwierćfinale, gdzie trafiają na IFK Goteborg. Na wyjeździe Rumuni przegrywają 0:1, ale w Bukareszcie przepuszczają istną nawałnicę na szwedzką bramkę wygrywając ostatecznie 5:1. Bardzo istotne jest trafienie Dumitrescu, tuż przed przerwą na 3:0.

 

W półfinale rywalem jest rewelacja ówczesnych rozgywek – Galatasaray. Turcy odjeżdżają z Rumunii z solidnym bagażem (0:4 i otwierająca wynik spotkania bramka Dumitrescu w początkowych minutach gry),

 

ale nikt w Bukareszcie nie czuje się jeszcze finalistą. W jednej z poprzednich rund Galata przegrała bowiem z Neuchatel Xamax 0:3, by na własnym boisku rozgromić rywali aż 5:0 i awansować. Turcy nacierają z furią i czarny scenariusz zdaje się sprawdzać, gdy obejmują prowadzenie po pół godzinie gry. Jednak w 3 minuty później Dumitrescu zdobywa ogromnie ważną bramkę, dzięki której przypieczętowuje sprawę awansu. W wielkim finale na Camp Nou przeciwko Milanowi (porażka 0:4) Ilie Dumitrescu jednak nie zagrał.

Na wiosnę 1989 roku Ilie debiutuje również w reprezentacji kraju. W Atenach, w meczu eliminacyjnym do włoskiego Mundialu przeciwko Grecji (0:0) Dumitrescu na 10 minut przed końcem spotkania zastępuje zmęczonego Iona Lupescu. Zaczyna dobijać się do pierwszego składu, ale przed Mistrzostwami Świata we Włoszech wywalczyć sobie miejsca w podstawowej jedenastce już nie zdąży. Do Italii jedzie jako rezerwowy, młody, 21 letni, perspektywiczny zawodnik. W zwycięskim meczu przeciwko ZSRR na ostatnie 3 minuty zastępuje głównego bohatera widowiska i strzelca obu zwycięskich bramek – Lacatusa, a w potyczce przeciwko Kamerunowi wejdzie na plac gry w 55 minucie zmieniając Gheorghe Hagiego.

Po mistrzostwach nie wyjeżdża za granicę, jak czyni to większość rumuńskich zawodników więziona dotąd w kraju przez komunistyczny reżim. Pozostaje w zespole z Bukaresztu będąc teraz niekwestionowaną gwiazdą Steauy, z którą zdobywa kolejne mistrzowskie tytuły, a w sezonie 1992/93 dzięki 24 trafieniom uzyskuje miano króla strzelców. Wywalcza sobie również niepodwarzalną pozycję w narodowej reprezentacji walnie przyczyniając się swymi czterema bramkami (szczególnie ta zdobyta w ostatnich minutach pojedynku z Belgią jest bezcenna) do jej awansu na amerykański Mundial.

W meczu otwierającym grupowe zmagania Rumuni odnoszą ogromny sukces pokonując bardzo silny, przez wielu uważany za jednego z faworytów turnieju (m.in. fantastyczne zwycięstwo w eliminacjach nad Argentyną w Buenos Aires 5:0!!!) zespół Kolumbii 3:1. Tradycyjnie już, najsilniej błyszczą gwiazdy Hagiego i Raducioiu. Dumitrescu niby się stara, niby próbuje szarpać, ale nie jest to jego udany występ (marnuje znakomitą sytuację strzelecką) i Iordanescu ściąga go z placu już po godzinie gry. Ze Szwajcarią Ilie zawodzi jak i cały zespół Rumunii (klęska 1:4), który jednak po zwycięstwie nad gospodarzami imprezy (1:0) zapewnia sobie wyjście z grupy. W meczu z USA żółtą kartkę, już drugą na tym turnieju, ogląda Florin Raducioiu. Moment ten ma ogromne znaczenie dla całej dalszej piłkarskiej kariery Ilie Dumitrescu. Oznacza absencję jasnowłosego napastnika Milanu w kluczowym boju o ćwierćfinał i sprawia, że w meczu przeciwko Argentynie Rumuni w linii ataku mogą już liczyć tylko na Ilie Dumitrescu.

Znamienny jest obrazek zarejestrowany przez telewizyjne kamery. Kiedy gotowe do rozpoczęcia gry oba zespoły oczekują na pierwszy gwizdek sędziego Gheorghe Hagi podchodzi uścisnąć stojącego przy środkowej linii Dumitrescu jakby chcąc mu uświadomić, że dziś to właśnie od niego najwięcej będzie zależeć. Wielki Gheorghe nie mylił się i tym razem.

Hagi, jak to Hagi, gra w tym meczu po swojemu. Czyli fenomenalnie. Ale tego dnia nawet jego gwiazda zostaje przyćmiona boiskowymi wyczynami Ilie Dumitrescu. 25 letni napastnik gra jak natchniony. Już w 11 minucie spotkania zdobywa wspaniałą bramkę dającą, skazanym na pożarcie, Rumunom prowadzenie. Ilie sprytnie dostrzega złe ustawienie Islasa, który ewidentnie spodziewa się dośrodkowania i zaskakującym strzałem zmusza argentyńskiego bramkarza do wygrzebywania piłki z siatki. W 16 min. pada wyrównanie. Batistuta przewraca się w polu karnym i po chwili sam poszkodowany zamienia jedenastkę na gola. Argentyńczycy remisem cieszą się jednak tylko 2 minuty. Na ich bramkę znów sunie cudowna akcja duetu Hagi – Dumitrescu zakończona pięknym trafieniem tego ostatniego. Po następnych dwu minutach meczu Dumitrescu mija argentyńskich obrońców niczym slalomowe tyczki, wpada w pole karne perfekcyjnie obsługując piłką kolegę z zespołu, jednak Popescu marnuje znakomitą szansę na podwyższenie prowadzenia. Dumitrescu wyczynia na boisku niesamowite rzeczy. Szarżuje, odciąża broniących się kolegów, bez przerwy absorbując uwagę argentyńskich defensorów, którzy nie potrafią znaleźć pomysłu na unieszkodliwienie Rumuna. Tego dnia jedynym sposobem na powstrzymanie szalejącego pod bramką Dumitrescu wydają się być faule. Kapitan rywali Oscar Ruggeri, podobnie jak i Caceres zarabiają za faule na Ilie po żółtej kartce. Tuż przed przerwą Dumitrescu ma jeszcze szansę na klasyczny hat trick, jednak Islas cudem broni jego techniczny strzał.

Dumitrescu strzelił tego dnia dwie cudowne bramki, jednak to chyba nie one, lecz akcja którą przeprowadził w 57 minucie meczu była czymś najwspanialszym. Ilie przejął piłkę gdzieś w pobliżu własnego pola karnego i pognał z nią w stronę argentyńskiej bramki. Osamotniony w swych poczynanich przetrzymał ją tak długo, by nadbiegający Hagi zdążył podłączyć się do akcji a następnie wyłożył futbolówkę jak na tacy rumuńskiemu kapitanowi, któremu nie pozostało nic innego, jak przyłożyć tylko swą słabszą, prawą nogę i zmienić wynik na 3:1. Argentyńczycy odgryźli się jeszcze golem Balbo, ale Rumuni kontrolowali sytuację.

 

Zabawy z piłką przy narożniku boiska w końcówce meczu w wykonaniu duetu Hagi-Dumitrescu o mało nie doprowadziły do jeszcze pokaźniejszego zwycięstwa.

 

Kamery telewizyjne kilkukrotnie uchwyciły na trybunach chowającego twarz w dłoniach, płaczącego Diego Maradonę, który po kolejnych bramkach dla Rumunii zdawał sobie sprawę, że jego ukochana Argentyna odpada z rozgrywek I to odpada zasłużenie. Na minutę przed końcem Iordanescu umożliwił swemu bohaterowi zejście z fanfarami. Schodzącego z boiska Dumitrescu żegnała niesamowita wręcz owacja na stojąco.

Na taki mecz, na ten właśnie mecz, Ilie Dumitrescu czekał przez całą swoją karierę. To właśnie dlatego młodzi chłopcy marzą o tym, by zostać piłkarzem – dla tego jednego, jedynego wielkiego spotkania, w którym jest się niekwestionowanym bohaterem, tym jedynym, najlepszym, i dzięki któremu przechodzi się do historii futbolu już na zawsze.

Można powiedzieć, że potem właściwie wszystko było jak dawniej. Na ćwierćfinał wrócił do składu Raducioiu. Wrócił i strzelił Szwedom dwie bramki po akcjach Hagiego. Dumitrescu znów znalazł się gdzieś w cieniu, znów maszerował o pół kroku za największymi gwiazdami. Po mistrzostwach wyjechał szukać spełnienia w najsilniejszych ligach Europy, lecz ani w Tottenhamie (4 gole; konkurencję w ataku stanowili m.in. Klinsmann i Sheringham), ani w West Ham (bez bramki), ani w Sevilli (tu chyba wierzono w niego najmocniej, ale skończyło się tylko na jednym trafieniu), ani nawet w meksykańskich: Club America oraz Atlante (dla obu tych zespołów łącznie 4 gole) bohaterem nie został. Miał jeszcze swą króciutką chwilę chwały, gdy w październiku 1994 roku strzelił bramkę Anglikom na słynnym Wembley w towarzyskiej potyczce (1:1). Nie został też bohaterem następnego Mundialu, na którym wystąpiła reprezentacja Rumunii. We Francji w roku 1998 zagrał tylko 67 minut w meczu z Tunezją, który o niczym już nie decydował. Dzięki temu jednak jest po dziś dzień jedynym obok Covaciego (grał przed wojną), Hagiego i Popescu rumuńskim piłkarzem, który wystąpił na trzech mundialach. Schodząc z boiska na St. Denis Dumitrescu już na zawsze pożegnał się z reprezentacją. Powrócił jeszcze do Bukaresztu, by zakończyć swą przygodę z piłką w barwach Steauy. W siedmiu meczach zdołał nawet uzyskać dla niej trzy bramki.

Muszę przyznać, że zawsze z ogromną sympatią przyglądałem się boiskowym poczynaniom zawodnika, którego charakterystyczna, nieco pochylona do przodu sylwetka jeszcze potęgowała wrażenie, że tego piłkarza interesuje wyłącznie gra ofensywna, konstruktywna, do przodu. Dumitrescu jak na napastnika był graczem raczej drobnej postury, ale za to niezwykle walecznym, nieustępliwym, a przy tym dynamicznym, błyskotliwym, dobrze wyszkolonym technicznie. Dla reprezentacji Rumunii przez niespełna dziesięć lat rozegrał 62 mecze uzyskując w nich 20 bramek. Po zakończeniu kariery, jako szkoleniowiec pracował w Rumunii, na Cyprze i w Grecji, a po odejściu z Wisły Jerzego Engela mówiło się, że to właśnie Dumitrescu poprowadzi krakowski klub (ostatecznie przypadło to w udziale Petrescu). Ale to wszystko właściwie nie ma większego znaczenia, bo do historii przejdzie on i tak jako bohater jednego meczu, jako ten, przez którego pewnego lipcowego dnia płakała cała Argentyna. A że był to zarazem najprawdopodobniej najwspanialszy mecz w całej historii rumuńskiej piłki i jedno z najbardziej emocjonujących spotkań w dziejach piłkarskich Mistrzostw Świata pamięć o Ilie Dumitrescu będzie wśród futbolowych kibiców wiecznie żywa. Czego mu szczerze życzę!

Komentarze z numer10.blox.pl

ombudsman
2009/01/07 10:10:25
Bardzo fajna notka! Rzadko komentuję na blogach, ale tutaj nie mogę się powstrzymać – cała moja młodość i początek zainteresowania piłką stanęły mi przed oczami :)

Pozdrawiam!
Gość: janciosek, *.chello.pl
2009/01/07 10:30:15
Dumitrescu – ech, to był piłkarz…
A swoją drogą – czy lepszy taki piłkarz, który przez kilkanaście lat prezentuje równą, przeciętną formę, czy taki, który czasem zagra słabo, a kiedy indziej błyśnie geniuszem?
Taki typ to moim zdaniem Artur Boruc. Potrafi zagrać tak, że zasługuje na miano najlepszego bramkarza świata. Ale kiedy indziej pokaże coś, za co pracę straciłby przeciętny bramkarz z trzeciej ligi…

Bieniuk Jarosław i inni – mentalność wczasowicza

Wydaje mi się, że ukształtował się ostatnimi czasy u polskich zawodników pewien typ psychologiczny, który nazwałbym „mentalnością wczasowicza”. Objawia się tym, że często kiedy polski piłkarz wybije się choć trochę ponad przeciętność w naszej lidze (czasem zagra towarzyski mecz w kadrze), to szybko decyduje się na zagraniczny transfer. Lecz cóż to za transfer? Otóż jest to transfer, rzekłbym, symptomatyczny. Wyróżniający się zawodnicy wybierają bowiem średnie/ bardzo średnie/ słabe kluby w średnich ligach europejskich. Nie po to żeby się rozgrzać, rozejrzeć, przygotować do podboju danej ligi – wprost przeciwnie, słaby klub oznacza zwykle przyczółek do zwiedzanie jeszcze słabszych klubów, najczęściej w oryginalnych krajobrazach.

Boli to tym bardziej, gdy dotyczy zawodników ciągle na dorobku. Trudno się dziwić, że trzydziestokilkulatki chcą na starość wygrzać stare kości. Ale gdy oglądam piłkarzy, którzy jeszcze niedawno byli „nadziejami” a dziś rozmieniają się na drobne w zamian za egzotyczną walutę, to boli mnie serce. Burkhardt, Sznaucner, Gorawski, swego czasu Zakrzewski, Bledzewski, Mowlik… No i najświeższy i najbardziej bezsensowny przykład – Jarosław Bieniuk.

Tutaj szczególnie zastanawiam się „co bohater miał na myśli”. Wyjazd do Turcji (z góry obarczony tradycyjną niepewnością związaną z „terminowością, dialogowością i solidnością” tureckich działaczy), kiepska drużyna, niemal świadome zamknięcie sobie perspektyw na grę w kadrze. OK, głupi wybór, ale minął kontrakt, była opcja trafić w jakieś rozwojowe miejsce. Bieniuk wybrał więc… Omonię Nikozję. Jasne: lider, liga cypryjska się rozwija, reprezentacja coraz silniejsza, bla bla bla – jeśli ktoś mierzył kiedyś w ligę angielską i reprezentację Polski, to nie uwierzę, że traktuje dziś Wyspę Afrodyty jako oazę zawodowego spełnienia. O co więc chodzi? Chodzi o to, żeby zapomnieć o tym lekkim ukłuciu, o którym mówił Marcellus Wallace – żeby zapomnieć o dumie/ambicji.

Ja stawiam, że przeważyło słońca, ładny dom i mało forsowna robota do wykonania. Skoro wiecznie kontuzjowany Olisadebe strzelał na Cyprze gola za golem, to nikt mi nie wmówi, że średniej jakości obrońca nie poradzi tam sobie z ręką w kieszeni. Nie piętnuję opurtunizmu Bieniuka, ale żałuję jego decyzji, bo mało w Polsce wartościowych środkowych obrońców.

P.