Tetteh i Aziz: bracia-różne-nazwiska i pierwsi czarnoskórzy w Legii i Polonii

To zaś wszystko wydarzyło się, aby się wypełniły słowa wypowiedziane przez Pana ustami proroka: «Oto Dziewica pocznie i porodzi Syna i nadadzą Mu imię EMMANUEL, a imię to znaczy Z-NAMI-BÓG (Mt 1,21-23)

Istota imienia Emmanuel ukazana podczas Bożego Narodzenia, gdy Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. Emmanuel oznacza „Bóg jest z nami”. W krajach chrześcijańskich (przede wszystkim Afryki, ale nie tylko) imię to jest często nadawane chłopcom. Nie wiem, czy szczególnie często w okresie bożonarodzeniowym, ale faktem jest, że 20 grudnia urodziny obchodził Emmanuel Olisadebe, a w pierwszy dzień Bożego Narodzenia rocznicę przyjścia na świat świętował inny przybysz z Czarnego Lądu związany z Polską – Emmanuel Tetteh.

Nie wiem jakie są szczegóły perypetii interesującej nas rodziny, w każdym razie jest tak, że dwaj bracia urodzeni w ciągu jednego jednego roku (1974) w stolicy Ghany, Akrze, noszą dwa różne nazwiska. Starszy o jedenaście i pół miesiąca Joseph Annor ma w paszporcie Aziz, a Emmanuel to już Tetteh.

Pierwszy do kraju nad Wisłą zawitał Józek (u nas znany pod drugim imieniem Annor), a było to na początku 1995 roku. 21-letni wówczas Aziz polskiej zimy specjalnie się nie zląkł, bo już w swoim debiucie przeciwko Pomeranii Malbork strzelił gola, a do końca rundy dorzucił jeszcze dwie bramki przeciwko Błękitnym Kielce. Dorobek trzech trafień w II lidze nie wydaje się zbyt okazały, ale w przypadku Aziza to wystarczyło, by strój Polonii i pojedynki np. z Szombierkami Bytom

zamienić na trykot mistrzowskiej (ba, uczestniczącej w Lidze Mistrzów!) Legii. Tam zadebiutował w Ekstraklasie w pierwszym meczu jesieni 1995 – z Zagłębiem Lubin przy Łazienkowskie, ale bez udziału publiczości. Potem Paweł Janas wpuszczał go z ławki jeszcze w dwóch meczach ligowych, zagrał też całe spotkanie o Superpuchar Polski z GKS Katowice (0:1 w… Rzeszowie), ale to wszystko. Aziza z zespołu ówczesnych mistrzów Polski szybko odesłano (jeszcze tej samej jesieni – przepisy na to wówczas pozwalały), ale nie zmienia to faktu, że był pierwszym czarnoskórym i afrykańskim zawodnikiem Legii.

Aziz jesienią ’95 w Gdańsku zagrał zaledwie dwa mecze, ale najciekawsze jest to, że w Lechii/Olimpii, czekał już na niego… brat Emmanuel. Tetteh w tym dziwnym tworze pofuzyjnym był – jakkolwiek to zabrzmi – jednym z nielicznych jasnych punktów.

Tetteh w 30 meczach (w dwóch grał z bratem w zielonych barwach) strzelił dziewięć goli, z czego dwa ŁKS-owi

 

 

co jednak nie uchroniło jego zespołu przed spadkiem. Co było zrobić – Tetteh razem z całą gdańską ferajną przeniósł się do warszawskiej Polonii, gdzie… już na niego czekał brat Annor. Zważając na to, że wówczas w składzie Czarnych Koszul (tu niestety okropna wariacja strojów) były też bliźniaki-Żewłaki, zdjęcie sprzed sezonu spokojnie można nazwać rodzinnym :) Na lewym fragmencie A.A., na prawym E.T.

Zbliżamy się do kolejnego punktu programu pt. „Który z braci był pierwszy?”, więc – jak uczyła pani w szkole – rozpiszmy to sobie ładnie na punkty, by łatwiej pod czachą się poukładało:
1) pierwszym polonistą o czarnej skórze w II lidze był Aziz
2) pierwszym legionistą o czarnej skórze był również Aziz
3) pierwszym czarnoskórym polonistą w I lidze był jednak Tetteh – w meczu I kolejki z Odrą zagrał od początku (Aziz wszedł z ławki)
4) za to Aziz po wejściu strzelił gola, więc on jest pierwszym czarnoskórym strzelcem bramki dla Polonii w Ekstraklasie ufff :)

Dla Aziza był to jednak pierwszy i ostatni gol dla Polonii, a ostatni gol w ogóle na polskiej ziemi. Z Warszawy wyjechał do… Sportingu Cristal Lima (?! – w każdym razie Quinterosa ani Zegarry tam nie spotkał…), by potem na kilka lat zakotwiczyć w Niemczech. Po jednym sezonie spędził w Stuttgarter Kickers (bilans 15-2) i FC Augsburg (16-2), a przez trzy sezony grał w Eintrachcie Trier.

Jego dorobek w tym ostatnim zespole nie jest zły, ale nie powala – w dwóch sezonach Regionalligi Sud – 16 goli w 50 meczach oraz 2 gole w dwunastu spotkaniach 2. Bundesligi. Ślad kariery (tudzież przygody z piłką) Aziza urywa się jesienią 2006, gdzie kopał piłkę dla holenderskiego SC Oranje Arnhem. Kończąc wątek samego Annora – angielska Wikipedia podaje, że zagrał 12 razy dla Ghany, strzelając przy tym aż 7 goli, ale ta sama Wiki podaje też, że był obrońcą, więc podchodzę do tego z pewną taką nieśmiałością.

Nim powrócę do przygód drugiego z braci, mały przerywnik. Jak już wspomniałem, po spadku Lechii/Olimpii, większość piłkarzy – pośród nich Tetteh – przeniosła się z Gdańska na Konwiktorską (miało to związek z Januszem Romanowskim – ówczesnym sponsorem, z tego co pamiętam). Tak się złożyło, że los skojarzył Lechię z Polonią w Pucharze Polski, a gdańscy kibice zgotowali swoim niedawnym pupilom naprawdę piękne powitanie. Fragmenty artykułu Artura Gajka „Kwiaty i kamienie”:

Jest ostatnia niedziela września 1996 roku. Piłkarze II-ligowej Lechii, spadkowicza z ekstraklasy, zajmują ostatnie miejsce w tabeli. Przegrali dotychczas 8 z 10 spotkań! Na domiar złego w 1/16 rozgrywek o krajowy puchar, rozstawieni z uwagi na grę w ubiegłym sezonie w I lidze, lechiści wylosowali najlepszy zespół spośród teoretycznie słabszych – beniaminka ekstraklasy: warszawską Polonię. Takim obrotem sprawy nie zmartwili się gdańscy fani. Pojawiła się okazja ponownego zobaczenia przy Traugutta wielu piłkarzy, którzy jeszcze trzy miesiące temu byli ulubieńcami gdańskiej publiczności. Traf bowiem chciał, iż większość graczy zdegradowanej do II ligi Lechii/Olimpii przeniosła się właśnie do stołecznego beniaminka. W kadrze Polonii znajdowało się wówczas 13 byłych lechistów: Mariusz Pawlak, Marcin Janus, Rafał Ruta, Tomasz Unton, Jacek Dąbrowski, Karol Sobczak, Piotr Burlikowski, Grzegorz Pawłuszek, Emanuel Tetteh, Sławomir Matuk, Krzysztof Sadzawicki, Piotr Wojdyga oraz Annor Aziz. Z tych piłkarzy jedynie Sobczak i Pawłuszek nie grali sezon wcześniej w fuzyjnym zespole, a lechistami byli kilka lat wcześniej, gdy zespół z Wrzeszcza prowadził Bogusław Kaczmarek.

Natomiast jego koledzy z drużyny przybyli do grodu nad Motławą koło południa. Podróż odbyli koleją. Na dworcu „Gdańsk Główny” powitało ich kwiatami blisko 200 kibiców Lechii! Ożyły wspomnienia sprzed kilku miesięcy. Wątpliwe jest, aby w całej historii naszego klubu gdańscy kibice zgotowali piłkarzom gości tak gorące powitanie jak tego dnia. Co ciekawe, a dla wielu kibiców dziś wręcz niewyobrażalne, wyjątkowo miło powitano piłkarza rodem z Afryki – Emanuela Tetteha. Nie dziwi to do dziś tych, którzy widzieli jak grał w biało-zielonych barwach zawodnik rodem z Ghany. Natomiast tym, którym nigdy nie było dane zobaczyć go w akcji, może dać wyobrażenie, jakiej klasy był napastnikiem skoro przekonał do siebie całą gdańska publiczność.

Tetteh w Polonii strzelił 4 gole w 18 meczach – podobnie jak w Gdańsku nie zawodził. Grał częściej niż brat, a chwile, gdy razem wygrzewali ławę były naprawdę rzadkie.

Pierwszy Emmanuel w barwach Polonii pokazał się na tyle, że kupił go szwedzki IFK Goeteborg.

A tam – fiu fiu – Puchar UEFA przeciwko Romie

a nawet występy w Lidze Mistrzów! Tetteh zaliczył dwa epizody, ale jak to się mówi – mała rólka, ale zawsze.

Na Parc de Princes wszedł w 57 minucie, by z bliska patrzeć, jak Rai i spółka urządzają szwedzki klub „trójką”. Z kolei w Monachium, wystąp rozpoczął w 82 minucie, za to mógł świętować zwycięstwo nad Bayernem 1:0 – fakt, że w meczu o nic, ale pokonanie zespołu z Kahnem, Matthausem czy Schollem w składzie też ma swoja wymowę.

Właśnie jako gracz IFK nasz bohater pojechał na Puchar Narodów Afryki w Burkina Faso w 1998 roku. Tam zagrał trzy pełne mecze w ataku u boku samego Abediego Pele

 

 

ale nie były to udane mistrzostwa dla Ghany. Ghana wyprzedziła w grupie tylko Togo, a awans do ćwierćfinałów uzyskały DR Konga i Tunezja.

Po udanym pobycie w Goeteborgu (w sumie 15 goli w 49 meczach ligowych) Tetteh przeniósł się do Turcji, a przy okazji – jak to w transakcjach z Turkami – wyniknęła draka w kwestii zapłaty. Nie wgłębiając się w szczegóły – Vanspor nie chciał zabulić, IFK napuściło na nich UEFA, a Tetteh szybko się stamtąd odmeldował. Po Vansporze (jeden mecz), był Trabzon (3 spotkania), Bursaspor (11-3) i w końcu spokojniejsza przystań w Rizesporze: 4 sezony i 30 goli w 99 meczach. Ostatnim klubem Tetteha był macierzysty Hearts of Oak i to byłby już koniec tej historii, gdyby nie fakt, że po wyjeździe z Warszawy, Emmanuel kopał piłkę w Polsce jeszcze co najmniej raz. Działo się to w Poznaniu, przy okazji meczu z Lechem w Pucharze UEFA (1:2), a ja dokopałem się do wywiadu z napastnikiem sprzed tego spotkania.

Tytuł w Aftonbladet: „Podziękować Bogu za sukces”. Ghańczyk był wtedy w strasznym gazie, strzelił cztery gole w sześciu meczach poprzedzających pojedynek z Lechem, ale… przeciw poznańskiemu zespołowi nie trafił. Tetteh opowiadał o wierze (modlę się pięć razy dziennie, a w piątek chodzę do meczetu ; Bóg dał mi tę szansę, że mogę grać dla IFK), ale co dla nas powinno być najciekawsze – również o Polsce: Nie było łatwo tam żyć, zdarzało się, że zaczepiano mnie ze względu na kolor skóry. Ale Lech ma czarnoskórych graczy, więc liczę, że nie będzie z tym problemów w Poznaniu.

Ufam, że dziś Tetteh miałby pewność co do tego, że z przyjęciem w stolicy Wielkopolski nie byłoby problemów. A w ogóle, to trochę szkoda, że obaj z Azizem byli w Polsce tak krótko.

B.

Odkrycia 2008, czyli nowa dostawa młodych smoków

Rok 2008 nie obrodził szczególnie w talenty. Reprezentacja młodzieżowa szybciutko została praktycznie zepchnięta w niebyt a różnej maści żółtordzioby nad wyraz nieśmiało dobijały się do drzwi Ekstraklasy. W odmętach nijakości można wyłowić jednak kilka ciekawych rybek, parę solidnych okazów i jednego prawdziwego szczupaka.

10. Tadeusz Socha (Śląsk Wrocław) – rocznik 1988

Mój cichy faworyt – boczny obrońca jakich nam potrzeba. Wysoki, opanowany, precyzyjny. Do tego nie stroniący od akcji zaczepnych. Wyjątkowo ciekawy klocek układanki Tarasiewicza.

9. Janusz Gancarczyk (Śląsk Wrocław) – rocznik 1984

Najstarszy – wraz z Boguskim – w zestawieniu. 24 lata to niezbyt wcześnie jak na szturm Ekstraklasy, ale jak widać po występach chłopaka z Oławy, lepiej późno niż wcale. No i ci wszyscy jego bracia, co to mają talent jeszcze większy od niego – lepiej więc dmuchać na zimne:) Ja osobiście głębokiej myśli w występach tego lewego pomocnika nie dostrzegam, ale trzeba mu oddać, że jest piekielnie szybki i ma instynkt strzelecki. Gdy ma swój dzień to gra na nosie najlepszym w kraju obrońcom (vide mecz z Lechem w Poznaniu). No i ładnie kropnąć potrafi.

8. Janusz Gol (GKS Bełchatów) – rocznik 1985

Wiem, że nazwiska się nie wybiera, ale uwielbiam tego chłopaka głównie za to jak się nazywa:) Okrzyk "Janusz Gol!" to niemal językowa transgresja, której zaledwie dalekim – i jakże nienaturalnym echem – jest ksywka "Czesław Śpiewa".

Tym niemniej Gol piłkarzem już jest niezłym, a ma szanse stać się jeszcze lepszym. Świetny przegląd pola, dokładne podanie a przy tym wzorowa gra w defensywie – słowem, nowoczesny środkowy pomocnik.

7. Maciej Rybus (Legia Warszawa) – rocznik 1989

Niewysoki, niebarczysty, na razie bez ostro wyznaczonej pozycji, a mimo to coraz częściej wystawiany przez Jana Urbana do gry w pierwszej jedenastce. Dobry zmysł taktyczny, umiejętność rozegrania. To w dużej mierze dzięki niemu i jeszcze młodemu Arielowi Borysiukowi stołeczna ekipa tak dobrze finiszowała w sezonie 2007/2008.

6. Michał Janota (Feyenoord Rotterdam) – rocznik 1990

Choć tak naprawdę kończący się rok, to dopiero sygnał o wielkich możliwościach chłopaka z Gubina (powiedzmy, takie małe demo), to nie sposób nie docenić, że 18-latek z Polski coraz częściej wystepuje w pierwszym zespole uznanej europejskiej firmy jaką jest Feyenoord, ba, nawet zdażył tam już parokrotnie ukąsić. W rodzimej lidze pewnie jeszcze jakieś 5 lat grałby w Młodej Ekstraklasie, potem zacząłby być "młodym-zdolnym", wpuszczanym na końcówki. W końcu przeszedłby do Łęcznej, potem gdzieś na Cypr. Czy ktoś jeszcze dziś pamieta Łukasza Madeja? No właśnie.

5. Daniel Mąka (Polonia Warszawa) – rocznik 1988

Jako żywo młody Wojtuś Kowalczyk:) Co prawda skala talentu jeszcze nie ta, ale Mąka, to chłopak bez respektu dla żadnego przeciwnika. Zamyka oczy, ciągnie na bramkę, nie drży mu noga, gdy jest sam na sam z bramkarzem w ostatniej minucie meczu. Niski wzrost nadrabia dobrym wyszkoleniem technicznym. W II lidze już solidnie dziurawił siatki, a po powrocie do Ekstraklasy zaliczył arcyważne trafienie w derbach z Legią, no i hattrick z Polonią Bytom. Kiedyś w Warszawie też był taki młody chlopak co szybko ustrzelił 3 gole w meczu z Odrą a potem było już tylko gorzej – rozbijał się samochodami i grywał we włocławskiej jaskini korupcji. Nazywał się Marcin Klatt. Mąko, nie idź tą drogą:)

4. Tomasz Jodłowiec (Polonia Warszawa) – rocznik 1985

Na najwyższym krajowym poziomie gra już kilka lat, ale dopiero gdy zaczął sięgnać po niego Leo, większość obserwatorów przejrzała na oczy. Wysoki, skoczny, nieustępliwy, dobrze odbierający piłkę a przy tym niezwykle elegancki. Podobno interesowało się nim Napoli – ile w tym prawdy nie wiadomo, faktem natomiast jest, że Jodłowiec mo
że stać się następcą Jacka Bąka.

3. Patryk Małecki (Wisła Kraków) – rocznik 1988

Choć grał już na MŚ U-20 w zeszłym roku w Kanadzie, to dopiero ten sezon pokazał jak wiele potrafi. Po powrocie z wypożyeczenia do Sosnowca okrzepł i zmężniał, przestał się wreszcie wykłócać o miejsce w ataku. To głównie za jego sprawką coraz więcej czasu na ławce spędza (eks)reprezentant Łobodziński. Krępy, mocno trzymający się na nogach, nieźle dryblujący. Uparty, zadziorny, wyjątkowo mocna psychika – gdy trzeba było w meczu z Lechią strzelać karnego to jemu jednemu nie ugięły się nogi. Ciekawsza wersja Mąki:)

2. Rafał Boguski (Wisła Kraków) – rocznik 1984

Co prawda już w zeszłym roku dawał czadu w Bełchatowie, to dopiero rok 2008 pokazał, że stać go na wiele. Nezwykle dynamiczny, myślący i dobrze grający kombinacyjnie skrzydłowy. Leo coraz mocniej na niego stawia, a wkrótce może stać się on realną altrenatywą dla przedniej formacji kadry. Gdyby tylko wykorzystywał chociaż połowę wypracowywanych okazji, to jedną nogą już byłby we Francji albo Niemczech.

1. Robert Lewandowski (Lech Poznań) – rocznik 1988

Roberta rozpoznaje już chyba każdy piłkarski kibic w Polsce…

oj, pomyłka, to nie on. To jest Robert:)

Nie ma co się powtarzać. Tyle razy o nim tutaj pisałem (np. tu i tu), że kolejna miseczka pochlebstw na pewno nie zrobi na nikim wrażenia. Materiał na świetnego grajka, oby tylko rozwijał się wciąż tak dynamicznie jak robił to do teraz (pod rozwagę – grudzień już był słabszy w wykonaniu Lewego).

P.

Polska liga potrafi! Najpiękniejsze ligowe bramki jesieni.

Cudze chwalicie swego nie znacie – wszyscy pieją z zachwytu nad bramkami w innych ligach, a tegoroczna jesień w rodzimej ekstraklasie przyniosła nam prawdziwy deszcze efektownych trafień. Zbieram więc je wszystkie do kupy, wybieram najurodziwsze i serwuje w tradycyjnej – niczym "mała czarna" – formie czyli TOP 10.

10. Łukasz Garguła (GKS BEŁCHATÓW)

9. Krzysztof OSTROWSKI (Śląsk WROCŁAW)

8. Stanisław Wróbel (Piast GLIWICE)

7. Jakbu Wilk (Lech POZNAŃ)

6. Grzegorz Bonin (Górnik ZABRZE)

5. Rafał Grzyb (Polonia BYTOM)

4. Tomasz Brzyski (Ruch CHORZÓW)

3. Tomasz Jarzębowski (GKS BEŁCHATÓW)

2. Marcin Komorowski (Polonia BYTOM)

 
1. Robert Lewandowski (Lech POZNAŃ)
 

P.

Grudniowe pierniki czyli zagadkowe sparingi kadry na koniec roku

Praktycznie coroczną grudniową tradycją stały sie sparingi kady z „ciekawymi” drużynami w „ciekawym” składzie. Testujemy wówczas młodzież, oglądamy kandydatów do gry na MŚ 2026, dajemy szansę tym, co grali mniej w eliminacjach itd itp. Oczywiście mówię, to pół żartem, pół serio, bo uważam, że te zimowe zwarcia są potrzebne – jeśli kiedyś eksperymentować, to tylko w takich spotkaniach. Że cierpi na tym coś co można nazwać prestiżem reprezentanta kraju? (cóż za artefakt kulturowy!) – co zrobić, takie czasy. Ja jestem osobiście, żeby takie gierki tytułować mianem meczów nieoficjalnych albo spotkań kadry B, ale nie będę grymasił, bo nie w tym rzecz. Rzecz w tym, czy te sparingi faktycznie dają kadrze jakiś nowych grajków. Spójrzmy na poprzednie dwie grudniowe gry:

XII 2006: ZEA – Polska 2:5 (Bartłomiej Grzelak (8), Marcin Wasilewski (17), Subait Khater Fayel Al-Mekhaini (26), Bartłomiej Grzelak (50), Mohammed Rashid Salem Srour (86), Paweł Magdoń (87), Radosław Matusiak (90))

1. Fabiański Łukasz (do 45)
3. Magdoń Paweł
5. Kokoszka Adam
4. Dudka Dariusz
13. Wasilewski Marcin
9. Grzelak Bartłomiej (do 64)
2. Wawrzyniak Jakub
8. Giza Piotr (do 45)
7. Murawski Rafał
17. Garguła Łukasz (do 45)
19. Budka Adrian (do 45)

12. Pawełek Mariusz (od 45)
6. Iwański Maciej (od 45)
21. Łobodziński Wojciech (od 45)
18. Kolendowicz Robert (od 45)
11. Matusiak Radosław (od 64)

XII 2007: Polska – Bośnia i Hercegowina 1:0 (Goliński 42)

1. Pawełek Mariusz
8. Bartczak Grzegorz (do 46)
18. Wawrzyniak Jakub (do 82)
7. Lisowski Tomasz
5. Kokoszka Adam
20. Kuś Marcin
13. Goliński Michał (do 69)
6. Pazdan Michał (do 69)
14. Pawłowski Szymon (do 46)
17. Zahorski Tomasz
24. Brożek Paweł (do 69)

4. Pawelec Mariusz (od 46)
11. Kuklis Piotr (od 69)
9. Majewski Radosław (od 69)
19. Madejski Piotr (od 82)
16. Boguski Rafał (od 46)
21. Grzelak Bartłomiej (od 69)

Jakie nasuwają się wnioski? Ano takie, że tego typu sparingi raczej nie dostarczają zbyt wielu „gotowych” kandydatów do gry w kadrze w poważanych meczach. Zasadniczo uczestnicy takich sparingów dzielą się na 4 grupy:

1/ ci, którzy w reprezentacji i tak grają

Wasilewski, Dudka, Matusiak, Łobodziński, Garguła, Brożek, Fabiański

2/ ci, ktorzy grają tylko w tego typu sparingach

Pawełek (3A), Lisowski (3A), Pawelec (2A), Grzelak (4A), Kuś (u Beenhakera – 2A), Iwański (3A – tu jeszcze bardziej serio mecz z Rosją), Pawłowski (2A), Kuklis (2A)

3/ ci, którzy kończą przygode z kadrą po sparingu

Giza (u Beenhakera – 1A), Magdoń (1A), Madejski (1A), Bartczak (2A), Kolendowicz (1A), Budka (1A)

4/ ci, którym się udało

Kokoszka, Wawrzyniak, Pazdan, Boguski? + tu w sumie też Murawski i Zahorski (choć grali w meczu eliminacyjnym przed sparingami, to zaistnieli na dobre właśnie dzięki nim)

Wnioski – wielu zawodników to wyłącznie „sparingowcy” – grają tylko w meczach towarzyskich „krajowym składem” albo kończą przygodę z reprezentacją już w samolocie powrotnym. Plus – większość ze „sparingowców” to młode chłopaki, które jeszcze kiedyś coś mogą pokazać w Europie (no, może z wyjątkiem Pawełka;)). Zawsze trafi się też kilku stałych kadrowowiczów, którzy mają wspomóc młodzież (choć z grudnia na grudzień jest ich coraz mniej, co znaczy mniej więcej tyle, że składy kolejnych grudniowych potyczek są coraz bardziej eksperymentalne). Jest też wreszcie grono, które w sparingach właśnie przekonało do siebie Beenhakera – Kokoszka, Wawrzyniak, Pazdan, Murawski, Zahorski – oni wypłynęli na sparingach, a kilka miesięcy później pojechali na EURO (choć w przypadku Pazdana do teraz nie wiem czemu). Wydaje mi się, że tym tropem może pójść także Boguski, na ktorego coraz częściej Leo stawia. Jak widać z zyskiem.

Kto wie, może niedługo doczekamy się jeszcze jednej kategorii zawodników w tego typu meczach – powołanych, żeby uniemożliwić im w przyszłości grę dla innej reprezentacji (vide Tyrała):))

P.

Spowiedź frajera

Choć ta myśl chodzi mi po głowie już od początku afery korupcyjnej, to dziś ponownie uderzyła z wielką siłą. A to za sprawą tego pana,

znanego obecnie raczej jako Grzegorz G. – rezydent pomieszczeń wrocławskiej prokuratury, a nie jako Grzegorz Gilewski – Jedyny Polski Zawodowy Sędzia. Otóż myśl, która kłębi mi się pod sklepieniem czaszki jest następująca: jeżeli nasz najlepszy arbiter sprzedawał mecze – oczywiście jeśli zarzuty dla G. okażą się prawdziwe – czy oznacza to, że faktycznie na przełomie XX i XXI wieku w polskiej lidze kupczył każdy? Czy każdy jeden mecz był sprzedany? Czy każdy karny był reżyserowany? Każde zwycięstwo „podpierane”?

W latach 90-tych jako nastolatek zasiadałem w poniedziałek przed telewizorem i z wypiekami na twarzy oglądałem – siermiężny z perspektywy czasu – magazyn ligowy „Gol”.

Chłonąłem każdy mecz, podziwiałem nawet toporne zagrania piłkarzy z Tarnobrzegu czy Mielca, odnotowywałem w zeszycie który gol mi się podobał, który nie.

Dziś mając tę wiedzę, którą mam na temat korupcji w polskiej piłce, mogę stwierdzić, że byłem zwykłym frajerem. Że zachwycałem się przedstawieniem, którego zakończenie zna większość zainteresowanych osób. Że efektowne kopnięcia, to zręczne sztuczki a wywiady pomeczowe o trudnych warunkach jakie postawił rywal to festiwal obłudy. W tym momencie także pod znakiem zapytania stają najbardziej dramatyczne spotkania z tamtego okresu.

Odsłuchawane dziś opinie o dyskusyjnym rzucie karnym są jak splunięcie w twarz. „Niejasne podejrzenia” co do formy niektórych zawodników stają sie jakby bardziej jasne,

a superprzypadkowe zachowania niektórych fachowców mniej przypadkowe.

Więc jeszcze raz – czy całe lata 90-te to pic? Kiedy słyszę o kolejnych zatrzymaniach sędziów, trenerów i zawodników, w których patrzyłem kiedyś jak w obrazek (Andrzej Woźniak, po co ci to było chłopie?…), to czuję się jakby ktoś bezcześcił kawałek mojego dzieciństwa. Oby winni zczeźli.

P.

Azjatyckie misje polskich piłkarzy

Co bogatsi polscy turyści chętnie wybierają wycieczki do Azji. Można tam robić wiele rzeczy, których nie sposób robić gdzie indziej, można zobaczyć miejsca absolutnie niepowtarzalne a i ludzie są wyjątkowi. W odpowiednim czasie wszystko to zrozumieli polscy piłkarze, więc ochoczo pakują walizki i lecą do Azji. Choćby na chwilę.

Jak pokazał w ostatnich dniach przykład Emmanuela Olisadebe, w Azji można grać także w piłkę. Oli i Marek Zając to obecnie nasze azjatyckie rodzynki, ale w przeszłości była już Polaków-rodaków całkiem spora gromada. Po co tam się pojawiali? Grać w piłkę (chyba na wyższym poziomie) można również w Polsce. Odrzucamy także motyw finansowy – przecież liczy się sport i dobra zabawa. Coś nam mówi, że to tylko przykrywka dla dużo ciekawszego spędzania czasu. Co więc porabiali biało-czerwoni na największym kontynencie?

1. Podziwiali kichającą pandę

Te urocze zwierzęta zamieszkują głównie lasy bambusowe w Chińskiej Republice Ludowej. Nie wyobrażam sobie, żeby pierwszym pytaniem po przyjeździe zadanym przez polskiego piłkarza nie było ”No i gdzie te pandy!?”. Markowi Zającowi (Shenzhen Jianlibao, Shenzhen Kingway, Shenzhen Shangqingyin… czy wszystkie chińskie kluby zaczynają się na „Shenzhen”?),

… i Emsiemu (Henan Jianye),

 

… tak się spodobało, że siedzą w Chinach do dziś. Bogdan Zając (Shenzhen Jianlibao, Shenzhen Kingway) też miło wspomina spotkanie z pandą. Na wycieczki, które praktycznie nie przewidywały gry w piłkę, ale były głównie nakierowane właśnie na oglądanie pandy zapisali się również Marek Jóźwiak, Sylwester Czereszewski, Rafał Pawlak (wszyscy trzej Shenyang Jinde) i Jacek Paszulewicz (Chengdu Wuniu).

Zdarza się jednak, że czasem pandy kichają. Wtedy trzeba uważać, żeby nie dostać zawału.

2/ Sycili się bez umiaru boskimi teleturniejami

Niby japońska sztuka telewizyjna dostaje się raz po raz i do rodzimych odbiorników telewizyjnych, jednak żeby prawdziwie jej zasmakować, to nie ma siły – trzeba się wybrać do Kraju Kwitnącej Wiśni.

Choć Europejczycy mają tam nieraz problemy z aklimatyzacją,

to Tomasz Frankowski (Nagoya Grampus Eight), Andrzej Kubica (Urawa Red Diamonds, Oita Trinita) i Piotr Świerczewski (Gamba Osaka) zaryzykowali, aby móc oglądać dzień i noc tamtejsze telewizyjne show. No cóż, chyba było warto.

3/ Prawie brali udział w skakaniu przez kamienną wieżę

Wycieczka składająca się z Piotra Orlińskiego, Macieja Dołęgi, Mariusza Mucharskiego oraz Pawła Bociana (Persib Maung) bardzo chciała chciała wziąć udział w tradycyjnym indonezyjskim konkursie w skoku przez kamienną ścianę.

Niestety za późno się zgłosiła. Na osłodę została tylko unikatowa-pamiątkowa fotka Piotra Orlińskiego jak walczy o piłkę z anonimowym Indonezyjczykiem.

4/ Zaistnieli w Al-Jazeerze

Tak jak mówimy – zarabiania pieniędzy nie bierzemy pod uwagę jako odpowiednią motywacje. W takim razie w Katarze można, ten…, no…, można zaistnieć w Al-Jazeerze. Próbował Piotr Rowicki, ale bez rezultatów. Na szczęście udało się Jackowi Bąkowi (obaj Al-Rayyan).

5/ Podążali szlakiem Johna Rambo

Część Wietnamczyków przeniosła się w okolice Warszawy, więc i Polska wysłała w przeciwną stronę swoją 3-osobową grupę w ramach wymiany kulturowej. Wszystkie zabytki i pyszne kulinaria jednak bledną w obliczu faktu, że nie tak dawno tą samą ziemią kroczył niezmordowany John Rambo.

Co mówi Tomasz Cebula do Mariusza Wysockiego i Andrzeja Stretowicza (Quang Nam), gdy w środku nocy w stolicy prowincji Quang Nam napada na nich 20 wyrostków? ”Może ich otoczymy?”.

6/ Kombinowali trasy spacerowe dla psów

Arkadiusz Żarczyński (Sabah FC) generalnie lubi jeździć po świecie, więc Malezja to tylko jeden z przystanków. Mówi jednak, że wyjątkowo miło tam się mieszkało, szczególnie na Borneo. Tylko psa za bardzo nie było gdzie na spacer wyprowadzić.

7/ Podglądali nowe technologie

W latach 80-tych ze zdobyczami techniki raczej było krucho, więc Łódź postanowiła wysłać trzech swoich delegatów – Tadeusza Świątka, Leszka Iwanickiego i Witolda Bendkowskiego (trudno w to uwierzyć, ale on naprawdę nie grał przez całą karierę w ŁKSie) – do Korei Południowej (Yukong Elephants), aby ci podglądali najnowsze technologie. Podobno właśnie podczas tej podróży po raz pierwszy Europejczyk zobaczył prototyp Mężczyzny z Magnetofonem w Nosie.

8/ Odwiedzali teścia na placówce dyplomatycznej

A Janusz Wójcik nie omieszkał odwiedzić swojego teścia podczas jego dyplomatycznego pobytu w Pakistanie (Rawalpindi).

Na ten sam temat, ale w innej konwencji, czytać można również tutaj.

P.

Zlatko… O matko!

W tym tygodniu wystartował Lech Travel – pierwszy w Polsce internetowy serwis turystyczny klubu sportowego. Mam takie małe marzenie, by jednym z pierwszych klientów był obrońca Lecha Zlatko Tanevski. Z biletem w jedną stronę. Albo na ławkę albo hen, do innego kraju.

Mam wielu świadków na to, że od zawsze twierdziłem, że Tanevski słabym obrońcą jest. I zawsze się dziwiłem, że inni tego nie widzą. Tłumaczę to sobie tak, że obok niego zawsze grały… jeszcze większe ciapy i niezguły :) Wiosną 2007 (po kontuzji Bosackiego) – Drzymont, a jesienią 2007 Marcin Dymkowski i Dawid Kucharski (kolejny mój ulubieniec). Przy nich to faktycznie, nawet Zlatko mógł udawać solidnego stopera. Wiosną 2008 Macedończyka dopadła kontuzja, a od tego sezonu, gdy Lech gra przeciw rywalom klasy europejskiej, a dodatkowo obok Tanevskiego gra Nasza Skała Maniek Arboleda, widać czarno na białym (bez skojarzeń), że to już za wysoki poziom dla ZT. Generalnie, gdy macedoński obrońca występuje przeciwko napastnikom lepszym niż przeciętni – zaczyna się dramat. I drewnowatość i ogólny brak ogarnięcia się Macedończyka wychodzą w pełni.

Tak było w poprzednim sezonie z Wisłą w Krakowie.

 

Tak było tydzień temu w Moskwie.

 

Tak było dzisiaj (wczoraj), gdy w beznadziejnie głupi sposób stracił piłkę i sprokurował rzut rożny, po którym padł gol dla Depor.

A to tylko te najbardziej spektakularne babole, z pamięci wymienię jeszcze błąd z Lubinem, skutkujący golem Chałbińskiego.

Zlatko, dzięki za wszystko – bo solidne mecze też się zdarzały – ale chyba czas, by zimą ktoś przyszedł na Twoje miejsce.

B.

Deportivo: magicy czy komicy

Będę się upierał, że dziwny to zwyczaj, gdy trener obwieszcza wyjściową jedenastkę drużyny na dzień przed meczem, ale skoro Miguel Angel Lotina już to uczynił, tym dokładniej mogę przyjrzeć się zawodnikom Depor, których ujrzę dziś na Miejski Stadium przy Bułgarskiej. Podana jedenastka robi mi mały mętlik w głowie w kwestii roli na boisku de Guzmana i Cristiana, ale nie róbmy z tego zagadnienia, nie mnóżmy bytów – przejdźmy do meritum.

Daniel Aranzubia to bramkarz cokolwiek chimeryczny. Potrafi zagrać wielkie spotkanie, potrafi również popisowo się zbłaźnić. Przez wiele lat związany z Athletic Bilbao, srebrny medalista z Sydney i trzeci bramkarz Hiszpanii na Euro 2004 w tym sezonie broni naprawdę dobrze (trzy wyciągnięte karne z Brann, jeden obroniony w lidze – dwa tygodnie temu), ale zamiast się stresować jego udanymi interwencjami, proponuję jego mniej udany chwyt. Co najzabawniejsze – z meczu przeciwko Deportivo. Pamiętacie jak to leciało: ”Ko-ko-szanek! Łow-ca bra-mek!” :)

 

Felipe, czyli Filipe Luis Kasmirski. Lewy obrońca. Brazylijczyk, z włoskim paszportem i polskimi korzeniami. Zabawne, bo gdy swego czasu był nagabywany o grę dla Polski szybko uciął sprawę, mówiąc, że tak naprawdę to jego związki z naszym krajem są żadne, a wie tylko tyle, że jakiś dziadek od strony dziadka był Polakiem. Teraz, po przylocie do Poznania, w wypowiedzi dla SE (tak, wiem, podzielmy przez cztery albo czternaście) nagle opowiada o tym, jak to się cieszy z przyjazdu, bo będzie mógł sobie zbudować przy okazji całe drzewo genealogiczne polskich przodków. Mhm, na bank. A poza tym nasz Filip Kaźmierski lubi podkręcić atmosferę przed meczem – o Realu swego czasu mówił, że jako anti-madritista marzy o odebraniu im tytułu (a grał tam krótko w rezerwach), a o Celcie Vigo – odwiecznym rywalu Depor powiedział, że ”największą radością tego sezonu byłby spadek Celty”. Ot wywijas.

(Alberto) Lopo – środkowy obrońca. Nader solidny, najpierw przez wiele lat w Espanyolu, teraz w La Corunii. Podobno miał oferty z Valencii, Villareal, a nawet Manchesteru Utd. Podobno. Na boisku nie przebiera w środkach (mecz bez żółtej kartki – nieważny), ale poza nim nader uprzejmy – nie odmawia zdjęć nawet fankom, obok których ledwo mieści się w kadrze.
Ciekawostka największa – zagrał jeden mecz w kadrze Katalonii – w 2001 roku przeciwko Chile.

Adrian Lopez, czyli Piscu, czyli Adrian L. Zawsze mi się wydawało, że jak ktoś ma ksywkę, to po to, by sobie ją umieścić na koszulce. No właśnie – wydawało mi się.

Środkowy lub prawy obrońca, w zeszłym roku awansowany z rezerw do pierwszego składu i tak mu już zostało. Raczej ten mniej pewny punkt defensywy Depor.

Julian de Guzman – była tu już raz opisywana historia braci grających dla różnych krajów. Z de Guzmanami jest tak, że obaj urodzili się w Toronto, ale tylko starszy – Julek gra dla dorosłej kadry Kanady, a młodszy – Jonathan, dla młodzieżówki holenderskiej. Julian w reprezentacji klonowego liścia poczyna sobie całkiem całkiem, a największy indywidualny splendor spotkał go w 2007 roku, gdy został wybrany MVP Złotego Pucharu CONCACAF, choć Kanada dotarła tylko (aż?) do półfinału. Lewy pomocnik lub defensywny pomocnik lub nawet obrońca… Zobaczymy.

Sergio – żywa legenda klubu, czwarty pod kątem występów w Depor w Primera Division, środkowy (raczej defensywny) pomocnik. Pomocnik z niesamowitym strzałem.

Jeden z głównych ”winowajców” popsucia Realowi obchodzów 100-lecia, podczas spotkania o Superpuchar Hiszpanii w 2002 roku.

 

Lafita – podobieństw do Kaki póki co doszukiwałbym się jednak tylko w wyglądzie
ale trzeba przyznać, że prawoskrzydłowy Depor ma naprawdę spore możliwości.

Andres Guardado – chyba największa nadzieja meksykańskiego futbolu. 22-letni skrzydłowy na mundialu w Niemczech dostał szanse tylko w jednym meczu (z Argentyną w tradycyjnie przegranej przez Mexico 1/8 finału), ale pokazał się wówczas z dobrej strony. Oby w Poznaniu nie zrobił tyle szumu, co zawsze.

Cristian (Hidalgo) – ni to skrzydłowy, ni to napastnik – jeśli Lotina podał rzeczywistą jedenastkę, to ciężko mi znaleźć dla niego miejsce przy grającym Laficie i Guardado. O chłopaku nie wiadomo za wiele, poza tym, że jak już strzela, to drużynom z absolutnie najwyższej półki – na razie udało mu się pokonać bramkarzy Realu i Barcelony.

Juan Carlos Valeron – Piotr Reiss La Corunii, czyli symbol klubu na ławie. Na ławie w meczach ligowych, w pucharach (uważanych przez trenera Depor za mniej ważne) dostaje szasne na przypomnienie się. Przypomnienie np. o tym, że na Mundialu 2002 strzelił gola Słowenii

a na Euro 2004 – Rosji
Chyba trochę niedoceniany we wszystkiego rodzaju plebiscytach ofensywny pomocnik. Dla Deportivo już dziewiąty sezon, w ostatnich dwóch jednak gra coraz mniej – czy to za sprawą kontuzji, czy młodszego Joana Verdu, który zabrał mu miejsce w składzie.

Mista – chyba obecnie najsłabszy z trójki Riki – Omar Bravo – Mista, czyli dobrze dla nas. W ostatnim meczu ligowym z Almerią był praktycznie bezproduktywny (w porównaniu do Rikiego, który go zmienił). Przez pięć sezonów w Valencii nastrzelał trochę goli – konkretnie 40, ale czy to aż taka pokaźna liczba – nie powiedziałbym. Dwa sezony w Atletico słabiutkie – zaledwie trzy gole. W Deportivo próbuje się odbudować i choć strzelił gola w debiucie – i to Realowi – to ogólnie idzie mu średnio. Większe zagrożenie grozi Lechowi nie ze strony szpicy ataku, a ze strony skrzydłowych i Valerona (ewentualnie Verdu).

[tytuł oczywiście skrajnie przesadzony, ale faktycznie w kilku przypadkach – Aranzubia, ostatnio Mista – można mówić bardziej o komikach niż magikach]

Niech zwycięża Lech!

B.

Perełka z przeszłości ku refleksji prężnym wrocławskim organom

Ja nie chce być kontrowersyjna, mówiła jedna z bohaterek „Misia”. Ja też nie, ale jeśli ktoś obejrzy ten mecz i zagwarantuje, że nie był sprzedany, to osobiście zjem kartkę papieru formatu A4.

Rafał Pawlak, tak, tak, pamiętam. Ciekawe co myślał kopiąc w okienko własnej bramki. To musiał być cholerny przypadek. A co myślał Kryształowicz puszczając dwie bramki jak ostatni frajer. Gorszy mecz zdarza się każdemu, jasne. A może jednak przypadkiem obydwaj teraz nerwowo spoglądają przez firankę, kiedy tylko usłyszą, że jakiś samochód parkuje pod ich domem. Bardzo ciekawe.

P.