Z Archiwum X: Oleg Salenko

Dziś Lech gra w Moskwie, więc warto poruszyć piłkarski wątek rosyjsko-polski. 18 listopada minęło 8 lat od pierwszego i zarazem ostatniego występu w Ekstraklasie w barwach Pogoni Szczecin rekordzisty mistrzostw świata pod względem goli strzelonych w jednym meczu. Absolutny zwycięzca kategorii „Zawodnik Jednego Meczu”. Oto Oleg Salenko i jego zdumiewająca na każdym kroku kariera.
[na podstawie wywiadu dla Piłki Nożnej z 19-26 grudnia 2000 roku]

Urodził się w Leningradzie (Sankt Petersburgu), ale po zaledwie trzech sezonach gry dla Zenitu, w wieku 20 lat, przeniósł się do Dynama Kijów. A napisać trzeba koniecznie, że transfery pomiędzy tymi zespołami występowały wówczas w przyrodzie równie rzadko jak włosy na głowie Nowego Miłościwie Nam Panującego Prezesa PZPN. Czyli niezwykłość numer 1. Na kolejną nie trzeba było długo czekać, bo w pierwszym roku gry dla Dynama, Salenko pokazał się na arenie międzynarodowe: w 1989 roku został królem strzelców MŚ do lat 20. Ów wyczyn, jakże inaczej, został dokonany w niesamowitych okolicznościach. Najpierw jednak bura dla PN i autora wywiadu (a może dla Salenki za ściemnianie?), za napisanie prawdy, tylko na odwrót :) Wypowiedź piłkarza:

Bardzo miło wspominam tamten turniej, a szczególnie mecz przeciwko Nigerii, gdy wszedłem na boisko 20 minut przed końcem, przy stanie 0:4. Mimo to drużyna ZSRR, przy moim współudziale, zdołała wyrównać, a następnie wygrać tę rywalizację w karnych. Głównie dzięki bramkom zdobytym w tym właśnie spotkaniu zostałem najlepszym strzelcem turnieju.

Trzy zdania i… cztery nieprawdziwe informacje! Po prostu Radio Erewań się chowa :) Po pierwsze, Salenko zagrał cały mecz. Po drugie, to nie ZSRR odrobiło cztery gole straty, a Nigeria – to nasi sowieccy przyjaciele byli w tym meczu frajerami :) Po trzecie, frajerstwo zostało skumulowane o tyle, że to Super Orły wygrały w karnych. W końcu po czwarte – nasz bohater strzelił w owym ćwierćfinale tylko jednego gola, a koronę króla strzelców zapewnił sobie strzelając po dwa gole Syrii i Kolumbii w fazie grupowej :) Uff, redaktor Dariusz Łuszczyna albo gorzej władał rosyjskim niż mu się wydawało albo kolega Oleg postanowił sobie zakpić z dziennikarza. Tak czy owak – przypomnijmy sobie „cud z Damman”.

25 lutego 1989, Nigeria – ZSRR 4:4, karne 5:3
0:1 Kiriakow 30′,
0:2 Tediejew 45′,
0:3 Salenko 46′,
0:4 Kiriakow 58,
1:4 Ohehnen 61′,
2:4 Ohehnen 75′,
3:4 Elijah 83′,
4:4 Ugbade 84′

 

No to jak już jesteśmy przy kadrze Rosji i niezwykłych meczach – miejmy to już z głowy. USA 1994, Rosja – Kamerun 6:1 i pięć goli Salenki (do tego jeden Radczenki i honorowy 42-letniego Rogera Milli)

Club Deportivo 1924 Longrones 28.06.1994
Rußland – Kamerun
6:1
1:0 – 16. Min.
2:0 – 41. Min.
3:0 – 45. Min. pen.
4:1 – 72. Min.
5:1 – 75. Min.

 

 

 

(jeśli ktoś nie pamięta – szóstego gola, dającego tytuł króla strzelców strzelił Szwecji)

Dorobek reprezentacyjny jest naprawdę frasujący: 8 meczów i 6 goli (wszystkie na MŚ!) dla Rosji i… jeden mecz dla Ukrainy!

Tuż po rozpadzie ZSRR piłkarzom przydarzały się różne dziwne historie. Wystąpiłem w towarzyskim meczu Ukrainy jako piłkarz Dynama [z Węgrami, kwiecień 1992], ale przecież moją ojczyzną jest Rosja. Dlatego ostatecznie wybrałem jej barwy.

Wątki klubowe w karierze Salenki są równie zagmatwane.

Po kolei:

Z Dynama wyjechałem do hiszpańskiego Logrones. Miałem wprawdzie przygotowany kontrakt z Tottenhamem, ale przedstawicielom tego klubu nie udało sie załatwić mi pozwolenia na pracę. Ponieważ Tottenham współpracował z Logrones – udało mi się zakotwiczyć w Hiszpanii. Po finałach MŚ przeniosłem się do Valencii.

Logrones zaczęto nawet nazywać Salenko Team. Kiedy przeprowadzałem sie do Walencji, niektórzy kibice Logrones płakali… W pierwszych dziesięciu meczach Valencii zaprezentowałem się z dobrej strony, potem niestety zaczęły się problemy z brazylijskim trenerem Parreirą i zacząłem przesiadywać na ławce rezerwowych. Dlatego przeniosłem się do Glasgow Rangers – klubu, który akurat występował w Lidze Mistrzów. Przez pół roku grałem u boku takich sław jak Gascoigne, Brian Laudrup, Michajliczenko, McCoist…

Choć dobrze się tam czułem, chętnie przeprowadziłem się do tureckiego Istanbulsporu w ramach wymiany za Holendra Van Vossena. W Glasgow bałem się, że znów usiądę na ławce rezerwowych. Niestety, pojawiły się problemy ze zdrowiem, a Glasgow i Istanbulspor nie mogły się dogadać, kto powinien wypłacać mi należności kontraktowe. Ostatecznie trafiłem do drugoligowej, hiszpańskiej Cordoby – za darmo. Tam jednak w ogóle nie grałem [3 mecze].

Pewnego dnia skontaktował się ze mną Roman Kosecki [taki poseł PO z dużą fuflą – przyp. autora :)]. Powiedział, że ma znajomego biznesmena, który mógłby mi pomóc w znalezieniu dobrego klubu w Polsce. To była szansa na wyrwanie się z marazmu, wyjazdu i powrotu do dużego futbolu.

Z tym powrotem do dużego futbolu, to okazało się, że nie tak do końca. Salenko razem z Mielcarskim mieli stworzyć atak marzeń ”Car” i ”Miel-car”. Nie stworzyli. Salenko historię swoich występów w polskiej lidze ograniczył do 18 minut.


www.pogon.v.pl

Dnia 18 listopada 2000 roku Pogoń rozgrywała swój ostatni ligowy mecz w XX wieku i odniosła zwycięstwo 1:0 nad Stomilem Olsztyn. Spotkanie to przeszło do historii również dlatego, że wystąpił w nim drugi po Grzegorzu Lato w polskiej ekstraklasie król strzelców mistrzostw świata. Choć ”Car” Salenko więcej w Pogoni nie zagrał (mało tego, nigdy potem nie zagrał już w oficjalnym meczu ligowym!), to po sezonie 2000-01 mógł sobie do biografii dopisać wicemistrzostwo naszego kraju. Na pewno pęka z dumy :)

B.

Kłak – niebezpieczna prędkość

Lata dziecięce mają to do siebie, że bezkrytycznie patrzy się w nich na idoli – często bez względu na to, co oni sobą tak naprawdę reprezentują. Kiedy zaczynałem swoje piłkarskie podrygi to zestaw moich ulubieńców był naprawdę osobliwy i – co ciekawe – dotyczył głównie bramkarzy. Irlandczyk Bonner, Kostarykańczyk Conejo, Belg Preudhomme – galeria graczy na pewno nie największych, ale w moich oczach dalece wyidealizowanych. Na krajowym podwórku nie było natomiast golkipera nad Aleksadra Kłaka.

Jeśli ktoś stał na bramce w podwórkowym meczu, to na pewno był Kłakiem. Zubizaretta, Van Breukelen, Ravelli – oni wszyscy wysiadali przy chłopaku z Nowego Sącza.

W piłkę profesjonalnie zaczął grać w Iglopolu Dębica i tam kopał ją przez dobrych 7 lat. To właśnie jako piłkarz tego klubu święcił swój największy triumf w karierze – srebrny medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie.

Dał się tam poznać jako zawodnik obdarzny świetnym refleksem i dobrą grą na linii. Oczywiste wydawało się, że to tylko kwestia czasu, kiedy umości się na stałe w reprezentacyjnej bramce. Tym bardziej, że chorowała ona wtedy na osobliwą niemoc personalną w postaci kiepskiego Baki czy fatalnego Wandzika.

Blask bijący z drogocennego kruszcu sprawił, że dębicka okolica stała się dla niego za ciasna. Postanowił więc ruszyć w Polskę, najpierw do poznańskiej Olimpii, potem do zabrzańskiego Górnika. W kadrze stawiał na niego trener Strejlau, Kłak się rozwijał, wydawało się, że wkrótce będzie można zacząć oglądać mecze z udziałem polskich bramkarzy bez zażywania relanium.

Wtedy jednak Kłak postanowił zniknąć. Niczym sztukmistrz z Lublina.

Pojawił się po jakimś czasie w niższych ligach niemieckich. Tułał się tam przez rok po różnych klubach, po czym trafił do Belgii, do solidnego Royal Antwerp. Pierwszy sezon był dla Kłaka naprawdę udany – występował regularnie a nowy selekcjoner Janusz W. odkurzył jego osobę w kontekście reprezentacji. Jednak kontuzje spowodowały, że Kłak kolejne sezony zaliczał coraz bardziej epizodycznie. Z kadrą pożegnał się kiepskim meczem w Tbilisi.

Potem przeniósł się jeszcze na chwilę do Holandii, krótko był temat jego gry dla Lecha Poznań, ale dolegliwości z kolanem wzięły górę. Siłą rzeczy, choć nie z własnej woli, wpisał się w schemat zmarnowanego olimpijskiego talentu.

Życie jednak nie znosi próżni, nie znosi jej też Kłak. Po zakończeniu kariery został… kierowcą autobusu w Antwerpii! Podobno obsługuje linię, która przejeżdża obok swojego ex-stadionu. Na motywach jego nowych doświadczeń zawodowych powstała nawet holywoodzka superprodukcja:

Kłak akurat nie mógł osobiście w niej zagrać bo był w trasie. Wskazał na Keanu Reevesa jako na swojego zastępce.

P.

Święta wojna o mistrzostwo Brazylii

Tej potrawy prawdziwym kibicom reklamować z pewnością nie trzeba. W środową noc szykuje nam się bowiem wspaniała piłkarska uczta. Brazylia właściwa w towarzyskiej potyczce podejmie na własnym boisku "Brazylię Europy" jak określa się reprezentację Portugalii. Naprzeciw siebie staną najwięksi futbolowi artyści. To prawdziwe święto sportu. Mecz zapowiada się niesłychanie interesująco, jednak pokuszenie się o próbę przewidzenia wyniku tej niepowtarzalnej batalii jest wyzwaniem nie lada. Właściwie tylko obstawiając wynik trzydrogowo (z tzw dwiema "podpórkami"), czyli: 1 0 2 możemy być czegokolwiek pewni ;)

Obie drużyny, również towarzysko, zmierzyły się po raz ostatni grubo ponad półtora roku temu. 6 lutego 2007 roku w Londynie na Emirates Stadium triumfowali Portugalczycy, którzy po bramkach Simao i Carvalho odprawili Canarinhos z kwitkiem.

Zresztą w ogóle w 3 ostatnich potyczkach pomiędzy tymi drużynami Brazylijczykom tylko raz udało się zremisować – w 2001 roku w Lizbonie 1:1. 2 lata później, w roku 2002 na boisku w Porto znów musieli uznac wyższość Portugalii, z którą przegrali 1:2. Po raz ostatni Canarinhos sięgnęli po zwycięstwo nad swymi byłymi kolonizatorami aż 19 lat temu(!), w 1989 roku w Rio de Janeiro, gdzie roznieśli ich 4:0. Inna sprawa, że portugalska piłka przeżywała wówczas pewien kryzys. Niemniej jednak warto zauważyć, że w meczach rozgrywanych na własnym boisku Brazylia jak dotąd ZAWSZE, czyli aż ośmiokrotnie, z Portugalią wygrywała!

Za najważniejszy w historii pojedynek obu tych drużyn uchodzi legendarny już mecz rozegrany na Mistrzostwach Świata w Anglii w roku 1966. Wówczas to górą byli Portugalczycy którzy prowadzeni do zwycięstwa przez słynnego Eusebio (strzelił wtedy 2 gole) zepchnęli w cień "króla futbolu" – Pele i jego kolegów wygrywając ostatecznie 3:1. 

Dziś obie drużyny niemal sąsiadują ze sobą w rankingu FIFA. Według stanu na 12 listopada Brazylia okupuje tam piątą lokatę, a następne pięć schodów pod nią plasują się Portugalczycy. Oba zespoły końcówki bieżącego roku nie mogą chyba jednak zaliczyć do udanych. Brazylijczycy aż w trzech ważnych eiliminacyjnych spotkaniach na własnym terenie tylko bezbramkowo remisowali (z Argentyną, Boliwią i Kolumbią) przecinając jednak tę mizerię dwoma całkiem efektownymi zwycięstwami na wyjazdach, nad Chile (3:0) i Wenezuelą (4:0). Niemniej jednak w kontekście meczu z Portugalią, na uwagę zasługuje fakt, że podopieczni Dungi już od 3 spotkań na własnym boisku nie tylko nie potrafią wygrać, ale nawet choćby strzelić bramki!
Podobny problem ze skutecznością mają jednak również Portugalczycy, którzy w ostatnich swych kwalifikacyjnych do Mundialu spotkaniach niemiłosiernie zawodzą. Najpierw we wrześniu zawodnicy Carlosa Queiroza przegrali na własnym boisku z Duńczykami 2:3, a następnie bezbramkowo remisowali ze Szwecją (wyjazd) oraz Albanią (u siebie).

Chciałbym wierzyć, że w tym niezapomnianym meczu gol będzie golem poganiał, ale mam jednak pewne obawy, czy nasi wirtuozi nie wyszaleją się jeszcze w szatni przed wyjściem na boisko ;) 

a już na murawie czy nie poczęstują nas przypadkiem bezbramkowym remisikiem, w których tak sobie ostatnio upodobali (choć po wielu sytuacjach podbramkowych oczywiście;) Będę jednak optymistą â�� sprawiedliwe 1:1 i pierwszy remis na brazylijskiej ziemi padnie łupem Portugalczyków.

R.

Pierwszy raz Boskiego Diego

 

Szkocką słotę wybrała Opatrzność na miejsce ponownego zesłania na zieloną murawę Boskiego Diego. Jego ręce tym razem żadnej piłki do wyspiarskiej bramki nie wrzucą, ale już głowa – w pośredni sposób – może to zrobić. Poza tym, jego kumpel Caniggia chętnie podpowie mu jak skutecznie trafiać na nasiąkniętych deszczem boiskach – sam robił to przez kilka lat – a potencjalni wykonawcy wyroku na szkockim bramkarzu wręcz będą się prześcigać się kto zrobi to jako pierwszy. Nie bez kozery, wszak w kadrze jest oficjalnie nominowani już następcy Maradony – Sergio Aguero i Carlos Tevez, a także piłkarz, który w krótkim czasie takim tytułem również zostanie obdarowany – Ezequiel Lavezzi z Napoli.

Dzielni Szkoci jednak nie z takich co by się ulękli Argentyńczyków i nabruździć sobie na własnym terenie specjalnie nie dadzą – swój honor mają.

Co z tego wyjdzie? Remis jak w pysk strzelił. Szkoci pierwsi strzelą bramkę, zamurują się, Argentyńczycy ruszą do ataku, będą systematycznie przesuwać się w kierunku szkockiej bramki

i w końcu strzelą coś na 1-1. Dzięki temu Boski Diego nie utraci swej boskości już w debiucie. Ale zadowolony na pewno nie będzie.

P.

Estonia – Mołdawia, czyli każda okazja do zwycięstwa dobra

Mrożąca krew w żyłach historia spotkań pomiędzy Estonią i Mołdawią sięga 1998 roku. Wtedy to po raz pierwszy zwarły się futbolowym uścisku te dwie… kiepskie drużyny. Bilans rywalizacji delikatnie na plus Estonczyków – w czterech rywalizacjach dwukrotnie to oni zwyciężali, raz był remis, a raz wracali na tarczy. Trudno mówić o większej myśli piłkarskiej w obu przypadkach – ekipy tradycyjnie okupują bardziej (Mołdawia, wyprzedzona nawet przez Luksemburg) lub mniej szary (Estonia, tylko jeden punkt, w tabeli zaledwie przed Armenią) koniec swoich tabel eliminacyjnych.
Jako jednak, że zawsze patrzymy na jasną stronę życia, będziemy pasjonować się występem 25-letniej wschodzącej gwiazdki drużyny znad Bałtyku – grającego w Torpedo Moskwa napastnika Vladmimira Voskoboinikova.

Na pewno coś tym razem ustrzeli. No może nie na pewno, ale a nuż mu się uda.

 

Gdybym miał pokusić się o typ, postawiłbym na zwycięstwo Estonii. Ale za dużo goli to w tym meczu nie będzie.

P.

PS Estonia – Mołdawia 1:0. Strzelcem gola… Vladmimir Voskoboinikov :)

 

Widzew – Korona, czyli Robak przeciwko swoim

Dziś o 19 mecz na szczycie I ligi (no prawie szczycie). Spotkanie dwóch drużyn, które jeszcze na początku sezonu miały spore problemy z określeniem swojej przynależności ligowej – Ekstraklasa/ I liga/ II liga. Teraz jednak zawirowania mają za sobą i z mocą lodołamacza suną ku Ekstraklasie.
Co jest podobnego w obu drużynach – obie strzelają stosunkowo dużo bramek jak na zaplecze Ekstraklasy, obie graja równie dobrze na wyjazdach jak i u siebie (odpowiednio 19 i 17 punktów Korony oraz 22 i 15 punktów Widzewa).
Ostatnie starcie miało miejsce w Kielcach na wiosnę 2008 roku i zakończyło się dość szczęśliwym dla łodzian remisem 1:1.

Generalna zasada jest taka – Korona pierze Widzewa. Na ich ostatnie sześć ligowych konfrontacji kielczanie wygrali pięć i jeden zremisowali. Statystyka nie pozostawia złudzeń. Jakby tego było mało, to po ”zamroczeniu” na inaugurację rozgrywek, podopieczni Gąsiora grają bardzo równo, czego przykładem jest fakt, że ostatni raz przegrali 10 kolejek temu (z Odrą Opole).

Co za Widzewem? Widzew na własnych śmieciach jest równie groźny jak Boliwia w andyjskich odmętach duszności. W tym sezonie gubił punkty tylko w dwóch meczach. Poza tym to łodzianie się puszą po ostatnim ligowym zwycięstwie a ”złocisto-krwiści” liżą rany po bolesnym piątkowym 2-2 z Górnikiem Łęczna.

Najpoważniejszy jednak atut Widzewa wygląda tak:

a jeszcze niedawno wyglądał tak:

"Marcin, po co przeszedłeś z Korony do Widzewa?". "Żeby wywalczyć z nim awans do Ekstraklasy". Jeśli tylko wciąż będzie robił to, co potrafi najlepiej, Widzew już może oszczędzać pieniądze na wyjazdy do Krakowa, Poznania czy Warszawy.

 
P.

Kalu znaczy szczęśliwy, czyli nie noszę czapki, bo źle w niej wyglądam

 Jak na skromne warunki naszej ekstraklasy był piłkarzem wręcz zjawiskowym. Po polskich boiskach od lat nie biegał tak znakomity futbolista. I nie zanosi się, by w najbliższym czasie murawy naszych ligowych stadionów miał wydeptywać ktokolwiek o choćby zbliżonych umiejętnościach piłkarskich (choć Semir Stilic też ma zdatki na niekiepskiego grajka). Kalu Uche kończy dziś 26 lat i wciąż jeszcze ma szanse na to, by zostać wielkim piłkarzem. Czy mu się to uda, zależy głównie od niego samego.

Gdy późnym latem 2001 roku Kalu przyjechał do Krakowa miał za sobą nieudaną próbę przebicia się do szerokiej kadry Espanyolu Barcelona. Młodziutki nigeryjski piłkarz ostatecznie wylądował jednak w rezerwach klubu ze stolicy Katalonii, więc przejście do Wisły było dla niego ogromną szansą na zaistnienie i w miarę regularną grę na pierwszoligowym poziomie. Początki jednak nie były łatwe. W swym debiutanckim sezonie na naszych boiskach Uche rozegrał ledwie 11 spotkań (zdecydowana większość w niepełnym wymiarze czasu) w których nie zdołał uzyskać dla „Białej Gwiazdy” żadnego trafienia. Ówczesny trener wiślaków Franciszek Smuda nie był zachwycony postawą zawodnika. Popularny Franz najchętniej pozbyłby się Nigeryjczyka już w przerwie zimowej, ale Kalu miał z Wisłą podpisaną umowę do czerwca. Nie wiem co z tym fantem zrobić – zwierzał się Smuda dziennikarzom późną jesienią 2001 roku. Wszystko wskazywało więc na to, że przygoda Kalu z naszą piłką nie będzie zbyt rozciągnięta w czasie.

Gdy jednak na trenerskiej ławce przy Reymonta nastały rządy Henryka Kasperczaka dla afrykańskiego futbolisty wyjrzało słońce. W przeciwieństwie do swego poprzednika Kasperczak odważnie postawił na Kalu Uche. Nigeryjczyk stał się teraz centralną postacią drużyny. Hasając sobie z magicznym numerem „10” na plecach oraz dostając od trenera wiele swobody na boisku, mógł wreszcie poczuć się pewnie i wyzwolić na murawie swą twórczą inwencję. Zyskali na tym wszyscy. Byliśmy świadkami eksplozji niebywałego wręcz, jak na nasze rodzime warunki, talentu. Pamiętam pucharowy mecz Wisły w Belfaście, w którym Kalu niemal każdym swoim zagraniem ujawniał wprost niesłychane a drzemiące w nim możliwości. Potem było już tylko lepiej. Nadeszła bowiem wspaniała jesień dla piłkarzy krakowskiej Wisły, która niczym walec rozjeżdżała kolejne zapory na swej drodze w Pucharze UEFA. Glentoran, Primorje, Parma, wreszcie Schalke. W pojedynkach z każdym z tych rywali Uche należał do zdecydowanie najlepszych na boisku. Strzelał piękne bramki, nie mniej efektownie ciesząc się po ich uzyskaniu. A im silniejszy rywal tym Kalu dla niego groźniejszy, a jego gra lepsza. Szarpie na prawej stronie, mija rywali z lekkością i polotem a piłka po prostu klei mu się do podeszwy. Chłopak wyczynia z futbolówką co tylko chce. Włochów z Parmy ogrywa niemiłosiernie, Niemcom w Gelsenkirchen zadaje decydujący cios, gdy wynik brzmi 1:1 i ważą się losy awansu.

 

 

Wiosną Wisła trafia na Lazio. Mecz na Stadio Olimpio, to bez dwóch zdań jedno z najlepszych wyjazdowych spotkań polskich klubowych drużyn w europejskich pucharach jakie pamiętam. Wisła Kasperczyka gra otwarty, techniczny, ofensywny futbol. Jest zespołem zdecydowanie lepszym od Lazio. A jednak to Włosi jako pierwsi zdobywają gola. I wtedy do akcji wkracza Kalu. Jego wyrównująca bramka jest czymś cudownym. Sposób w jaki potrafił znaleźć się w polu karnym, łatwośc i finezja z jaką w tak trudnym momencie opanował piłkę a nastepnie posłał ją do rzymskiej bramki było czymś czego się nie zapomina. Remis 3:3 to wynik zupełnie nie oddający dominacji wiślaków na placu gry.

 

W Krakowie już w początkowych minutach po pięknej akcji Nigeryjczyka i strzale Kuźby Biała Gwiazda obejmuje prowadzenie, lecz ostatecznie to Lazio wygrywa 2:1 i przechodzi dalej.

Dla Wisły to koniec pięknej przygody z europejskimi pucharami. Dla Kalu Uche zaś, to początek powolnego zmierzchu przyjaźni z krakowskim klubem. Latem 2003 roku Wisła znów „szykuje się” na podbój piłkarskiej Europy. Szykowanie owo polega (tradycyjnie już) na wyprzedaży czołowych postaci zespołu, który tak dzielnie poczynał sobie w poprzedniej edycji Pucharu UEFA. Mimo obietnic prezesa Cupiała, że zależy mu na utrzymaniu mocnej drużyny a nawet na jej wzmocnieniu z klubu odchodzą Kosowski i Kuźba, gracze nie do przecenienia dla wartości zespołu. Gdy jednak pojawia się oferta dla Kalu Uche z wielkiego Ajaxu Amsterdam działacze rażąc niekonsekwencją nie wyrażają zgody na odejście Nigeryjczyka. Ten w ramach odwetu za zmarnowanie szansy na swój życiowy transfer odmawia udziału w meczu kwalifikacyjnym z Omonią Nikozja. Kalu postąpił w ten sposób, by chronić swoją karierę. Gdyby zagrał w meczu z Omonią, już nie mógłby zagrać w Lidze Mistrzów w barwach Ajaksu. A właśnie z myślą o tych rozgrywkach klub chciał sprowadzić Uche. Kalu miał w kontrakcie klauzulę umożliwiającą mu odejście do innego klubu. Miał jednak nadzieję, że Wisła potraktuje propozycję z Ajaksu ze zrozumieniem. Stało się inaczej – tłumaczył prawnik reprezentujący interesy nigeryjskiego piłkarza. W sierpniu Uche przesyła do siedziby klubu pismo informujące, że rozwiązuje z nim umowę bez wypowiedzenia. Następnie zwraca się z prośbą do FIFA o zbadanie sprawy zablokowania jego transferu, po czym udaje się do ojczyzny, by tam w rodzinnej Abie oczekiwać na decyzję światowej federacji. 2 grudnia 2003 roku Międzynarodowa Federacja Piłkarska orzekła, że Wisła Kraków jest jedynym klubem, w którym może grać Kalu Uche. Wisła została zobowiązana do dopuszczenia zawodnika do treningów i meczów mistrzowskich od momentu zakończenia okresu dyskwalifikacji. Kalu nie pozostaje więc nic innego jak posypać głowę popiołem i powrócić do Krakowa. I choć z otwartymi ramionami wita go tam największy wyznawca jego talentu – trener Kasperczak, to kibice Białej Gwiazdy już nigdy nie zapomną Nigeryjczykowi tego co się stało. Uche znów gra dla Wisły, znów jest czolowym jej zawodnikiem, wciąż jest wspaniałym dryblerem, cudownie operującm piłką, ale po entuzjazmie z gry dla krakowskiego klubu nie pozostał nawet ślad. W rozegranej pod Wawelem batalii o Ligę Mistrzów z wielkim Realem Madryt Uche jeszcze zagra, ale na Santiago Bernabeu już nie pojedzie. Natychmiast po odpadnięciu z rozgrywek Nigeryjczyk przechodzi do Girondins Bordeaux. Sezon spędzony we Francji nie przynosi mu jednak na pewno sportowego spełnienia. Na francuskich boiskach Kalu trafi do siatki rywala tylko raz, a zdecydowaną większość z 24 meczów ligowych rozegra w niepełnym wymiarze czasu.

 

Wszystko to sprawi, że Bordeaux nie zdecyduje się na definitywny transfer i Uche znów wraca do Krakowa. Tu ponownie czeka go batalia o Ligę Mistrzów. Tym razem na przeszkodzie staje Panathinaikos. Kalu w pierwszym meczu strzela nawet bramkę, ale w Atenach Jerzy Engel bardzo szybko ściąga go z boiska.

 

Wisła odpada po dogrywce, a Uche znów żegna się z naszym krajem i wyjeżdża do Hiszpanii, gdzie podpisuje definitywny, tym razem, kontrakt z drugoligową Almerią. Tam się odbudowuje. Wprowadza swój zespół do Primera Division i jest w niej jego silnym punktem. Po latach udaje mu się to, o co jako młody chłopak bez powodzenia próbował walczyć w Espanyolu – gra w jednej z najsilniejszych lig na świecie. Kalu jest ulubieńcem kibiców w Almerii. Znów zachwyca swoją grą, skutecznością, finezją.

 

(gol strzelony Valladolid – 3 min. 35 sek. filmu – wymagał nie lada kunsztu technicznego)

 

Już teraz Uche osiągnął to, o czym przytłaczająca większość polskich piłkarzy może tylko pomarzyć – strzelał bramki tak wielkim klubom jak Real Madryt

 

czy FC Barcelona

 

Trafia również dla reprezentacji Nigerii

 

Kalu Uche wciąż ma wszelkie predyspozycje by zostać naprawdę wielkim piłkarzem. Jedyną przeszkodą w osiągnięciu tego celu może okazać się niestety on sam. Piłkarz, który z taką swobodą operuje piłką na boisku, również i poza nim owej swobody się nie wyzbywa. Na zgrupowanie Wisły we Francji, swego czasu ponoć nie dojechał, bo … źle nastwił budzik.

W jednym z internetowych czatów sam zawodnik przyznał przed laty, że nie nosi czapki, bo źle w niej wygląda. Gdyby jednak zdarzyło mu się kiedyś owo nakrycie głowy włożyć, powinien je natychmiast zdjąć, by pokłonić się do samej ziemi piłkarskiemu talentowi, którego jest nosicielem i którym został tak hojnie obdarowany. Jak piłkarz sam wyjaśniał – w Nigerii „Kalu” znaczy „szczęśliwy”. Chciałbym wierzyć, że przez kilka najbliższych lat Kalu Uche zdąży oczarować swą grą niejeden stadion, i że usłyszymy jeszcze jego nazwisko, wymieniane podczas największych imprez piłkarskich. Wszystkiego dobrego Kalu!

 

 
R. 

 

Kibice: piłkarze to nie niewolnicy!

Tak się ułożyło, że znowu o zapleczu ekstraklasy (nazwa I liga wobec drugiej klasy rozgrywek jakoś nie przechodzi mi przez klawiaturę). Ten transparent wisiał w ostatni weekend w Opolu. Miejscowa Odra kolejny rok ledwo wiąże koniec z końcem, w klubie brakuje na wszystko, o wypłatach można zapomnieć. Władze miasta, jak czytam na blogu dziennikarzy nto, wspierają sport. Ale robią to źle – mała suma przekazywana na wiele klubów, tak naprawdę wszystkie skazuje na wegetację. Kibice piłki w Opolu mają dość – dziś zwrócili się z dramatycznym apelem o ratowanie Odry, w którym czytam m.in.:

My uważamy, że sytuacja w klubie jest dramatyczna. Panuje anarchia i samowola. Tak jakby ktoś chciał wymazać Odrę z mapy sportowej. Zarówno płynność finansowa, jak i kwestie zarządzania pozostawiają bardzo wiele do życzenia. Nieudolność tzw. „działaczy” doprowadziła do tego, że nie mamy solidnych sponsorów (nie ubliżając obecnym). Niestety prowadzenie prywaty wydaje się normalnością w tym klubie. Stary Zarząd robił to nagminnie, a teraźniejszy nie reaguje na to , co się pod jego nosem dzieje !!! I jeszcze do tego dopłaca , a powinno być odwrotnie!
Czy w naszym mieście nie znajdzie się uczciwy i prawy człowiek, który wziąłby w swoje ręce stery zarządzania klubem i wyprowadziłby go na prostą? Niestety, takich ludzi odsunięto.
Dlatego apelujemy do wszystkich ludzi dobrej woli, obojętne na jakim polu działają, o pomoc w uratowaniu naszego kochanego klubu. Czy musi dojść do jego rozwiązania?

My kochamy Odrę i mówimy nie!

Odkąd pamiętam, kibice w naszym kraju wypominali piłkarzom zarobki. Wiadomo: kontrakty macie bajońskie, na boisku nawet się nie spocicie, a my sobie od ust odbieramy, byle tylko na bilet uskładać. Pamiętam transparent w Poznaniu w 2004 roku. ”Dla was żel, fury i kasa. Dla nas wstyd”, z którym zgodzić się mogłem tylko w połowie (dotyczącej wstydu za grę Kolejorza), bo z kasą to wtedy było gorzej niż źle. Może się mylę, ale nie przypominam sobie innego przypadku, by fani upomnieli się o pieniądze dla zawodników. Dla takich kibiców warto grać i wygrywać. Jak Odra w sobotę ze Stalą Stalowa Wola. 3:0 w meczu o sześć punktów!

B.

Serce trenera

Trenerowi Warty Bogusławowi Baniakowi można na pewno zarzucić sporo (pewnie też ”zarzucić” w różnym tego słowa znaczeniu…). Po świetnym starcie sezonu w wykonaniu ”Zielonych”, zespół niespodziewanie ogarnął ogromny marazm, z którego szkoleniowiec nie potrafił wydobyć podopiecznych. Dno zostało osiągnięte dwa razy – przy okazji porażki 1:2 z Dolcanem u siebie, ale zwłaszcza – przy pogromie 4:0 w Świnoujściu.

 

Po serii pięciu porażek z rzędu (licząc Puchar Polski – sześciu), zwycięstwo i przełamanie nastąpiło w Gorzowie Wielkopolskim. Tam jednak drużynę prowadził asystent Sławomir Najtkowski, bo Baniak z powodu kłopotów z sercem udał się na zwolnienie lekarskie. Wydawało się, że popularny Bebeto vel Bidon na poznańską ławkę trenerską już nie wróci. Pozostanie na L4 byłoby dla trenera najbezpieczniejszym wyjściem. Choremu człowiekowi wybacza się więcej, a urlop zdrowotny z powodu rzeczywistych problemów z sercem, nie byłby kojarzony z ucieczką z tonącego okrętu (wersję o nagłych kłopotach zdrowotnych spowodowanych zaproszeniem na przesłuchanie do Wrocławia – mimo wszystko – odrzucam).

Baniak postanowił jednak wrócić do zespołu – do końca roku. Jak opowiadał, obejrzał zwycięstwo Juventusu nad Realem i postanowił, że jego drużyna pokona Widzew właśnie taką konsekwencją taktyczną. Ileż trzeba wiary, by założyć, że piłkarze z ogona tabeli zaplecza ekstraklasy są w stanie skutecznie skopiować wzorce włoskich mistrzów taktyki. Baniak tę wiarę w swój zespół miał. Zwycięstwo nad Widzewem było być może najlepszym meczem, odkąd objął zespół ”Zielonych”. Cieszy mnie, że w taki sposób pożegnał się z poznańską publicznością. Ci nieliczni kibice Warty mieli choć trochę radości po pasmie upokorzeń. Tu gol na 3:1 – młodszy Burkhardt w doliczonym czasie gry.

 A serce? Zapytany o nie, Baniak odpowiedział: Czuję się niepewnie, no nie jest zbyt… Ale teraz ja się cieszę, nie jest ważne serce, bo to są trzy punkty zdobyte pierwszy raz od dłuższego czasu. Od razu się lepiej czuję i serce mnie tak nie boli.

Trenerowi Warty Bogusławowi Baniakowi można na pewno zarzucić sporo. Ale na pewno nie to, że nie wkłada w swoją pracę całego serca. Nawet chorego serca.

B.

Rozmazane Pasy

Szanuję Stefana Majewskiego za to, że jest uczciwym człowiekiem (pierwszy zakomunikował Wojciechowi Szymańskiemu, że piłkarze Świtu to zwykłe sprzedawczyki), nie boi się wygłaszać stanowczych i – co ważne – często niegłupich poglądów, przykłada się do swojej pracy i tego samego wymaga od innych (vide Doktor kontra balangowy Marcin Burkhardt).

Nie szanuję Stefana Majewskiego za to, że zabił Cracovię.

Obecne sytuacja Cracovii jest tak irracjonalna, że szukanie jakiegoś konkurencyjnego przykładu jest dość karkołomne (choć chwilka – jest takie miasto Zabrze…:)). W klubie są duże pieniądze (Piotr Polczak przyszedł za 800 tys. zl), kilku niezłych zawodników, jest oddana grupa kibiców, cudowna tradycja i piękna aura wokół klubu, której pozazdrościć może krakowskiej drużynie większość ośrodków Ekstraklasy. Niestety w klubie był też Doktor. Był, ale ekipa wciąż liże po nim rany.

Trener ten wyciął w pień wszystko co kreatywne w Cracovii. Cokolwiek by nie sądzić o Bojarskim, Skrzyńskim czy Gizie, to potrafili oni pociągnąć grę do przodu, zmontować coś pomysłowego, wymienić kilka niebananych zagrań.

Stefan konsekwentnie jednak stawiał na "zaufanych". "Zaufani" dzielili się na dwie kategorie. "Zasiedziali" to zawodnicy starsi, którzy pozytywnie przeszli "majewską weryfikację" (Cabaj, Radwański, Kłus, Nowak). "Żółtodzioby" to z kolei młodziaki, których Stefan zauważał i których z uporem maniaka wysyłał w I-ligowe boje (dłuuga lista – Kaszuba, Baliga, Krzywicki, Dudzic…). Ta mieszanka niestety miała działanie autodestrukcyjne. Cracovia grała futbol ultradefensywny, często w ogóle bez napastnika, a jedyną aktywnością drużyny było bunkrowanie własnej bramki. Mecze Pasów przyprawiały o ból zębów, co zabawne jednak – nie Majewskiego. On uważał, że nawet w kompromitacji z Szachtiorem Soligorsk jego zespół zagrał świetnie i tylko nie wiadomo dlaczego przegrał. Młodzi sobie jeszcze nie radzili, starzy często sami się kompromitowali (Cabaj, Cabaj, Cabaj…), a Pawlusiński nie miał wystarczająco dużo rzutów wolnych, żeby samemu odrabiać straty. Po cichutku, po malutku, Cracovia została najnudniejszą i najsłabszą drużyną w ekstraklasie. Gorszą niż biedujące ŁKS, Piast czy Bytom. W całych obecnych rozgrywkach strzeliła 5 bramek, a od czterech spotkan w ogóle nie trafiła do siatki… Stefana już dziś nie ma pod Wawelem, ale – patrząc na grę Pasów – nie sposób odnieść wrażenie, że jego duch wciąż towarzyszy ekipie.

Kilka lat temu Wojciech Stawowy stworzył fajną, kopiącą z polotem drużynę, która miała szansę stać się mocnym graczem w polskiej piłce. Gorąca głowa prezesa Filipiaka sprawiła, że tak się nie stało. Stefan Majewski stworzył podwaliny pod zabijanie kibiców za pomocą telewizyjnej transmisji meczu swojej druzyny. Teraz jest krucho. Mimo to jestem jednak absolutnie przekonany, że miejsce Cracovii jest w górnych rejestrach naszej ligi. Wierzę, że Pasy się odrodzą i spokojnie uratują swój ekstraklasowy byt. Graczy mają niezłych (choć głównie defensywnych), solidnie przepracują okres przygotowawczy na strzelnicy, dokupią dwóch-trzech ofensywnych grajków i jestem spokojny, że w przyszłym roku nie zabraknie krakowskiej "świętej wojny". A potem, to kto wie, może wpadnie jakieś Intertoto:)

P.