Wczesne dorastanie Marcina Burkhardta

To chyba znak czasów, że będąc obecnie dobrym piłkarzem – mając już lat 18 jest się koszmarnie bogatym (Pato), gdy się ma lat około 20 to się pisze swoją autobiografię (Michael Owen) a w okolicach ćwierćwiecza działalności na ziemskim padole już powoli trzeba się rozglądać za wakacyjnym klubem, gdzie kopiąc futbolówkę można sobie nieco odłożyć (Denilson). Taka nieobecna nigdy przedtem akceleracja piłkarskiego żywota dotyka coraz większą liczbę zawodników. Nagły rozbłysk, szybka kariera, duża eksploatacja i szybkie wypalenie. Potem zostaje już tylko dogorywanie w słabszych zespołach i wspominanie kilku lat w elicie przy lampce koniaku. Syndrom ten funkcjonuje na płaszczyznie futbolu światowego (że wspomnę tylko Larsa Rickena, Ilhana Manzisa, Maxi Lopeza czy El Hadjiego Dioufa), działa również i na naszym rodzimym podwórku.

Dziś 25 urodziny obchodzi Marcin Burkhardt (wszystkiego najlepszego). Jego kariera wpisuje się jak ulał w powyższe trendy:) Starszy syn, byłego pierwszoligowego bramkarza pomocnika Olimpii Poznań, Jacka Burkhardta genetyczną siłą inercji również zaczął kopać futbolówkę. Szło mu na tyle dobrze, że po wysokiego chłopaka zgłosiła się Amica Wronki. W niej też on debiutuje krótko przed 18 urodzinami. Pierwszy sezon bez szału – trener Jabłoński jedynie ogrywa młokosa w I lidze. Natomiast w drugim (2002/2003) już eksploduje jego talent. Marcin błyszczy na każdym froncie – czaruje w lidze (29 meczów i 3 gole, dużo asyst), daje koncerty w Pucharze UEFA (bramki z Llanstffraid i Servette Genewa, kapitalny mecze z Malagą – Hiszpanie chcą go brac od ręki). Selekcjoner biało-czerwonych powołuje go na mecze z Macedonią i eliminacyjny z San Marino…

Bury ma wszystko to, czego brakowało polskim pomocnikom – świetny przegląd pola, dokładne podanie i kapitalne uderzenie. Przy okazji ma też kilka cech również znamionujących artystów-playmekerów: nonszalancję, niechęć do urywania sobie rękawów podczas meczu i granie pod siebie. Taki trochę klon Piekarskiego. I podobna skala talentu. Wielu widzi w nim zbawcę reprezentacji. I on karmi ich taką wizją – m.in. w meczu z Maltą strzela bramkę z połowy boiska.

Potem już jednak zaczynają się schody. Trenerem Amici staje się Majewski, pieszczotliwie nazywany przez piłkarza Bin Ladenem. Popularny Doktor nieprzychylnie patrzy nawet na chodzenie w klapka po schodach a co dopiero na manieryczno-gwiazdorskie zapędy Burkhardta – szalone fatałaszki, piwka na boku, mało sportowy tryb życia. Relacje obu panów są równie sympatyczne jak stosunki woźnego ze szkolnym łobuzem – zachowanie chłopaka trudne do zaakceptowania, chętnie by rozgonił na cztery wiatry, ale występować musi, bo bez takich jak on biznes może się sypać. Ku radości wronieckiego playmakera Stefana na posadzie zmienia Maciej Skorża. Burkhardt nieco pokornieje i robi furorę w Pucharze UEFA jako… bramkarz (w meczu z Auxerre). Poza tym gra nieźle, ale już ogląda się za nowym klubem. Od nowego sezonu trafia do Legii Warszawa.

Po krótkiej aklimatyzacji za panowania Jacka Zielińskiego, u Wdowczyka już gra jak natchniony – strzela, podaje, walczy. Janas myśli, czy nie wziąć go do kadry na Mundial do Niemiec, ale koniec końców nie decyduje się na ten krok (moim zdaniem to był wielki błąd – w owym czasie o głowę przerastał późniejszego "innego" faworyta Majewskiego – Gizę). Ale Burkhardt gra naprawdę świetnie. Chwilami jak krzyżówka Pisza z Rogerem…

a czasmi jak Kazimierz Deyna. 

Jednak wraz z przyjściem Jana Urbana do Legii Burkhardt idzie w odstawkę. Nowy trener woli widzieć w składzie Piotra Gizę (nomen omen, to chyba jakiś prześladowca M.B.:)), zarzuca Marcinowi, że ten nie walczy na boisku. Słowem, przekazywany między wierszami komunikat jest dość jednoznaczny – "pakuj się chłopie". Po małych zawirowaniach i krótkich nawrotach uczuć Urbana, Burkhardt wylatuje do Szwecji szukać formy i ukojenia. Nieraz chłodny północny klimat dobrze działał na gorące głowy polskich piłkarzy (Sypniewski…), ale nie można też wykluczyć, że IFK Norrkoping to dla tego piłkarza po przejściach dom spokojnej starości (a w zasadzie młodości).

Liczę jednak, że wróci. Liczę, że się wyliże ze skandynawskiej posuchy szybciej niż Sebastian Mila. Liczę, że nie zapomni jak się gra w piłkę. Liczę na to, bo Burkhardt wciąż jest młody.

P.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *