Gdzie są chłopcy z tamtych lat – Świt: 5 lat później

Dwa miesiące temu minęło 5 lat od słynnej afery barażowej związanej z meczem Szczakowianka Jaworzno – Świt Nowy Dwór Mazowiecki. 31 lipca 2003 roku PZPN dożywotnio zdyskwalifikował 6 zawodników Świtu – Rutę, Krzętowskiego, Warszawskiego, Zawadę, Lewnę i Miłkowskiego

(bramkarz Peskovic zawieszony został na rok, jako że poszedł na współpracę z PZPNem) – posądzonych o sprzedanie barażów. Śledztwo pełne było niedociągnięć, często zakrawających nawet o absurd (drużyna z Nowego Dworu w nagrodę za to, że sprzedała mecz… została przeniesiona do I ligi), wielu podejrzeń jeszcze nie wyjaśniono (np. roli Macieja Bykowskiego w procederze), ale dla PZPN-u ważne były konkrety – jest przekręt, muszą być i ukarani. Nie chcę dowodzić winności lub też niewinności szóstki zawodników ze Świtu. Świadczą przeciwko nim liczne fakty, jak choćby nagranie z domu Warszawskiego:

PIŁKARZ X: Od Rafała [Ruty – przyp. red.] są pieniądze przed meczem. Tylko że musi być 2:0 do przerwy. Jeżeli nie będzie oddajemy 400 [tys. zł] i mamy przeje…

PIŁKARZ Z: I tak mamy przeje…

PIŁKARZ X: Ruta ma potężne problemy. Czy zostajemy przy sytuacji 4:4 [prawdopodobnie chodzi o sposób podziału pieniędzy], ale więc jak wolicie. Rafał ma najbardziej przeje… z nas, bo naprawdę to on się pier… [nagranie przerywa dzwonek domofonu]

GŁOS: Weź to, k…, wyłącz!

PIŁKARZ X: Informacja od Rafała jest, że wiesz…

PIŁKARZ Z: No, że Rafał zawiózł te pieniądze temu gościowi, ale gość je oddał. I Rafał ma te pieniądze w domu.

PIŁKARZ Y: Chodzicie i pier…, że było 300 tysięcy, że stówa zginęła – i pewnie myślicie, że ktoś ją podp…

PIŁKARZ A: G. [tu pada trudne do zidentyfikowania nazwisko lub pseudonim] przyniósł taką wiadomość [kilka osób, wyraźnie zdenerwowanych, przekrzykuje się wzajemnie].

PIŁKARZ Y: No dobra. Ale każdy z was teraz myśli, k…, że pewnie ktoś tam przytulił. Krzętek, Rafał, Warszawa, ja [Maciej Krzętowski, Rafał Ruta, Adam Warszawski]?

PIŁKARZ Z: Teraz, k…, nikt nikogo nie straszy. Naprawdę Rafał ma przep… I nie ma teraz wpływu na to [Ruta został wyrzucony z drużyny przez prezesa Świtu przed meczem rewanżowym].

PIŁKARZ X: Jeżeli my mu nie pomożemy, to…

PIŁKARZ Z: Tak robimy, żeby było dobrze…

PIŁKARZ Y: Tak sobie narobił bagna, bo Szymański [prezes Świtu] i wszyscy chodzą i pier… [rozpowiadają publicznie]

PIŁKARZ Z: Szczakowianka współdziałała z pośrednikiem. Bała się dać pieniądze, że ich wyj…my w powietrze [oszukamy], że weźmiemy pieniądze i będziemy grać normalnie. Zabezpieczyli się gościem. Ten, k…, nam sprzedał temat. Całą sprawę nakręcał on!

PIŁKARZ B: A co nas interesuje mafia! No dobra, Miły [Grzegorz Miłkowski], a jak sobie wyobrażasz, że ja będę miał piłkę dwa metry od bramki, i co mam zrobić?

PIŁKARZ Y: No, k…, co masz zrobić? Normalnie się tak gra, żebyś nie był dwa metry przed bramką.

PIŁKARZ B: A jak będzie taka sytuacja, że będzie 2:0 do przerwy, a się skończy 2:1 dla nich [przy takim rezultacie awansowałby Świt]?

PIŁKARZ Y: Nie, nie. Nie może być inaczej. Ma być 2:0 do przerwy dla Szczakowianki, rozumiesz?

Źródło: http://www.gazeta.pl
Dziennikarze Gazety, członkowie PZPN i działacze Świtu rozpoznali wszystkie głosy nagrane na taśmie, ale z przyczyn prawnych nie mogą ujawnić nazwisk ich właścicieli.

Po pewnym czasie PZPN zmniejszył rozmiar kary do dwóch lat. Interesowało mnie zawsze jak czuła się szóstka "bohaterów" tej afery, gdy sprawa wyszła na jaw. Jak zareagowały ich rodziny? Czy mieli śmiałość spojrzeć żonom w oczy? Czy znajomi przestali się do nich odzywać? Ostracyzm społeczności futbolowej był oczywisty. Posypanie głów przez zawodników jednak nigdy nie nastąpiło. Może się czuli źli, że sprzedaje wielu, a złapano tylko ich. Może zarechotali, gdy przeczytali niedawno, że ich były prezes Wojciech S. trafił do aresztu za handel meczami podczas swego pobytu w Widzewie. Może tęsknią za dużą piłką. A może tak naprawdę nas wszystkich wykiwali i miewają się świetnie?

Tak naprawdę znaną postacią z opisanej szóstki był ówczesny kapitan Świtu Rafał Ruta – wieloletni I-ligowiec, przede wszystkim w Stali Mielec i Polonii Warszawa. Podobno w opisywanej aferze stanowił centrum dowodzenia – to jego przed rewanżem zawiesił prezes wietrząc niecny proceder. Złapany niemal za rękę, wyparł się wszystkiego. Zawieszony przez PZPN wyjechał do USA, by grać w polonijnej Polonii Mielec Chicago.

Obecnie jest tam trenerem. Z dziennikarzami nie rozmawia. Szkoli tez dwójkę swoich synów na dobrych piłkarzy.

Inny znany ligowiec (98 występów dla Górnika Zabrze) Maciej Krzętowski zakończył karierę – nawet po odbyciu karencji nie mógł znaleźć żadnego klubu, choć zanim afera wybuchła był już jedną noga w mającej mocarstwowe plany Koronie Kielce. Karierę również zakończył, po krótkim epizodzie w Arce Chicago, Grzegorz Miłkowski.

Maciej Lewna i Adam Warszawski, choć postępowali w innym duchu, ich drogi na chwilę się splotły. Otóż pomimo dyskwalifikacji postanowili grać w futsalowej Chojniczance Chojnice. PZPN po interwencji mediów zabronił im jednak występów nawet na tym poletku.

Lewna to najbardziej butny element Cudownej Szóstki – wygrażał trenerowi, prezesowi, PZPNowi, całemu światu. Za Rutę ręczył własną głową, sam czuł się kozłem ofiarnym, fatalnie wmanipulowanym w zbrodniczy proceder. Nie mogąc grać w Polsce nawet na hali, udal się od razu do Austrii. Tam gra w amatorskich zespołach aż do dziś.

Warszawski z kolei okazał najwięcej pokory. Wielokrotnie się odwoływał od wyroku, pisał apelacje, błagał wręcz PZPN, aby mu pozwolił grać, tłumacząc się trudną sytuacją materialną. Przebąkiwał nawet o możliwości przyznania się do winy, byle tylko władze go odwiesiły – PZPN jednak się nie ugiął. Obecnie kopie piłkę w Starcie Otwock, dzieki uprzejmości swojego kolegi Dariusza Dźwigały.

Najmniej znany z całego towarzystwa Marek Zawada, po odbyciu kary gra obecnie w III lidze w Concordii Elbląg.

Może by chłopaki nie zrobiły wielkich karier. Może by nie zarobiły kroci na boisku. Ale zastanawiam się czy cała ta akcja "Baraż" miała w ogóle dla nich sens. Kilka złotych zawsze się przyda, jasne. Ale pewne rzeczy są chyba cenniejsze niż pieniądze.

P.

Poznań – kupić bilety na mecz lub umrzeć czekając

Aspiracje Poznania do bycia ogólnopolską stolicą przedsiębiorczości znajdują swoje odzwierciedlenie w wielu działaniach mających na celu rozkręcenie rynku usług i "miękkich" umiejętności oraz tworzenia podatnego gruntu pod liczne inwestycje. W ten nurt wpisuje się świetnie Lech Poznań – prężny marketingowo, dostarczający wartościowy sportowy produkt dla dziesiątek tysięcy kibiców. Nie bez kozery miasto Poznań jak i powiązany z nim Kolejorz stali się pewniakiem w kwestii organizacji spotkań EURO 2012. Świetny stadion, wzorowa organizacja, kapitalny klimat dla piłki stały sie gwarantami tej kandydatury. Wszystko wydawało się niemal gotowe, wręcz oczekujące na tą wielką imprezę. Jak jednak daleko Poznaniowi do organizacyjnej Europy pokazały wydarzenia ostatnich dni, związane z kolportażem biletów na mecz Pucharu UEFA Lech – Austria Wiedeń.

Nie trafiają do mnie przeprosiny prezesa Kasprzaka i zapewnienia, że jest wściekły. Też jestem wściekły – odstałem 4,5 godziny w kolejce, żeby – cudem! – nabyć ostatnie bilety na mecz. Jego tłumaczenia są dla mnie miałkie i nie na miejscu. Że skandalem jest, że osoby posiadające karnety musiały stać w kolejkach? Ale to że inni kibice musieli stracić dzień na kupno biletu już skandalem nie jest? Trudno było przewidzieć, że raptem kilka punktów na terenie miasta nie rozładuje liczby chętnych?

W Rotterdamie bilety na mecz można nabyć w około 20 punktach miasta. Mimo że na mecze przychodzi około 40 – 45 tysięcy osób praktycznie nie ma kolejek. Można je oczywiście także nabyć przez internet.

Zły system komputerowy? Oczywiście prawda – w "terenowych" punktach kolportażu nie można było nabyć biletów na II trybunę czyli do popularnego kotła! Zaiste zły to musiał być system komputerowy, który uniemożliwia nabycia biletów na ponad 25% miejsc na stadionie. Powiedziałbym nawet, że samobójczy. Ale, ale, ale… – jak mawiał w chwilach uniesień ex-prezydent.

Ale prezes nic nie wspomniał o tym, że nie wiedzieć dlaczego mecz z Austrią obwołano meczem podwyższonego ryzyka. Z tą Austrią, która to ma kilka tysięcy fanów. Jeśli do Poznania tysiąc kibiców to będzie to dziejowy sukces tamtejszych ultrasów. Po co więc podwyższone ryzyko? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że od każdego kibica należy wziąc pesel. I go ręcznie zapisać. Wymnóżmy liczbę kibiców razy 30 sekund i już wiemy czemu kolejki poruszały się do przodu w tempie karawanu.

Inna sprawa – na mecz z Legią można nabyć max. 5 biletów. A ile na mecz z Austrią? No limit! Po co wprowadzać ograniczenia – wszak trzeba podać pesel – to ograniczy możliwość kupna. No chyba, że ktoś przychodzi do punktu sprzedaży z listą (wymyślonych?) 21 nazwisk i peselów (widziałem na własne oczy) – jeśli się znajdzie kilka takich osób, to można być spokojnym, że rynek koników zarobi na tym krocie. Na moich oczach ludzie kupowali po 10-20 biletów, po czym po upływie kilku minut sprzedawali je za podwójną stawkę osobom z końca kolejki. Trudno to było przewidzieć? Raczej nie.

Niech ta przykra sytuacja będzie nauczką – zarówno dla Lecha jak i dla Poznania. Organizacja dużej imprezy sportowej to nie tylko informacyjne billboardy, ochrona na stadione, gadżety klubowe i konkurs esemesowy w przerwie – to także (niestety) takie szare sprawy jak sprzedaż biletów, miejsca parkingowe wokół stadionu i toalety. Jeśli chcemy być w Europie całą gębą musimy i o to zadbać.

P.

Krzysztof Nowak – Numer 10 Serc

Dziś Krzysztof Nowak skończyłby 33 lata. Od ponad trzech lat reprezentanta Polski nie ma wśród nas, ale pamięć o Nim nigdy nie zginie. Oto kilka słów – Krzysztofa i o Krzysztofie – Numerze 10 w sercach kibiców. Nie chcę jednak przypominać jego strasznej choroby, która pod koniec nie pozwalała mu nawet na poruszanie się o własnych siłach, ale o Nim – Krzysztofie Nowaku, Piłkarzu.

 

Mając 18 lat przeszedłem z Ursusa do Sokoła Pniewy. Tam musiałem sobie radzić sam. Podobnie jak w greckim Panachaiki Patras czy brazylijskim Atletico Paranaense. Dzisiaj mam dopiero 23 lata, więc jeszcze wszystko przede mną. Trener VfL Wolfsburg, Wolfgang Wolf, na ogół chwali mnie za grę. Ale przyczyną tego, że w Bundeslidze nie ‚pękłem’, jest brak kompleksów wobec bardziej utytułowanych rywali. Kiedyś grałem przeciwko Ronaldo i Bebeto i łydki mi nie drgały.

Do Sokoła sprowadzał go trener Adam Topolski:

Robiłem wówczas testy dla piłkarzy z niższych klas. Szukaliśmy utalentowanych graczy do drugoligowego wówczas Sokoła. I tak Krzysztof trafił do nas. Miał wówczas 17 lat, przyjechał i został – wspomina. – Jak na ten wiek wiedział dobrze czego chce i to zrealizował. Miał dobre warunki fizyczne i spore umiejętności techniczne. Widziałem go w roli defensywnego pomocnika i na takiej pozycji grał w drugiej lidze, a kiedy awansowaliśmy do pierwszej, także w ekstraklasie. Był niezwykle pracowitym i sumiennym piłkarzem. Te cechy przekładały się na jego życie prywatne. W Pniewach zdał maturę z wyróżnieniem i w tym czasie poznał swoją przyszłą żonę, która pochodzi z tej miejscowości.

W 1996 roku młodzieżowa kadra Edwarda Lorensa wyjechała na zgrupowanie do Ameryki Południowej. Tam drużyna, której trzon stanowili zawodnicy walczący w eliminacjach do igrzysk w Atlancie zaprezentowała się nieźle w meczach z Argentyną (0:2) i Brazylią (1:3). Warto przytoczyć nazwiska uczestników tego tournee, bo to naprawdę niezła mieszanka talentów i przeciętniaków: Dudek, Żewłakow, Krzętowski, Skrzypek, Kaczmarczyk, Krzyżanowski, Berensztajn, Jackiewicz, K. Nowak, A. Bąk, R. Wilk (k), Piekarski, Karwan, Dubicki, Wojnecki, Malinowski, Majewski. Dla porównania – w Argentynie zagrali Zanetti, Ayala, Sensini, Chamot, Simeone, Veron, Claudio Lopez czy Balbo, a w Brazylii Dida, Roberto Carlos, Aldair, Rivaldo, Juninho, Bebeto, Ronaldo i Ronaldinho! Składy wręcz powalające, ale dla obu reprezentacji to był szczyt przygotowań do IO w Atlancie.

Wyjazd organizował menedżer Juan Figer, Żyd z Białegostoku. Potem zaproponował Nowakowi oraz dwóm kolegom z reprezentacji Danielowi Dubickiemu (strzelił gola Brazylii) i Mariuszowi Piekarskiemu grę w lidze brazylijskiej. Dubickiemu problemy w wyjeździe robił właściciel ŁKS – Antoni Ptak, więc pierwszymi Polakami w kraju Canarinhos zostali tylko Nowak i Piekarski.

Zachował się nawet jeden z goli Nowaka dla Atletico – to (prawdopodobnie) ten pierwszy dla czerwono-czarnych

Pobyt w Brazylii zaplanował na 2-3 lata – do Niemiec wyjechał ostatecznie po dwóch sezonach. VfL Wolfsburg zrobił świetny interes – zwłaszcza w porównaniu do Bastii, która sprowadziła Piekarskiego. W Bundeslidze Nowak zagrał 83 razy, strzelając 10 goli. Kilka z tych trafień było na wagę zwycięstwa „Wilków” – tak jak to z ostatniej minuty pojedynku z TSV Monachium.

W reprezentacji Polski Nowak wystąpił 10 razy. Jedynego gola strzelił w swoim debiucie – meczu z Gruzją podczas jednomeczowej kadencji Krzysztofa Pawlaka. W kadrze Wójcika wszedł do pierwszego składu po brzemiennym w skutkach błędzie Brzęczka ze Szwecją. Możliwe, że w każdym meczu kadry, gdy wybiegał w pierwszym składzie – miał na plecach Numer 10. W meczu towarzyskim z Czechami, gdy świetnym podaniem obsłużył Wichniarka – też.

U Engela nie zagrał – ów twierdził, że Nowak gra zbyt defensywnie (tja, a Świerczewski to ofensywny, że hoho…). Ale i trzeba przyznać, że sam zawodnik był krytyczny w stosunku do siebie mówiąc: Nie jestem, nigdy nie byłem, ani nie czułem się piłkarzem prowadzącym grę.

 

Pytany o chorobę odpowiadał: To wszystko jest jak w futbolu – nigdy nie wiesz, jak się zakończy.

Ostatni mecz na boisku zagrał 10 lutego 2001 roku w Berlinie z Hertą. Mecz o życie niestety przegrał – 26 maja 2005.

Spieszmy się kochać piłkarzy…

B.

Wczesne dorastanie Marcina Burkhardta

To chyba znak czasów, że będąc obecnie dobrym piłkarzem – mając już lat 18 jest się koszmarnie bogatym (Pato), gdy się ma lat około 20 to się pisze swoją autobiografię (Michael Owen) a w okolicach ćwierćwiecza działalności na ziemskim padole już powoli trzeba się rozglądać za wakacyjnym klubem, gdzie kopiąc futbolówkę można sobie nieco odłożyć (Denilson). Taka nieobecna nigdy przedtem akceleracja piłkarskiego żywota dotyka coraz większą liczbę zawodników. Nagły rozbłysk, szybka kariera, duża eksploatacja i szybkie wypalenie. Potem zostaje już tylko dogorywanie w słabszych zespołach i wspominanie kilku lat w elicie przy lampce koniaku. Syndrom ten funkcjonuje na płaszczyznie futbolu światowego (że wspomnę tylko Larsa Rickena, Ilhana Manzisa, Maxi Lopeza czy El Hadjiego Dioufa), działa również i na naszym rodzimym podwórku.

Dziś 25 urodziny obchodzi Marcin Burkhardt (wszystkiego najlepszego). Jego kariera wpisuje się jak ulał w powyższe trendy:) Starszy syn, byłego pierwszoligowego bramkarza pomocnika Olimpii Poznań, Jacka Burkhardta genetyczną siłą inercji również zaczął kopać futbolówkę. Szło mu na tyle dobrze, że po wysokiego chłopaka zgłosiła się Amica Wronki. W niej też on debiutuje krótko przed 18 urodzinami. Pierwszy sezon bez szału – trener Jabłoński jedynie ogrywa młokosa w I lidze. Natomiast w drugim (2002/2003) już eksploduje jego talent. Marcin błyszczy na każdym froncie – czaruje w lidze (29 meczów i 3 gole, dużo asyst), daje koncerty w Pucharze UEFA (bramki z Llanstffraid i Servette Genewa, kapitalny mecze z Malagą – Hiszpanie chcą go brac od ręki). Selekcjoner biało-czerwonych powołuje go na mecze z Macedonią i eliminacyjny z San Marino…

Bury ma wszystko to, czego brakowało polskim pomocnikom – świetny przegląd pola, dokładne podanie i kapitalne uderzenie. Przy okazji ma też kilka cech również znamionujących artystów-playmekerów: nonszalancję, niechęć do urywania sobie rękawów podczas meczu i granie pod siebie. Taki trochę klon Piekarskiego. I podobna skala talentu. Wielu widzi w nim zbawcę reprezentacji. I on karmi ich taką wizją – m.in. w meczu z Maltą strzela bramkę z połowy boiska.

Potem już jednak zaczynają się schody. Trenerem Amici staje się Majewski, pieszczotliwie nazywany przez piłkarza Bin Ladenem. Popularny Doktor nieprzychylnie patrzy nawet na chodzenie w klapka po schodach a co dopiero na manieryczno-gwiazdorskie zapędy Burkhardta – szalone fatałaszki, piwka na boku, mało sportowy tryb życia. Relacje obu panów są równie sympatyczne jak stosunki woźnego ze szkolnym łobuzem – zachowanie chłopaka trudne do zaakceptowania, chętnie by rozgonił na cztery wiatry, ale występować musi, bo bez takich jak on biznes może się sypać. Ku radości wronieckiego playmakera Stefana na posadzie zmienia Maciej Skorża. Burkhardt nieco pokornieje i robi furorę w Pucharze UEFA jako… bramkarz (w meczu z Auxerre). Poza tym gra nieźle, ale już ogląda się za nowym klubem. Od nowego sezonu trafia do Legii Warszawa.

Po krótkiej aklimatyzacji za panowania Jacka Zielińskiego, u Wdowczyka już gra jak natchniony – strzela, podaje, walczy. Janas myśli, czy nie wziąć go do kadry na Mundial do Niemiec, ale koniec końców nie decyduje się na ten krok (moim zdaniem to był wielki błąd – w owym czasie o głowę przerastał późniejszego "innego" faworyta Majewskiego – Gizę). Ale Burkhardt gra naprawdę świetnie. Chwilami jak krzyżówka Pisza z Rogerem…

a czasmi jak Kazimierz Deyna. 

Jednak wraz z przyjściem Jana Urbana do Legii Burkhardt idzie w odstawkę. Nowy trener woli widzieć w składzie Piotra Gizę (nomen omen, to chyba jakiś prześladowca M.B.:)), zarzuca Marcinowi, że ten nie walczy na boisku. Słowem, przekazywany między wierszami komunikat jest dość jednoznaczny – "pakuj się chłopie". Po małych zawirowaniach i krótkich nawrotach uczuć Urbana, Burkhardt wylatuje do Szwecji szukać formy i ukojenia. Nieraz chłodny północny klimat dobrze działał na gorące głowy polskich piłkarzy (Sypniewski…), ale nie można też wykluczyć, że IFK Norrkoping to dla tego piłkarza po przejściach dom spokojnej starości (a w zasadzie młodości).

Liczę jednak, że wróci. Liczę, że się wyliże ze skandynawskiej posuchy szybciej niż Sebastian Mila. Liczę, że nie zapomni jak się gra w piłkę. Liczę na to, bo Burkhardt wciąż jest młody.

P.

By Uzbekistan rósł w siłę a Brazylijczykom żyło się lepiej

To wszystko przypomina mi trochę negocjacje z szefem na temat pensji – na początku myślisz, że podana przez niego kwota jest żartem, że to niemożliwe, że jest ona tak absurdalna, że aż nierealna. Potem zaczynasz się zastanawiać, że może jednak on faktycznie tak myśli, ciągle ją powtarza, więc może jest do tego zdolny i koniec końców okazuje się, że faktycznie staje na podanej przez bossa kwocie.

Gdy usłyszałem o przejściu Eto’o w Uzbekistanie byłem pewien, że to kaczka dziennikarska – młody chłop, w dobrej formie, ze sporymi ambicjami (gdyby ich nie miał dalej by pewnie rezydował w Realu) nie mógł przejść, tak ot, na piłkarską prowincję. Stanęło na moim – Eto’o pojechał tam z misją krzewienia futbolu, zabawił parę dni i wrócił.

Gdy media podały, że Rivaldo przeniósł się do klubu Bunyodkor Taszkient

pomyślałem, że Rivaldo zbiera pieniążki na nowego BMX, co by nim sobie pojeździł na emeryturze. Ot, bzik zmanierowanej gwiazdy, która nigdy nie ukrywała, że gra przede wszystkim dla pieniędzy (vide wykłócanie się o nie w Pireusie, Cruzeiro czy na koniec w Atenach). Ciekawostkę stanowił jedynie dobór lokalizacji geograficznej, albowiem Uzbekistan nie jest szczególną potęgą finansową a już na pewno nie piłkarską – wręcz przeciwnie, reprezentacja tego kraju to jakaś światowa 3 liga (choć z przebłyskami – zwycięstwo z Arabią Saudyjską). Mimo to nie poczytywałem transferu w kategoriach istotnego wydarzenia – zachłanna gwiazda i „chorzy” na nią działacze (Rivaldo skasuje 5 mln dolarów za sezon gry). Suche fakty, bez większej nadbudowy ideologicznej.

Lecz kiedy usłyszałem wczoraj, że trenerem rzeczonego Bunyodkor Taszkient został słynny Zico

 

 

to uznałem, że chyba jesteśmy świadkami narodzin nowego kierunku futbolowych migracji.

Przypadek Zico jest o tyle istotny, że jako trener jest on wciąż na topie – trenował przez wiele lat reprezentację Japonii a ostatnio kapitalnie działał w Fenerbahce Stambuł. Jego przejście do Uzbekistanu świadczy więc (oprócz, moim zdaniem, braku ambicji Brazylijczyka) o potężnej sile nabywczej tego środkowoazjatyckiego kraju. Na ściągnięcie do siebie będącego na fali coacha nie mogą sobie pozwolić fujary. Dlatego mam wrażenie, że fakt ten może znamionować początek futbolowej ofensywy postradzieckich, autorytarnych republik (już 18-letnie rządy prezydenta Karimowa). Wszak nie od dziś wiadomo, że nic tak nie sprzyja mocnym rządom jak sukcesy sportowe. Przebrzmiałe gwiazdy zapewnią poparcie państwowym włodarzom a same przy okazji będą sobie żyły jak pączek w maśle. Tak więc może w niedługim czasie podstarzałe gwiazdy być może zmienią wycieczkowe przyzwyczajenia. Na początku była Japonia, potem USA, ostatnio Katar, Kuwejt, ZEA i wszystkie inne petromocarstwa, więc teraz czemu nie Uzbekistan, Turkmenistan, Kazachstan, Tadżykistan i inne gorskie republiki byłego ZSRR…

P. 

Rok przed wojną: Niemcy – Polska

Zdarzyło się 70 lat temu, w trzecią niedzielę września – 18.09.1938…

18 września 1938 rozegrano "mecz o randze państwowej": Niemcy – Polska w Chemnitz.

Mecz z Niemcami był pierwszym podopiecznych Józefa Kałuży (wówczas selekcjonera nazywano "kapitanem związkowym") od czasu legendarnego spotkania z Brazylią na mundialu we Francji (5:6).

W porównania do pojedynku z Canarinhos w składzie zaszła tylko jedna zmiana – Teodor Peterek zastąpił Fryderyka Scherfkego. Niemcy grali również po raz pierwszy od francuskiego czempionatu, na którym (podobnie jak my) nie sprostali pierwszemu z rywali – Szwajcarom. Tak zawodników pokazała karykatura w przedmeczowym programie

a w takich składach zagrały obie drużyny (obowiązkowo ustawienie 1-2-3-5)

Przy okazji meczu dokonano oficjalnego otwarcia stadionu w Chemnitz (polski Kamieniec, w czasach NRD – Karl-Marx-Stadt). A stadion wówczas prezentował się tak:

Na trybunach zgromadziło się 60 tysięcy ludzi – tej frekwencji z otwarcia stadionu już potem w Chemnitz nie poprawiono.

Jak udało mi się wyczytać w Encyklopedii Piłkarskiej FUJI, wydarzenia na boisku miały dziwny przebieg. Dużo więcej z gry mieli Niemcy, ale do pewnego momentu to Polacy stwarzali dużo więcej sytuacji bramkowych. Tak opisał to jeden z zawodników – Edward Nyc: Tyle mieliśmy okazji, a sam Piątek mógł być rekordzistą zdobytych goli. I oto po naszej bramce, gdy mieliśmy cenny remis, nastąpiło dziesięć minut dla Niemców. Trzy akcje, trzy gole! To nas załamało do reszty.

Trzy gole strzelił 22-letni Josef Gauchel, a czwartego dołożył… Helmut Schön – wielki trener RFN w latach 1966-78

Jedyne trafienie dla biało-czerwonych, w swoim ostatnim występie w reprezentacji, zaliczył Teodor "Mietlorz" Peterek.

Szerzej o niezwykłych okolicznościach tego meczu (piłkarze spóźnili się na pociąg i ich podróż trwała w sumie 17 godzin) można przeczytać na blogu Pawła Czado. Z niego również pochodzi wyżej pokazana karykatura oraz poniższy cytat:

Po meczu ”führer sportu niemieckiego” Hans Tschammer von Osten (dokładna nazwa jego ówczesnej funkcji to ”Reichssportführer”), który dokonał wcześniej uroczystego otwarcia stadionu, stwierdził zadowolony, że gra między Niemcami i Polską ”była piękna i rycerska i prowadzono ją w atmosferze przyjacielskiej”. Mecz oglądało 60 tysięcy ludzi. ”Dajemy wam możliwość rewanżu za dwa lata w Polsce” – stwierdził trener niemieckiej kadry Sepp Herberger.

Ale rewanżu w Polsce jeszcze przez długie lata nie było. By pokazać niezwykłość tamtego meczu, czy raczej – terminu jego rozgrywania, małe kalendarium:

13 marca 1938: Anschluss Austrii
18 września 1938: mecz Niemcy – Polska
1 października 1938: przyłączenie Sudetów do III Rzeszy
24 października 1938: pierwsza "propozycja" dla Polski włączenia do Niemiec Gdańska i "korytarza pomorskiego"
16 marca 1939: utworzenie Protektoratu Czech i Moraw
28 kwietnia 1939: wymówienie przez Hitlera polsko-niemieckiego układu o nieagresji
5 maja 1939: przemówienie sejmowe Józefa Becka

23 sierpnia 1939: pakt Ribbentrop-Mołotow
26 sierpnia 1939: Niemcy gotowe do uderzenia na Polskę
27 sierpnia 1939: ostatni przedwojenny mecz reprezentacji: Polska – Węgry 4:2
1 września 1939: atak Niemiec na Polskę, początek II Wojny Światowej

Ciężko o puentę. Krzepiące jest to, że w momencie zbliżającego się dość nieuchronnie konfliktu zbrojnego pomiędzy obydwoma narodami, 22 wymienionych wcześniej ludzi, nie baczyło na na okoliczności, tylko robiło to co najbardziej kochało: grało w piłkę.

B.

Mariusz Nosal. Prawie jak Szarmach, prawie jak Crouch.

Mariusz Nosal, tak, pamiętam… Zawodnik ten z racji posiadanego nazwiska zawsze zbudzał moją sympatię – wszystkie Nosale to porządne chłopaki:) Gdy na początku lat 90-tych znalazłem więc go w kadrze I-ligowego Górnika Zabrze, potraktowałem raczej jako ciekawostkę przyrodniczą niż potencjalne objawienie sportowe. Szczególnie, że 18-letni młokos rodem z Zamościa sporadycznie dostawał szansę występu od trenerów Łyski, Apostela i Kostki. Przełom nastąpił dopiero w sezonie 1994/1995. Edward Lorens, mimo dużego wyboru w pierwszej linii (Bałuszyński, Szemoński, Tarachulski…) zaczął bardziej zdecydowanie stawiać na wysokiego (186 cm) napastnika i choć ten nie od razu spłacił zaufanie (w rzeczonym sezonie w 15 meczach tylko 2 gole, aczkolwiek jeden z nich na wagę remisu w Wielkich Derbach Śląska z Ruchem Chorzów), to systematycznie otrzaskiwał się na I-ligowych murawach.

Kolejny sezon pod wodzą Adama Michalskiego (i w dalszej części Jana Kowalskiego) to zabrzańskie (zabrskie?) wyżyny w wykonaniu Nosala – 18 meczów i 6 goli, a trafiał i do bramki Legii (słynne 3:2) i Lecha. Już wtedy dał próbki ponadprzeciętnych umiejętności gry głową – większość bramek które zdobywał, odbywała się właśnie według schematu: dośrodkowanie – Nosal cedzi z bańki – gol.

Do tego dochodziła jeszcze świetna współpraca z wschodzącą gwiazdą Marcina Kuźby (8 goli). Pomimo jednak dobrych osiągów indywidualnych Nosala, sezon 1995/1996 był dla Górnika rozczarowaniem (12 miejsce w tabeli…). Wysoki napastnik postanowił więc zmienić pracodawcę na przebojowego beniaminka z Wodzisławia.

Nie obeszło się jednak bez nieporozumień pomiędzy tymi dwoma klubami w kwestii transferu, w związku z czym Nosal dołączył do Odry dopiero w rundzie wiosennej sezonu 1996/1997, ale… roztrenowany grywał głównie ogony i zanotował tylko jedno trafienie. Prawdziwa hossa miała jednak dopiero przyjść. Kolejny sezon w Odrze nasz bohater – za sprawą olśnienia trenera Bochynka…

– rozpoczął jako… prawy obrońca (by the way, to chyba nasza narodowa specjalność – przerabiać napastników na obrońców)! Co ciekawe, i z tej pozycji nieraz ukąsił bramkarza przeciwników (2-1 z Wisłą to jego zasługa:)). Jednak dopiero po zmianie trenera na Mikulskiego (ale nie tego) pokazał, gdzie naprawdę jest jego miejsce na boisku – grając w napadzie strzelił 8 goli w 8 meczach (w sumie 11 goli w 31 meczach). A kolejny sezon był jeszcze lepszy, bo występując nieprzewranie na szpicy zdobył 14 goli w 30 meczach. Jego forma nie umknęła Januszowi "kasa, Misiu, kasa" Wójcikowi, który powołał go w czerwcu 1999 roku do reprezentacji Polski na tournee plażowo-biwakowe po Tajlandii. Tam Nosal zagrał w nieoficjalnym meczu z Brazylią i oficjalnym spotkaniu z Nową Zelandią (ach, zresztą kto nie grał w tym spotkaniu – Tomala, Szwed, Chańko, Jakubowski, Sypniewski…:)), tym samym wkraczając do [kiedyś] elitarnego grona reprezentantów Polski (co ciekawe Nosalowi – w czasach, gdy grał on jeszcze w Górniku – uważnie przyglądał się już Piechniczek. Powołał go nawet na jedną konsultację, ale na tym kontakt obu panów się skończył). Więcej szans już jednak nie otrzymał zatrzymując licznik na popularnym 1A-0:)

Opromieniony zdjęciem w koszulce z orzełkiem Mariusz N. postanowił postanowił zmienić klub na jeszcze silniejszy (da się?:)) i wybrał… Petro vel Orlen Płock (?).

O ile pierwszy sezon w nowych barwach, mimo dopiero 12 miejsca zespołu, był dla wysokiego napastnika OK (1999/2000 – 25 meczów i 13 goli), o tyle drugi (14 – 7) zakończył się klęską i spadkiem nafciarzy do II ligi. To wydarzenie okazało się w sumie początkiem końca kariery tego piłkarza. Po odsłużeniu sezonu w niższej klasie rozgrywkowej (6 goli; nomen omen najlepszym strzelcem płocczan z 8 golami był… obrońca Wojnecki) postanowił wrócić do Górnika. Tam jednak nie łapał się do pierwszego składu (10 meczów i bez goli), więc w nosalowej głowie zaświtała myśl o przeprowadzce do klubu swej młodości czyli do Odry. Jednak młodym się jest tylko raz i powtórny pobyt w Wodzisławiu potwierdzil tą tezę. Półtora sezonu, 22 mecze i 4 gole oraz permanentne problemy ze zdrowiem – ospa, salmonella, złamana szczęka – "nam nie było lekko". Na to nie pomógł by ani…

doktor Burski…

ani żaden inny doktor, nawet ten – prof. dr Jerzy Klemens Werner.

Nosal doszedł do wniosku, że może mu pomóc tylko słońce, plaża i ładna pogoda. Słowem – Wyspa Afrodyty:) Wybrał się więc na sezon 2004/2005 do AEKu Larnaka – cypryjskiego klubu z ambicjami (rozgrywki Pucharu UEFA w tym sezonie). Tam jednak też nie było za fajnie i po pięciokrotnym wpisaniu sie na meczową listę płac, Nosal obrał kurs powrotny na Wodzisław (w międzyczasie mówiło się również o Polonii Warszawa).

Tutaj na dzień dobry spotkała go przykra niespodzianka – już na pierwszym treningu wybił sobie bark… W konsekwencji założył wodzisławską koszulkę dwukrotnie po czym… zniknął. Długo próbowałem znaleźć jakiś jego trop, ale niestety ani widu, ani słuchu… Może wrócił do rodzinnego Zamościa i wprawia się, żeby zostać w nieodleglej przyszłości trenerem, jak się kiedyś odgrażał?

Faktem jest, że Mariusz Nosal był jednym z lepiej grających głową zawodników jakich pamiętam. To był jego znak firmowy.

Porównania do Szarmacha są może na wyrost, ale już do Rasiaka, Sosina czy Żewłakowa – jak najbardziej na miejscu. To taki typ angielski, trochę też a’la Crouch czy nawet Heskey (również Koller) – na niego szla większość piłek i on albo je zbijał na drugiego napastnika albo walił na bramkę. Kto wie, może gdyby w odpowiednim czasie podkupiło go jakieś Hull City to nie czekalibyśmy tyle lat na bramkę w Premiership…

Tak, Mariusz, Mariusz Nosal. Pamiętam…

P.

Juventus 1:0 Turyn – koszmar powrócił?

Wpis z tych bardziej subiektywnych, fani Juve proszeni są o nie gorączowanie się :)

Szczegóły z fazy grupowej Ligi Mistrzów dość rzadko zapadają mi w pamięć – wiadomo, prawdziwa gra zaczyna się w fazie pucharowej. Jednak jeden fakt sprzed 4 lat, wrył mi się w świadomość tak bardzo, że ciężko będzie mi go się kiedykolwiek pozbyć.

Juventus Turyn to klub do którego z kolejnymi latami jakoś traciłem sympatię. Jeszcze w 1997 roku w konfrontacji z Borussią Dortmund w finale LM, szczerze Juve – a zwłaszcza młodemu Alexowi Del Piero (długo trzymanemu na ławce, czego nie mogłem pojąć) – kibicowałem.

Jednak już rok później, Juve do spółki z Realem zafundowali jeden z dwóch najnudniejszych finałów LM za mojego kibicowskiego życia.

Żeby nie było wątpliwości – drugi to też sprawka Juve – przenudne 0:0 z Milanem z 2003 roku. Popis catenaccio (cóż za oksymoron) rozstrzygnęły karne… Za taki finał, to ja dziękuję…

Drugi powód mojej pewnej takiej nieśmiałości w stosunku do Juve, to – jak wynika z właśnie przeprowadzanej autopsychoanalizy – eliminowanie z gry Realu, czy – by być ścisłym – eliminowanie Zizou.
Półfinał LM z 2003 roku (czyli po nim nastąpił beznadziejny finał z Milanem) to zwycięstwo „Królewskich” w Madrycie 2:1 i – bardzo dla mnie bolesne – 3:1 dla Juve w Turynie.

(ci Włosi to wstydu nie mają, nawet pięknego gola Zidane’a wycięli… A w ogóle, to czemu karnego strzelał Figo, a nie Zidane?! Donner Wetter…)

Dwa lata później awans Juve był jeszcze bardziej minimalny – i moim zdaniem – jeszcze mniej zasłużony. Po 1:0 w Madrycie dla Realu, w rewanżu zespół z Turynu odpłacił się takim samym wynikiem po 90 minutach. A w dogrywce? W dogrywce Urugwajczyk Marcelo Zalayeta jak na złość postanowił strzelić prawdopodobnie najważniejszego gola w swojej karierze.

Powód numer 3 – gracze nijacy tacy, no – nijacy tacy (mówimy o okresie po odejściu Zizou). Oczywiście w pełni uznaję ich klasę, ale nie wzbudzają we mnie zachwytu. Tylko tyle i aż tyle. Najwybitniejszy z nich – Del Piero – nie okazał się nowym Robertino Baggio. A na to za młodu liczyłem. Buffon jest może i najlepszym bramkarzem za mojego kibicowskiego życia, ale… Bramkarz to (sorry) tylko bramkarz. Nedved swego czasu wręcz nie miał słabych zagrań, nie popełniał błędów, nie dokonywał złych wyborów na boisku, ale (jednak!) to nie żaden geniusz, a rzemieślnik (choć doskonały rzemieślnik). Obrońcy wręcz doskonali itede itepe. I do tego Mauro Camoranesi (nie wiem, może to jakieś kwestie podprogowe, może dźwięk nazwiska tak na mnie działa), który dla mnie jest jednym z bardziej przereklamowanych zawodników. Słowem – gracze Juve siakoś nie pobudzają we mnie, hm, kibicowskiego ognia. Bywa.

Powód czwarty – ostatni. Jednocześnie powód dla którego powstała ta notka: minimalistyczne zwycięstwa – 1:0. Faktem sprzed czterech lat, który tak zapadł mi w pamięci, są wyniki Juve w fazie grupowej Ligi Mistrzów 2004/05. Spójrzmy na pięć pierwszych meczów:
Ajax – Juventus 0:1  [Pavel Nedved 42]
Juventus – Maccabi Tel-Aviv 1:0 [Mauro Camoranesi 37]
Juventus – Bayern 1:0 [Pavel Nedved 75]
Bayern – Juventus 0:1 [Alessandro Del Piero 90]
Juventus – Ajax 1:0 [Marcelo Zalayeta 14]

W ostatnim meczu, chyba w ramach świątecznych prezentów dali sobie wbić Maccabi gola, samemu strzelając – jakże inaczej – również jednego. Bilans bramkowy zwycięzcy grupy: 6-1. Brrrrr… Albo raczej: chrrrr…

Ktoś powie – najtrudniej jest wygrać 1:0. Ok, ale mnie, jako kibica, który (po odejściu Zizou) nie ma specjalnie ukierunkowanych sympatii klubowych na arenie międzynarodowej i chce oglądać Ligę Mistrzów by wpadać w zachwyt nad pięknem gry… Mnie to g…ucio obchodzi. Czy koszmar Juventusu 1:0 Turyn powróci? Oby nie. Pierwszy krok już jednak został poczyniony: Juve – Zenit 1:0.

Jak dla mnie – tam, gdzie pojawia się Juve – gasną emocje; tak jak – gdzie pojawia się Buka – gaśnie ognisko ;)

B.

Austria Wiedeń – doszczętna analiza

Przed Lechem Poznań dwumecz, który może otworzyć księgę „Kolejorz w Europie” i dopisać w niej nowy, piękny rozdział. Młodym, więc (nad czym ubolewam) do tej pory, nie licząc tego sezonu oraz żenady w Intertoto, miałem okazję śledzić na europejskiej arenie tylko przeciętne mecze z jesieni ’99: z Metalurgsem Lipawa (2:3, 3:1 – słuchany w Radio Merkury)

i IFK Goeteborg (1:2, 0:0 – transmitowany przez Eurosport – jeszcze z angielskim komentarzem)

Po meczach z Grasshopper i Wisłą ufam, że Lech jest w stanie awansować do fazy grupowej Pucharu UEFA i tam nie przynieść wstydu. Po doszczętnej analizie, której wyniki przedstawiam poniżej wiem, że po prostu nie ma się kogo bać, a to Austriacy (co widać po wypowiedziach trenera i ich stronie internetowej „Stark, stärker, Lech Posen!”; o meczu z Wisłą „Machtdemonstration”) mają pełno w portkach. I słusznie.

(pre)historia

W 1911 roku zawodnicy i działacze towarzystwa krykietowo-piłkarskiego założyli klub pod nazwą ”Wiener Amateur Sportvereinigung” (Wiedeński Amatorski Związek Sportowy). W 1926 roku, dwa lata po zdobyciu pierwszego mistrzostwa kraju, uznano, że mistrzom nie wypada się tytułować amatorami i z nazwy wyrzucono ”Amateur”, a wprowadzono ”Austria”. W latach 30-tych Austria dwukrotnie (1933, 1936) zwyciężyła w rozgrywkach o Puchar Mitropa (protoplasta późniejszego Pucharu Europy). Po niemieckim Anschlussie wielu piłkarzy klubu o żydowskim pochodzeniu zginęło, a największym sukcesem klubu było zachowanie swojej nazwy pomimo nacisków nazistów.

”Die Violetten” (”Fioletowi”) mają w swoim dorobku aż 23 tytuły mistrzowskie i 26 krajowych pucharów. Tryumfy na własnym podwórku długo nie przekładały się na sukces w rozgrywkach międzynarodowych. W 1963 roku ”Fioletowi” spotkali na swojej drodze rodzącą się polską potęgę – Górnika. W Zabrzu, przy rekordowej frekwencji (mówi się nawet o 110-120 tys. na Śląskim!) było 1:0 po golu Lentnera, w rewanżu, który był jednocześnie debiutem Włodzimierza Lubańskiego w europejskich pucharach, Austriacy wygrali w takich samych rozmiarach. O awansie zadecydował trzeci mecz – również w Wiedniu – w którym Polacy po świetnej grze i golach Pola oraz Musiałka wygrali 2:1.

Złota dekada

Sukcesy Austriaków w europejskich pucharach przypadają na lata 1977-1985. Co ciekawe, największy z nich – finał Pucharu Zdobywców Pucharów – został osiągnięty po mało efektownej grze, a stwierdzenie, że fortuna sprzyjała Wiedeńczykom nie będzie pozbawione podstaw. No, po prostu mieli ogromnego fuksa :) Oto ich droga do finału z sezonu 1977/78: Cardiff City (0:0, 1:0) , MFK Koszyce (0:0, 1:1), Hajduk Split (1:1, 1:1, karne) oraz w półfinale Dynama Moskwa (1:2, 2:1 i karne).

W decydującym starciu o Puchar Zdobywców Pucharów, Anderlecht nie pozostawił jednak żadnych złudzeń, który z ”fiołkowych” zespołów jest lepszy i zwyciężył 4:0. W Austrii grali wówczas m.in. słynny Herbert Prohaska oraz obecny trener – Karl Daxbacher.

W gronie najlepszych czterech drużyn europucharów ”die Violetten” znaleźli się jeszcze dwa razy: w 1979 roku w walce o finał okazali się słabsi od Szwedów z Malmoe FF, a w ćwierćfinale edycji 1982/83 Pucharu Zdobywców Pucharów wyższość ”Fioletowych” musiała uznać, wówczas broniąca tytułu, słynna Barcelona (w półfinale Katalończyków pomścił Real Madryt). Kolejne dwa sezony kończyły się ćwierćfinałowymi porażkami z Anglikami (83/84 Tottenham, 84/85 Liverpool).

Kryzys lat 90-tych 

Po tym ”złotym okresie” nastąpił 20-letni kryzys Austriaków na arenie międzynarodowej. Zespół z Wiednia nie potrafił przebrnąć więcej niż jednej rundy pucharów, choć z potęgami przegrywał po walce, często minimalnie, np. Barcelonie strzelając gola piętą.

Jeśli dodamy do tego 9-letni okres bez mistrzostwa kraju (1994-2002), ujrzymy pełen obraz zapaści najbardziej utytułowanego klubu kraju dynastii Habsburgów. Powód? Jakże inaczej – kłopoty finansowe.

Wyjście z cienia 

W 1999 roku Austriacy sądzili, że ”złapali Pana Boga za nogi”. W klub ze swoim kapitałem wszedł potężny biznesmen – Frank Stronach, co poza zastrzykiem pieniędzy zaskutkowało zmianą nazwy na Austria Memphis MAGNA. Inwestycja zaczęła się zwracać, gdy w 2003 roku zespół pod wodzą Christopha Dauma odzyskał tytuł mistrowski. W końcu nadszedł sezon 2004/05, w którym wiedeńczycy zawojowali Europę i dzięki któremu przez kolejne lata cieszyli się z dobrego miejsca w rankingu klubowym i rozstawienia w pucharach.

Podopieczni Duńczyka Larsa Sondergaarda, po drodze do fazy grupowej Pucharu UEFA pokonali ukraiński Iłyczywiec Mariupol (3:0, 0:0) oraz – bez większych problemów – warszawską Legię [1:0 (Kiesenebner 83) i 3:1 (Smolinski 84; Vachousek 32, Poledica 42 sam., Sionko 90)]. W pięciozespołowej stawce Austria zajęła trzecie miejsce (7 punktów, 1:0 z Saragossą, 0:1 z Dnipro, 1:1 z Club Brugge i 2:1 z Utrechtem), a spory udział w awansie do 1/16 miał zdobywca dwóch goli (przeciw Saragossy i Brugge), Radosław Gilewicz

Pokonując dwie kolejne – hiszpańskie – przeszkody, Wiedeńczycy wprawili w osłupienie całą Europę – Athletic Bilbao przegrał po golach Libora Sionko (0:0 i 2:1), a Real Saragossa po straceniu większej liczby goli na własnym terenie (1:1, 2:2). W Saragossie zanosiło się nawet na zwycięstwo „Fioletowych”

W ćwierćfinale Austriacy nie wytrzymali presji i musieli uznać wyższość AC Parmy. Włosi do Pucharu UEFA nie przywiązywali wielkiej wagi i ogrywali w nim młodych zawodników. Warto wspomnieć, że w pierwszym meczu w Wiedniu (1:1, rewanż 0:0) gola strzelił Sebastian Mila.
Z tamtej drużyny, do dziś fioletowe koszulki noszą tylko rezerwowy wówczas, a obecnie pierwszy bramkarz Szabolcs Safar, argentyński obrońca Fernando Ariel Troyanski oraz ex-gracz Juventusu Turyn Jocelyn Blanchard.

Równia pochyła

W ostatnich trzech latach Austriacy nigdy nie zbliżyli się do tamtego poziomu. 2005 rok to porażka z norweskim Vikingiem Stavanger. Dwa kolejne lata kończyły się awansami do fazy grupowej Pucharu UEFA i… totalną klapą. W sezonie 2006/07 znów w pokonanym polu została Legia [1:1 [Junior 44 – Mair 25] oraz 1:0 (Wallner) ], ale w przeciętnej grupie Wiedeńczycy nie zdobyli choćby punktu (porażki z belgijskim Waregem, Ajaxem, Spartą Praga i Espanyolem). Rok temu wynik był tylko trochę lepszy – słabsze okazały się czeski Jablonec i norweska Vaalarenga ale w grupie znów bez zwycięstwa (lepsze Bordeaux, Helsingborgs i Panionios, remis z Galatasaray). Tytuły w Austrii (mistrz 2006, puchar 2005, 2006, 2007) przestały zadowalać właściciela – Stronach wycofał się z klubu, a pieniądze zaczął inwestować w całkowicie własny zespół (II-ligowy FC Magna).

Tu i teraz
 
Wyniki Wiedeńczyków w obecnym sezonie nie są złe, ale nie powalają na kolana. W lidze FK Austria (powrócono do tradycyjnej nazwy) zajmuje po 8 kolejkach trzecie miejsce w tabeli z 15 punktami. Na ten dorobek składają się 4 zwycięstwa, 3 remisy i jedna porażka, poniesiona jednak w dużych rozmiarach (0:3) w prestiżowych derbach stolicy z Rapidem. Oby „Kolejorz” również potrafił wykorzystać słabości „Fioletowych”.

W pucharach ”Die Violetten” startują dzięki splotowi wydarzeń: ze względu na Euro 2008 zrezygnowano w minionym sezonie z rozegrania pucharu Austrii. Zespół z Wiednia zdobył więc awans do Pucharu UEFA, choć w lidze zajął dopiero trzecie miejsce. W samym Pucharze UEFA, znów dopisało szczęście. Pierwsza runda przyniosła rywali z Kazachstanu (Toboł Kostanaj), którzy okazali się tylko trochę słabsi (1:0 dla Kazachów i 2:0 dla Austriaków). Kolejną przeszkodę stanowił gruziński WIT Georgia Tbilisi. Ze względu na napiętą sytuację w Gruzji, nie rozegrano meczu na Kaukazie. O awansie Austrii zdecydowała wygrana 2:0 w Wiedniu.

W kadrze Austrii próżno szukać większych gwiazd. Najbardziej znani zawodnicy najlepsze lata mają już dawno za sobą. Gdy czytam na oficjalnej stronie Austrii, że wspominy tu już Francuz Blanchard, to „jeden z najlepszych pomocników na świecie”, to myślę sobie, że Roberta Lewandowskiego będzie można już niedługo stawiać w jednym rzędzie z Davidem Villą ;) [tak, zdaję sobie sprawę, że to wpis z przeszłości] Jocelyn Blanchard znany jest z tego, że był w Juventusie Turyn

Przy czym słówka „był” nie powinno się mylić ze słówkiem „grał”, bo grali inni, a Francuzowi zdarzyło się 12 razy patrzeć z boiska co robią koledzy ;) Kapitan Austrii ma niezłe uderzenie, ale do bramki trafia naprawdę rzadko (w lidze średnio raz na rundę). Słowem – z tą „magią” Blancharda bym nie przesadzał.

O Jacku Bąku nie będę się rozpisywał, to, że naszej kadrze go brakuje wiązałbym bardziej z klęską nieurodzaju wśród polskich obrońców niż ze świetną dyspozycją „Komara”. Ale na strzały też trzeba uważać.

W końcu, Słoweniec Milenko Acimović. Tego pana zawsze kojarzył będę z jednym strzałem. Baraże do Euro 2000, ostatnie minuty meczu Słowenia – Rumunia Ukraina…

Słoweńcy zagrali na dwóch turniejach, a piłkarze porozjeżdżali się po uznanych klubach. Acimović był w Tottenhamie (gdzie mu nie wyszło) i Lille (gdzie miał dość pewne miejsce).

Prawy obrońca, 26-letni Joachim Standfest zagrał na Euro 2008 z Chorwacją. Najlepszymi strzelcami Austrii w tym sezonie z trzema golami są Chorwat Mario Bazina (tak strzela gole najlepszy piłkarz ligi austriackiej 2005)  oraz Rubin Okotie (grał dla Austrii na ME juniorów w Wielkopolsce – mecz z Polską w Poznaniu przesiedział na ławce rezerwowych oraz na MŚ w Kanadzie). O Chińczyku Sun Xiang można powiedzieć tyle, że jest pierwszym przedstawicielem swojego kraju w I lidze austriackiej. Skoro w PSV Eindhoven dali mu zagrać tylko pięć razy, to ósmym cudem świata na pewno nie jest. 7-krotny (?) reprezentant Senegalu, Mamadou Diabang to spieler w sam raz na Austrię – za słaby na niemiecką pierwszą Bundesligę, a za mocny na drugą. Latem szatnię solidnie „przewietrzono”, obecna kadra na pewno nie jest oszałamiająca. Legia i Wisła (sparing) z Austrią poległy, czas na awans Polaków – czas na awans Lecha.

Prawdopodobny skład Austrii na mecz Lechem:
Safar – Standfest, Bąk, Schiemer, Majstorovic – Sulimani (Krammer), Hattenberger, Blanchard, Acimovic – Okotie, Diabang (Bazina)

B.

Elana, moja młodość

Jedną z wielu korzyści letnich wyjazdów do dziadków w młodocianych czasach była możliwość… śledzenia w telewizji regionalnej rozgrywek II ligi polskiej. Dziadkowie mieszkający niedaleko Wąbrzeźna odbierali na falach TVP3 ramówkę kujawsko-pomorską. W niej też w sobotnie popołudnia lub niedzielne poranki serwowane były mecze grającej wtedy właśnie w (dwugrupowej) II lidze Elany Toruń.

Sezon 1996/1997. Derby Kuj-Pomu. Elana podejmuje u siebie Zawiszę Bydgoszcz. W barwach bydgoskiego klubu kilku znanych już z ekstraklasy piłkarzy: Maciej Nuckowski, Piotr Burlikowski, Tomasz Szuflita, Piotr Soczewka czy Krzysztof Konon. Na boisku jednak poziom I-ligowy prezentują ich rywale zza miedzy, zwyciężając w ostatecznym rozrachunku 3-1. Na mojej jeszcze nie do końca ukształtowanej wyobraźni piłkarskiej, gra Elany pozostawiła piętno na lata. Kilku zawodników wydawało mi się wręcz natchnionych, a już w najgorszym wypadku – świetnych w jednym konkretnym elemencie piłkarskiego rzemiosła. Gdy dziś patrzę na ówczesną kadrę torunian utwierdzam się w przekonaniu, że ciekawe to były chłopaki i… praktycznie żaden z nich nie zrobił kariery na miarę swoich możliwości.

Maciej HANCZEWSKI

(jegomość po prawej, z zakolami:))

Ten słabszy z tandemu toruńskich napastników, choć i tak dobry. W oglądanym przeze mnie meczu pięknie uderzył z nożyc w poprzeczkę. Gdyby trafił wyglądałoby to mniej więcej tak:

Od tego czasu ile razy widziałem jakieś uderzenie w tym stylu to porównywałem je ze strzałem Hanczewskiego:) Dobry technik, szybki dobrze zgrany ze swoim partnerem z ataku (o którym pod koniec). Gdy kilka lat później, na jesieni 1999 roku, przechodził do Dyskobolii aż zacierałem ręce z uciechy. Byłem pewien, że ten zawodnik stanie się ożywczym impulsem dla geriatycznego ataku z Grodziska (Kaziów, Rybak). Myliłem się. Hanczewski zagrał w 6 spotkaniach i już na wiosnę wrócił do Torunia. Tam przez długie pięć lat (także kapitan drużyny), potem Mogilno, obecnie Goplania Inowrocław.

Marcin THIEDE

W dniu debiutu w I lidze w barwach Zawiszy Bydgoszcz miał dokładnie 16 lat i 3 dni, stając się zarazem – licząc od 1990 roku – trzecim (za Kukiełką i Latosem) najmłodszym debiutantem. W sumie w barwach bydgoszczan 4 mecze w pierwszej lidze i… koniec kariery na najwyższym szczeblu. Później długi pobyt w Elanie właśnie, potem Bydgoszcz, Kielce, Janikowo, aby ostatnio być widzianym w Unii Wapno (sezon 2006/2007). Thiede byłby więc sobie przeciętnym, głównie drugoligowym, zawodnikiem, gdyby nie wydarzenie z jego biografii, którym niewątpliwie może się pochwalić na każdym zlocie rodzinnym. Otóż jest on mistrzem Europy juniorów do lat 16 z 1993 roku. Pełnoprawnie przynależał do ekipy Zamilskiego, wraz z takimi zawodnikami jak Szymkowiak, Terlecki, Kukiełka czy Radomski. Jak widać to co dobre w jego karierze przyszło na początku.

Przemysław BOLDT

Ile razy bił rzut wolny swoją ciężką lewą nogą, tyle razy czoło bramkarza zraszał zimny pot. Kopyto miał nieziemskie a i celność w ramach średniej krajowej, więc zwykle po jego uderzeniach było groźnie. Solidny defensor, mało przebojowy, ale z racji uderzenia bardzo przydatny. Długo przypominał (znając proporcję) mi tego pana:

Kapitalne wejście do I-ligi w sezonie 1999/2000 – mistrzostwo Polski i Puchar Ligi z Polonią Warszawa. Tego drugiego wydarzenia Boldt był cichym bohaterem strzelając Legii bramkę na 2-1 w finale. Potem już było tylko gorzej – kilka meczów w Ruchu Chorzów, kilka w Widzewie i regularne obsuwanie się o klasę rozgrywkową. Obecnie w Legii Chełmża.

Jarosław MAĆKIEWICZ

On jedyny z tamtej ekipy tak naprawdę zaistniał w krajowym futbolu. Po systematycznych popisach strzeleckich w II lidze (25 i tytuł króla strzelców wraz z Małochą; 18 oraz 8 bramek, z czego ta ostatnia liczba obejmuje tylko rundę jesienną) po Maćkiewicza sięga Lech Poznań, szukający napastnika w miejsce sprzedanego do Herthy Reissa.

Maćkiewicz z miejsca staje się mocnym punktem Lecha. Ma fajny zmysł kombinacyjny i bardzo przytomne sytuacyjne uderzenie. Jego świetne zrozumienie z Żurawskim skutkuje 11 bramkami obecnego napastnika Larissy i 9 (w 15 meczach) torunianina. Lech kończy rozgrywki na 4 pozycji i dzięki wykluczeniu Wisły Kraków z europejskich pucharów dostaje się do Pucharu UEFA (odpada po potyczce z IFK Goeteborg). Kolejny sezon okazuje się jednak katastrofą – osłabiony „transferami” Kolejorz gra fatalnie i – mimo 7 goli Maćkiewicza – spada do II ligi. Nie spada jednak z nim nasz bohater, tylko zmienia barwy na Wisłę Płock.

i broni ich przez trzy sezony. Strzela dla niej 5 goli w 42 meczach i staje się wielkim rozczarowanie (dla porownania – dla poznaniaków w tylu samu meczach 16 goli). Od sezonu 2003/2004 ponownie w Elanie Toruń, stając się z czasem jednym z jej symboli. W tym roku otrzymał tytuł Piłkarza 40-lecia Elany Toruń.

Po zakończeniu zeszłego sezonu zakończył zawodową karierę i… rozpoczął amatorską, w barwach okręgowego Flisaka Złotoria:)

W przywoływanej przeze mnie toruńskiej ekipie było jeszcze kilku ciekawych zawodników (Kot, Czarnecki). Teraz patrzę na to co ci zawodnicy osiągnęli i konforntuje to z moim młodzieńczym zachwytem nad ich poczynaniami i… widzę czarną dziurę. Szkoda, bo pewnie mogli zawojować więcej. Z drugiej jednak strony od ręki mogę wymienić nastu przezdolnych piłkarzy, którzy nie zagrali nawet w II lidze. Tak więc z eks-elanowcy nie muszą się wstydzić. Ja ich i tak będę pamiętał.

P.