Deyna

Jeśli miałbym wymienić największą nadzieję, którą wiązałem z prawie miesięcznym pobytem w Warszawie (poza możliwością zarywania na "od Zygmunta ukłony…", oczywiście :) byłaby to możliwość kupienia / pożyczenia / przeczytania książki Stefana Szczepłka "Deyna". Dzięki uprzejmości jednego z redaktorów miałem szczęście zgłębić tego białego kruka (gdy pojawia się na allegro raz na 3-4 miesiące osiąga cenę 150-200 zł!). Dzisiejsza, 19. rocznica śmierci Kazimierza Deyny, każe oddać cześć największemu boiskowemu przywódcy w historii polskiej piłki. Wydana w 1996 roku biografia, napisana przez przyjaciela Deyny i dziennikarza Rzeczpospolitej, stanowi najdoskonalsze źródło wiedzy o tym Wielkim Piłkarzu. O tym, że Deyna był niesamowitym zawodnikiem i kapitanem, symbolem Legii i reprezentacji Polski, genialnym asystentem, ale i strzelcem, w końcu wielkim samotnikiem, wiedzą chyba wszyscy kibice. W tej notce postaram się przytoczyć kilka najciekawszych dla mnie fragmentów książki redaktora Szczepłka, jednocześnie wychodząc poza krąg powszechnie znanych faktów.

1. Minęło trochę czasu zanim nauczono się poprawnie pisać jego nazwisko. Pisownię "Dejna" użyto w piśmie Lechii Gdańsk do OZPN z prośbą o pomoc w sprowadzeniu mało wówczas jeszcze znanego trampkarza oraz w pierwszej wzmiance w "Przeglądzie Sportowym", przy okazji pierwszego powołania na zgrupowanie kadry juniorów.

2. Deyna w wieku 17 lat, będąc zawodnikiem macierzystego Włókniarza Starogard, podpisał in blanco zgłoszenie do MZKS (późniejszej Arki) Gdynia, za co został zawieszony na 9 miesięcy (nie mógł być przecież graczem dwóch klubów jednocześnie, a to wynikało z dokumentów). Gdy ŁKS sprowadzał Deynę z Włókniarza, nie wiedział, że kupuje gracza… klubu z Gdyni! Gdy w końcu dyskwalifikacja minęła, Kaka w swoim debiucie w Łodzi (w drugiej drużynie) strzelił 5 goli!

3. Istnieją dwie wersje transferu z ŁKS-u do Legii (de facto powołania do wojska). Wersja łódzka zakłada, że oddanie jednego (rzekomo) przez siebie wybranego zawodnika (Deyny) zamiast trzech (Deyny i uznanych już ligowców – Kostrzewińskiego i Strudniorza) było postępowaniem najbardziej racjonalnym z ich strony. Wersja warszawska twierdzi jednak, że Legii tak naprawdę od początku do końca chodziło tylko o środkowego pomocnika i prędzej czy później, Kazik i tak trafiłby do CWKS.

4. Trener, który ukształtował Deynę jako piłkarza, trafił na Łazienkowską z… protekcji ministra obrony Czechosłowacji. Podczas zwiedzania obiektów Legii, gospodarze zwierzyli się generałowi Lomskiemu, że szukają trenera. Wojskowy podrapał się po głowie i poradził: – Poczekajcie, zdaje się, że będe mógł wam pomóc. Jeśli mnie pamięć nie myli, to wolny jest Jaroslav Vejvoda z Dukli Praha. Po debiucie Deyny w Legii (z Łodzi był kupowany jako napastnik), Czech powiedział w szatni legendarne słowa, mówiące o przesunięciu go do linii pomocy: – Kaziu, ty jsesz rozeny zalożnik [jesteś urodzonym pomocnikiem].

5. Wśród różnych wersji pochodzenia pseudonimu Kaka (spadek po pomocniku Legii Kazimierzu Frąckiewiczu; od słynnych strzałów, gdy piłka [jak kamień rzucony płasko po wodzie] odbijała się nisko nad ziemią), Autor za najbardziej prawdopodobną uznaje tę odnoszącą się do specyficznego sposobu chodzenia zawodnika – jak kaczka.

6. W końcówce meczu z Pogonią w 1969 roku Legia prowadziła 5:0, a do rzutu wolnego podszedl Deyna. Strzelił w samo okienko, ale sędzia dostrzegł jakieś uchybienia i nakazał powtórzenie strzału. Po chwili Kaka strzelił w zupełnie inny sposób, ale równie skutecznie. O takiej sytuacji słyszano wcześniej tylko w przypadku strzałów Garrinchy w meczu z Bułgarią.

7. Na 6 minut przed końcem rewanżowego meczu z St. Etienne w Pucharze UEFA 1969 (pierwszy mecz 2:1 w Warszawie) Deyna strzelił gola z 25 metrów, a zachodni reporterzy wręcz piali nad jego grą: (RTL) – Zapamiętajmy nazwisko – Casimir Deyna. Kiedyś będziemy dumni z tego, że grał na naszym stadionie.

8. Tak Deyna opowiadał o strzeleniu gola Milanowi w 1972 roku, czy raczej o tym, co stało się tuż po uderzeniu: – Wpadła w siatkę, ocierając się o poprzeczkę. Bramkarz Belli nie zdążył podnieść rąk wyżej niż do głowy. Potem zrobił coś, co wprawdzie jeszcze kilka razy w życiu zdarzyło mi się przeżyć, ale wtedy to było coś wyjątkowego. Wstał i… zaczął bić brawo. Razem z całym stadionem. To była jedna z najpiękniejszych bramek jakie w życiu strzeliłem. Meczu jednak nie wygraliśmy.

9. "Na olimpiadzie w Monachium Deyna został królem strzelców, mając na nogach buty wyprodukowane w Krośnie, nazywały się Huragan, a grała w nich cała Polska, od I ligi w dół. Teraz [w 1974 roku] wszyscy od stóp do głów ubrani zostali w wyroby, których znakiem fabrycznym są trzy paski. (…) Kiedy Deyna strzelił piękną bramkę Zoffowi

podkręcając przy tym w wyjątkowy sposób piłkę, pękł mu przy tym but. Poinformowany przedstawiciel Adidasa natychmiast dał Kazikowi nową parę. – A koledzy? – spytał rezolutnie piłkarz. – A my? – zaskomleli działacze… Następnego dnia przyjechała cała furgonetka z towarem."

10. Żal ściska człowiekowi serce, a jednocześnie ciężko powstrzymać oburzenie, gdy się czyta w jakich klubach mógł grać Deyna, gdyby nie komunistyczny ustrój: – Miałem propozycje gry w Saint Etienne, Milanie, Interze, Bayernie, Realu Madryt, AZ Alkmaar, Neuchatel Xamax… Na przejście do Monaco namawiał mnie osobiście książę Rainier. Najdłużej rozważałem propozycję z Realu, bo to było moje dziecięce marzenie. Ale gdzie tam – nie chcą mnie przecież puścić – mówił jeszcze przed odejściem do Manchesteru City.

11. W meczu z Górnikiem Zabrze w 1978 roku Deyna dostał czerwoną kartkę. Najpierw sfaulował Henryka Wieczorka, następnie kopnął piłkę w jego kierunku, za co sędzia postanowił ukarać go żółtą kartką, którą zawodnik Legii… wyrwał arbitrowi. To musiało zakończyć się wykluczeniem z gry.

12. W sierpniu 1978 zagrał w zespole Reszty Świata (wspólnie z Tomaszewskim) przeciw Cosmosowi Nowy Jork (z Beckenbaurem, Carlosem Alberto i gościnnie Cruyffem). Po meczu podszedł do niego sam Pele i namawiał do przejścia do Cosmosu. Bezskutecznie, transfer do Manchesteru City był prawie pewien i Kaz (jak mówiono na niego w Stanach) postanowił nie ryzykować.

13. Po nieudanej angielskiej przygodzie, do Stanów i tak jednak trafił. Grając dla San Diego Sockers, ustanowił rekord nieistniejącej już ligi North American Soccer League: 4 gole i 5 asyst w jednym meczu (12 sierpnia 1983).

14. Z Polską pożegnał się 18 września 1979, grając na Łazienkowskiej pół meczu w koszulce Legii, a pół w trykocie MC.

I strzelając fantastycznego gola, oczywiście.

14. Ze światem pożegnał się 1 września 1989 roku o 1:25 w nocy.

15. Stefan Szczepłek tak kończy książkę: "Uroczystości pogrzeb odbył się 9 września, w Europie zaczynał się 10 września, kolejna rocznica zdobycia przez reprezentację Polski złotego medalu olimpijskiego. Dzień Piłkarza…"

16. Choć w reprezntacji Polski na mistrzostwach świata zagrał z numerem 12

a w Legii zaczynał z "dziewiątką", to zawsze był prawdziwym Numerem 10. I właśnie "dziesiątkę" władze Legii zastrzegły, pięknie oddając cześć Deynie.

17. O największym piłkarzu w historii klubu zawsze pamiętają kibice Legii

18. Pamiętajmy my wszyscy – kibice reprezentacji Polski – doceniając zawsze klasę Geniusza. Swoją pamięcią choć w części zmazujmy plamę jednego z najczarniejszych wydarzeń w historii naszej piłki, gdy zgraja (bo przecież nie kibice) wygwizdała strzelca gola (z rzutu rożnego!) na wagę awansu do mistrzostw świata [fragment filmu "Deyna"].

19. Za rok okrągła, 20. rocznica śmierci Deyny. Mam cichą nadzieję, że do księgarń trafi nowe dzieło redaktora Stefana Szczepłka lub chociaż wznowione zostanie to sprzed 12 lat.

20. Czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że dwie najwybitniejsze postacie polskiego futbolu nosiły takie samo imię – imię króla, który jako jedyny w naszej historii otrzymał przydomek "Wielki"?

 

B.

Łukasz Sosin – piłkarz z pogranicza dwóch światów

W czasie, gdy naszej drużyny po raz kolejny zabraknie w Lidze Mistrzów większość kibiców tęskny wzrok kieruje w stronę zawodnika, ktory ma dużą szansę zdobyć pierwszą od ponad trzech lat "polską" bramkę w Champions League.

Obserwując karierę Łukasza Sosina towarzyszy mi uczucie, że jest to zawodnik wiecznie niedopasowany, permanentnie osadzony (a raczej osadzający się) w okolicznościach nie do końca dla siebie odpowiednich, niewykorzystujących pełni jego potencjału.

W kadrze pierwszoligowego wówczas Hutnika Kraków znajdował się już w wieku 18 lat, lecz zadebiutował w niej dopiero rok później. Jednak po rozegraniu 2 meczów dla drużyny ze Suchych Stawów, został wypożyczony do pozostającej poza ekstraklasą Cracovii. Wrócił do – już – drugoligowego Hutnika i spędził w nim dwa sezony. Szczególnie w drugim z nich błysnął skutecznością strzelając 17 goli. Jego popisy nie uszły uwadze przedstawicieli Odry Wodzisław, w konsekwencji czego trafił on tam na sezon 1999/2000. Rok gry, 10 goli w 27 meczach. Uznanie w oczach ligowych trenerów i popularność z racji specjalizacji w strzałach głową – tym sposobem zdobył połowę swoich bramek. Parol zagięło na niego szefostwo Wisły Kraków – dobry zawodnik i do tego tutejszy. Sosin sezon 200/2001 spędził więc w Wiśle,

ale nie był to dla niego dobry czas. W ataku brylowali Frankowski z Żurawskim, ostro strzelał Moskalewicz. Mistrzostwo i puchar ligi chyba nie osłodziły mu raptem 17 meczów i 5 goli. Zadziorny zawodnik chciał grać więcej w związku z czym włodarze wypożyczyli go tam skąd przyszedł a więc do Wodzisławia (choć przez pewien czas wydawało się, że trafi do 1.FC Sankt Pauli, gdzie znajdował się na testach). Tutaj jego talent znów rozbłysnął nakładając się zarazem (a może go akuszerując) na świetny czas Odry. Wodzisławianie zajęli 5 miejsce, przez długi czas będąc liderem rozgrywek. Polskę obiegały kolejne cieszynki wymyślane przez Piotra Rockiego, Paweł Sibik wykuwał formę na MŚ w Korei:), a Sosin ustrzelił 12 goli (5 głową), przy okazji dokonując słodkiej zemsty na Wiśle (jego strzał dał jej domowe zwycięstwo 1-0).

Wypożyczenie jednak się skończyło, Odrę nie było stać na wykupienie swojego najlepszego snajpera a Wisła uznała, że go nie potrzebuje. W tej sytuacji Sosin podjął decyzję – wydawać by się mogło – surrealistyczną i po życiowym sezonie przeniósł się na… Cypr. Wszyscy solidarnie pukali się w czoło, ale krakowianin zameldował się w Apollonie FC. Tam spędził 5 sezonów, zostając trzykrotnie królem strzelców (w sumie 96 goli!), zdobywając mistrzostwo i superpuchar Cypru oraz zaskarbiając sobie miłość fanów. Miłość jednak prysła, gdy po kłótniach z zarządem postanowił przenieść się do odwiecznego rywala drużyny Apollonu – Anorthosisu Famagusta. Z miejsca fani tej pierwszej ekipy go znienawidzili (powstała specjalna strona "poświęcona" Sosinowi) a tej drugiej… pokochali.

Polski napastnik w barwach Anorthosisu kontynuuje swoją świetną passę i właśnie walnie przyczynił się do wprowadzenia cyprysjkiego klubu do Ligi Mistrzów!

Sosin a reprezentacja to temat trudny niczym prawo Archimedesa. Na fali strzeleckich popisów/ na skutek presji dziennikarzy/ pod wpływem własnych przemyśleń i szukania nowych twarzy do kadry – Janas powołał go na mecz z Arabią Saudyjską. Sosin trafił tam dwa razy (dwa razy głową)

wprowadzając co niektórych w euforię (nowy Szarmach!), innych w konsternację (w tym chyba samego Janasa, który raczej nie spodziewał się tak dobrej gry "Cypryjczyka"). Niektórzy już typowali go jako pewniaka do kadry na MŚ 2006. Jednak dwa mecze – z Litwą i Wyspami Owczymi – przesądziły (a może wszystko było już przesądzone wcześniej), że do Niemiec nie pojechał. Od tego czasu raczej się nie pojawiał w orbicie zainteresowań kadry. Aż do teraz.

Przyznaję, że mam do tego gracza ambiwaletny stosunek. Z jednej strony szanuję jego dorobek strzelecki – bramki (a w zasadzie ich ilość) zdobywane zarówno dla Odry i Wisły jak i dla klubów cypryjskich budzą uznanie. Świetna gra głową chwilami faktycznie przywodzi na myśl najlepszych w tej dziedzinie. Dorobek w kadrze również wskazuje na to, że gdyby otrzymał więcej szans, mógłby sobie poradzić. Tak więc talent, ale nie do końca wykorzystany.

W tym momencie warto się jednak zastanowić dlaczego niewykorzystany. W moich oczach Sosin zawsze był konformistą, który przełożył spokojne życie na Cyprze nad prawdziwą rywalizację i podnoszenie swoich umiejętności choćby na Grecji (miał dwa lata temu liczne propozycje stamtąd, również atrakcyjne finansowo, ale uznał, że nie ma ochoty wynosić się z Cypru), nie mówiąc już o Niemczech czy Francji. Był za słaby na Wisłę i za silny na Odrę zarazem, ale nie szukał rozwiązania optymalnego – klubu pośredniego, bardzo dobrego, ale nie najlepszego, w którym mógłby błyszczeć, ale też się czegoś uczyć. Wolał być pierwszorzędnym zawodnikiem drugiej klasy niż podjąć wysiłek konforntacji z najlepszymi. Dlatego nigdy nie ubolewałem nad brakiem powołań dla niego, bo w moich oczach jego brak ambicji i tak nie zbawiłby reprezentacji. Wszak królem strzelców "wakacyjnej" ligi cypryjskiej był nawet leciwy już Wojtek Kowalczyk.

Tak mi się zawsze wydawało. Jednak w świetle tegorocznych występów drużyn z Wyspy Afrodyty nie wiem czy nie będę zmuszony zrewidować własnych poglądów.

P.

Paul Scholes – piłkarz, którego nie lubię

Pierwszy raz tutaj piszę „na gorąco”, zainspirowany wydarzeniem sprzed chwili, no ale po prostu musiałem. Jeden pan strasznie mnie podirytował. Paul Scholes właśnie dał w meczu o Superpuchar Europy prawdziwy popis głupoty, ale i – przede wszystkim – bezczelności.

Tym sposobem, jak czytam na relacji uefa.com, został pierwszym piłkarzem w historii ukaranym czerwoną kartką w meczu o Superpuchar Europy. Moje gratulacje.

Szkoda tylko, że prawie 10 lat temu strzał łapą uszedł Anglikowi na sucho…

Wiem, że Scholes nie jest żadnym brutalem, a w cynizmie i cwaniactwie daleko mu do Włochów, ale tak się złożyło, że… właśnie w konfrontacji z rywalami z Italii zarobił inną czerwoną kartkę, która zapadła mi w pamięć:

(co żarł ten komentator?!)

Fani MU rudowłosego pomocnika uwielbiają, ja go najzwyczajniej w świecie nie lubię. Zastanawiam się też, jakim cudem przez tyle lat mieści się w podstawowym składzie Czerwonych Diabłów. Dla mnie jedyną umiejętnością, jaką ma opanowaną w stopniu więcej niż dobrym jest uderzenie piłki. Ręką.

B.

Marcin, chodź na Widzew!

Pamiętam kiedy go pierwszy raz zobaczyłem. To był chyba rok 2003 i iTi coraz poważniej kręciło się wokół Widzewa (koniec końców nic z tego mariażu nie wyszło). W przerwie zimowej nakręcono krótki film dokumentalny ze zgrupowania łódzkiego klubu. Oprócz (wtedy jeszcze) trenera Wdowczyka i rzucającego dowcpicami Kazka Węgrzyna zwracał na siebie uwagę właśnie On. Chętnie gaworzył z piłkarzami, z niektórymi grał nawet w łapki:) Niewątpliwie jasny punkt klubowej szatni. Marcin Kaczorowski, niewidomy masażysta Widzewiaków.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Potem dowiedziałem się, że obecność Marcina w klubie spowodowana jest w dużej mierze tym niezwykłym reportażem (tekst reportażu w nieco zmienionej wersji również tutaj). Niewidomy chłopak z Suwałk jeździ kilkaset kilometrów na każdy mecz Widzewa. Kocha ten klub. Mimo że nie widzi co się dzieje na boisku, zawsze najgłośniej śpiewa, krzyczy, dopinguje. Wiadomości o stanie meczu czerpie z trzymanego przy uchu radia albo od sąsiada. Nigdy nie obraża przeciwników: Przecież każdy z nich mógłby urodzić się w innym mieście i wtedy kibicowałby komu innemu. Dowiadują się o nim łódzcy działacze – Andrzej Pawelec zatrudnia go jako masażystę, łodzkie firmy pomogają znaleźć mieszkanie i organizują przeprowadzkę.

Minęło kilka lat. Marcin wciąż pracuje w Widzewie. Na stadionie poznał kobietę swojego życia, pobrał się z nią, ona urodziła mu dwójkę (niestety również niedowidzących) dzieci – Henia i Zośkę. Odzywa się również do niego Michał Jóźwiak – autor przełomowego tekstu sprzed kilku lat. Chce nakręcić dokument. Marcin godzi. Tak powstaje „Henio, idziemy na Widzew”. W lipcu tego roku obraz na festiwalu Era Nowe Horyzonty zostaje zwycięzcą w kategorii filmów dokumentalnych.

Marcin o tym nie wie. Prosi włodarzy łódzkiego klubu o podwyższenie pensji do 1600zł. W rewanżu klub postanawia nie przedłużać z nim umowy. Marcin zarzeka się, że nigdy już nie przyjdzie na Widzew, ale po kilku dniach łamie się i idzie porozmawiać sobie ze stadionowym portierem (o sprawie pisała jakiś czas temu GW).

Nie wiem jak się skonczy ta historia. Może sztab odpowiedzialny za wizerunek klubu wyda komunikat, że jednak się pomylił, że to niedopatrzenie, że księgowa coś namieszała. Może będzie stanowczy: „Nie możemy się godzić na rozbuchane żądania naszych pracowników!”. A może powie, że przemyślał sprawę i źle postąpił – będzie konferencja prasowa i uśmiechy. Finansowo na pewno da się całą sprawę odkręcić, na to nigdy nie jest za późno.

Ale czasem ważniejsza jest kwestia smaku. I mam nadzieje (życzę tego kibicom Widzewa, bo to oni stanowią o sile klubu), że za kilka lat (już dziś?) Marcin nie odpowie tak jak – parafrazując – Mendel Gdański z noweli Konopnickiej: Pan powiada, co u mnie nic nie umarło? Nu, u mnie umarło to, z czym ja się urodził, z czym ja trzydzieści i parę lat żył, z czym ja umierać myślał… Nu, u mnie umarło serce do tego klubu!…

P.

Mundial nośnikiem ładu czyli"Święty ład. Rytuał i mit mundialu" Alberta Jawłowskiego

Piłka nożna często bywa tematem rozważań z pogranicza dziennikarstwa i paranauki. Pewna wiedza autora w dziedzinie sportu pozwala mu snuć pewne rozważania – w zamyśle naukowe – dotyczące porządku społecznego, mechanizów nim rządzącymi etc. (vide Foer). W przypadku książki Jawłowskiego sytuacja jest w zasadzie odwrotna. To pozycja naukowa dotycząca futbolu, a dokładniej odbywających się co 4 lata mistrostw świata. Właśnie naukowość tą książkę wyróżnia, lecz może też być dla niektórych przykrym zaskoczeniem – mało tu informacji iście kibicowskich, ciekawych historii i zaskakujących puent. Autor przedstawia w niej swoją koncepcję – skąd inąd ciekawą – postrzegania mundialu jako rytuału konfirmacyjnego a więc pewnego trwałego i ustrukturyzowanego wydarzenia o znaczeniu symbolicznym, które poprzez swoje przymioty oraz cykliczność występowania wzmacnia (konfirmuje) istniejący ład społeczny. Używka dla antropologów, socjologów, kulturoznawców. Dla kibiców w mniejszym stopniu. Na przeciw nim autor jednak również stara się wyjść serwując mniej skomplikowane wywody – obserwując etnocentryzm w relacjach prasowych lub sposób pisania o Orłach Engela. Jawłowski wreszcie robi ukłon również w stronę zupełnych laików piłkarskich przytaczając na 40 stronach encyklopedyczno-wikipedystyczny wyciąg z historii futbolu i historii mundialu. Dla każdego coś miłego.

Choć domyślam się, że taka struktura pracy mogła być w jakiś sposób wymuszona (to rozprawa doktorska autora), mnie osobiście razi niespójność książki. Obok rozdziałów bardzo wartościowych, będących sercem książki (kwestie widowiska, rytuału i karnawału) znajduje się zbyt wiele modułów doczepionych na siłę, po prostu nie przystających do całości (wspomniane wątki historyczne). Tym niemniej po książkę warto sięgnąć, ale polecam ją raczej osobom uprawiającym wiedzę akademicką. I w wybranych fragmentach.

P.

Aalborg Boldspilklub, kopę lat!

Jakieś niecałe 3 tygodnie temu, pewna wiadomość spadła na mnie jak grom z jasnego nieba: Saganowski wypożyczony do duńskiego mistrza – Aalborg BK! Ten transfer przebił nawet przejście Lilo do Polonii Słubice i Dudu Omagbemiego do Debreczyna! Ale od początku nie miała to być notka o Saganie (który na oficjalnej stronie figuruje w spillertruppen jako Marek Mirosław Saganowski i ma numer 10!) ani o innych zaskakujących transferach, a właśnie o duńskim klubie.

Rzut oka na obecną kadrę – szału ni ma. W pierwszej kolejności na twarz rzuca się jedno nazwisko: Siyabonga Nomvethe. Nie, żeby to był jakiś tuz, ale wystąpić 71 w kadrze Bafana Bafana i strzelić 15 goli, w tym zwycięskiego na Mundialu to jest jakieśtam osiągnięcie. Nazwisko drugie: Kasper Bøgelund (to duńskie przekreślone „o” zawsze mnie fascynowało) – 15-krotny duński reprezentant kraju i strzelec najładniejszego gola 2005 roku w Bundeslidze. Poza tym, kilka nic-nie-mówiących, ale za to jakich krótkich nazwisk: Curth, Due, Caca i Zaza (jeszcze Lala by im się przydał :)

I co? I taka drużynka, z Saganowskim w składzie, zagra sobie w Lidze Mistrzów. Po laniu sprawionym bośniackiej Modricy, ostatnią przeszkodą do piłkarskiego raju był litewski FBK Kowno. Nie pomogły interwencje Radżiusa i Mrowca, Duńczycy dwukrotnie odprawili Litwinów wynikiem 2:0. I przy całej sympatii dla pogromców ohydnych szkockich Rangersów, wolę jednak polskiego napastnika w Champions League (może coś by się udało ukąsić?) niż kolejnego obrońcę.

Jakie szanse w Lidze Mistrzów ma klub z Jutlandii? Zważając na ostatni, całkiem udany sezon w Pucharze UEFA, widać od razu, że nie jest to zespół, który da sobie w kaszę dmuchać:

faza rywal dom wyjazd
eliminacje HJK Helsinki 3:0 1:2
I runda Sampdoria Genua 0:0 2:2
grupa Anderlecht Bruksela 1:1
grupa Tottenham Hotspur 2:3
grupa Getafe 1:2
grupa Hapoel Tel Aviv 3:1

Taki zestaw rezultatów dał czwarte miejsce w grupie z czteroma punktami (gdyby Wisła swego czasu 4 punkty ugrała, to z grupy Pucharu UEFA by wyszła…). A gola dla Anderlechtu w meczu grupowym strzelił pewien pan, którego spodenki w niektórych kręgach są uznawane za kultowe…

Jeśli do tego dodać, że na White Hart Lane Tottenham przegrywał z Duńczykami już 0:2… To dla mnie wystarczające powody, by z uwagą śledzić losy czerwono-białych w Champions League.

Nie będzie to jednak pierwszy start w Lidze Mistrzów AaB, a okoliczności poprzedniego awansu, warte są przypomnienia. W 1995 roku (tym samym, gdy Legia pokonywała IFK) w eliminacjach LM Aalborg został dwukrotnie pokonany przez Dynamo Kijów (3:1 i 1:0). Duńczycy już dawno zdążyli zapomnieć, że z Ukraińcami grali, gdy po pierwszej kolejce fazy grupowej wybuchła prawdziwa bomba: hiszpański sędzia Lopez Nieto oskarżył działaczy Dynama o próbę wręczenia 30 tysięcy dolarów i… dwóch futer przed meczem z Panathinaikosem Ateny. UEFA dała wiarę arbitrowi i Ukraińców z Ligi Mistrzów wyrzuciła, a na ich miejsce wskoczył Boldspilklub. A z tymi futrami, to mogło wyglądać tak…

Klubowi nie udało się jednak powtórzyć sukcesu reprezentacji z 1992 roku i zatriumfować po nieoczekiwanym dokoptowaniu do stawki. Łączny bilans – 4 punkty i ostatnie miejsce w grupie:

rywal
dom wyjazd
FC Porto 2:2 0:2
FC Nantes 0:2 1:3
Panathinaikos 2:1 0:2

Jeśli w tym roku Duńczykom uda się ugrać więcej niż zwycięstwo i remis, obiecuję poświęcić im kolejną notkę. Białoruskie BATE czy cypryjski Anorthosis to z pewnością większe kopciuszki od zespołu Saganowskiego, ale to właśnie za AaB, który zimą 1996 roku gościł w poznańskiej Arenie, będę jesienią trzymał kciuki.

B.

Tryptyk bałkański: Chorwacja

Dubravka Ugresić w Kulturze kłamstwa pisała o Chorwacji, że to majstersztyk PR-owy. Że priorytetem włodarzy państwowych jest tworzenie mitu krainy idealnej, wysp szczęśliwych i miejsca na ziemi, w którym jedyną niedogodnością jest wysokie zasolenie ciepłego morza. Autorka przytacza nawet sytuację w której premier Chorwacji zachęca obywateli, aby ci wysyłali listy do swoich znajomych za granicą, w których opisywaliby idylliczność życia w ojczyźnie. Muszę przyznać, że mechanizm działa. W Chorwacji juz nikt nie pamięta o wojnie. Lub też nie chce o niej pamiętać. Mówiąc językiem marketingu – pozycjonuje się palmy i plaże a dziury w murach są już dawno załatane i przykryte planszami „rooms for rent”. Jak blisko i jak daleko zarazem stąd do Bośni. Chorwacja żyje nowym życiem, a życie wybrzeża w szczególności uzależnione jest od jego nowego kształtu. Na mocy powojennych ustaleń niemal całe zachodnie wybrzeże Półwyspu Bałkańskiego przypadło państwu z szachownicą w herbie! To właśnie ten obszar stanowi główną siłę napędową chorwackiej gospodarki, to Split, Trogir czy Dubrownik stanowią o jej sile, a nie Zagrzeb czy przemysłowy Varażdin. Obywatele o tym wiedzą i starają się aby turystom włos z głowy nie spadł.

Mimo to mieszkancy nadadriatyckiego kraju pewnych barier nie przeskoczą – wciąż nie są finansowym tygrysem, co odbija się również na sytuacji sportowej. Chorwaci kochają sport. Ale można śmiało powiedzieć, że niczym rozsądny gracz rynkowy, specjalizują się w kilku dyscyplinach, a w reszcie biorą udział niemal hobbystycznie. Podczas pobytu tam miałem przyjemność po raz pierwszy w życiu obejrzeć… mecz piłki wodnej (waterpolo)! Mały szok kulturowy i niesamowite przeżycie zarazem. Ciepły wieczór, mała trybuna i zacięty mecz piłki wodnej – polecam:) A dostać się na mecz waterpolo nie jest szczególnie trudno, bo Chorwaci mają zupełnego fioła na punkcie tej dyscypliny i niemal każda nadmorska miejscowość ma swoją ekipę. Poza tym piłka wodna to dyscyplina w której bardzo mocne są całe Bałkany (Serbia, Czarnogóra) przez co mecze często stają się polem do rywalizacji między jeszcze niedawno zwaśnionymi krajami. Dlatego porażka z Czarnogórą w ćwierćfinale Igrzysk zabolała podwójnie.

Podobnie gorzką pigułką była porażka piłkarzy ręcznych, których autochtoni uwielbiają i mogą ich transmisje oglądać godzinami. Brak medalu w popularnym „rukomecie” po porażce z Hiszpanią w meczu o brąz (nomen omen Ci sami Hiszpanie pokonali Chorwatów w grze o 5 miejsce w waterpolo) sprawił, że całe Igrzyska nie były zbyt dobrze odbierane (pomimo 5 innych medali – srebra w skoku wzwyż i gimnastyce oraz brązy w taekwondo i strzelaniu). Poza tym popularna jest również koszykówka, wszystkie sporty wodne oraz sporty walki.

A jak się ma do tego wszystkiego piłka? Ano każdy kto chociaż pokątnie śledził Euro 2008 widział na co stać chorwackich futbolistów. Zwycięstwo z Austrią, Niemcami i oczywiście z Polską po czym pechowa (frajerska?) porażka z Turcją (do dziś nie mogę jej przeboleć). Chorwacja to europejska pierwsza liga, śmiało pukająca do absolutnej elity. Ma rzadko spotykany potencjał, jej zawodnicy występują w bardzo silnych europejskich klubach i odgrywają w nich pierwsze skrzypce (ułamek litanii – Krajncar, Modric, Eduardo, Tudor, Kovac….) a byłe gwiazdy angażują się w rozwój futbolu (Bilic, Suker, Prosinecki). Pisanie o całokształcie sytuacji chorwackiej piłki to zadanie tytaniczne, do którego wypełnienia nie czuję się kompetentny. Skupię się więc na jednej ciekawostce i polskich koligacjach:)

Zawsze kiedy myślałem o idealnej harmonii stadionu piłkarskiego i otoczenia przychodzi mi do głowy stadion w Bradze – pięknie wtopiony w skałę.

Podobną symbiozę, lecz na nieco mniejszą skalę spotkałem w Trogirze, zabytkowym mieście niedaleko Splitu. Tam oto boisko drugoligowego obecnie HNK Trogir przylega w całości do murów średniowiecznej starówki oraz okazałej baszty. Iście egzotyczny widok!

Gorzej sprawa się ma jeśli spojrzeć na piłkę chorwacką pod kątem jej reprezentantów w Polsce. Było ich 27 i subiektywnie pogrupowałem te indywiduua w 4 kategorie (niestety z dużą dyslokacją zasobów):

Chorwackie Jeżowce czyli tzw. trzeci sort kubanskich pomarańczy. Jedyne co można o nich powiedzieć, to to, że zagrali w ekstraklasie. W najlepszym wypadku nic nie zepsuli. W najgorszym stali się piątą kolumną drużyny przeciwnika:)

Nikola Simic – 2 mecze, Pogoń Szczecin, 1999

Anto Petrovic – 8 meczów, Górnik Łęczna, 2005; Chorwat urodzony w Bośni; jedyne co uważam za ciekawe w jego życiorysie (mimo że występował w Sturmie Graz i Chinach) to fakt, że jest podobny do Marka Zająca:)

Grgica Kovac – 10 meczów, Orlen Płock, 2001

Mario Andracic – 17 meczów, Górnik Zabrze, 2002/2003

Mladen Alajbeg – 5 meczów, Polonia Warszawa, 1999/2000; mistrz Polski z Polonią!:) poza tym to porażka całą gębą, w niższych ligach w Wisłoce Dębica i Świcie NDM, ostatnio kontynuował karierę na… Brunei! (królestwo za informacje o jegotamtejszych strzeleckich popisach)

Lek Kcira – 6 meczów, Górnik Łęczna, 2006; Albańczyk z Kosowa, obecnie w SK Tirana

Damir Kurtovic – 7 meczow, GKS Katowice, 2003

Dalibor Możanic – 9 meczów, Górnik Zabrze, 2000

Tomislav Visevic – 10 meczów, Zagłębie Lubin, 2006/2007; mistrz Polski z miedziowych klubem, choć na wiosnę już nie zagrał, poza tym obieżyświat – ma w dorobku kluby z Ukrainy, Bośni, Chorwacji i Azerbejdżanu (tam nawet mistrzostwo 2004/2005 z Neftczi Baku)

Stipe Matic – 7 meczów, Górnik Zabrze, 2006; choć w CV kluby ze Szwajcarii i Izraela na Śląsku bardzo biednie

Josko Samardzic – 12 meczów i 1 gol, KSZO Ostrowiec, 2003; stały punkt ostrowieckiej obrony, która jednak była mierna, dziś na Słowacji

Ronald Siklic – 27 meczów, Dyskobolia Grodzisk, Odra Wodzisław, Górnik Łęczna (II liga – Lechia Gdańsk), 2003-2006; bezbarwny i nijaki, nigdzie nie zagrzał dłużej miejsca, tym bardziej dziwi, że obecnie w… Slavii Praga

Toni Jurjev – 1 mecz, Ruch Chorzów, 2002, bramkarz z przeszłością w Belgii, ale w Chorzowie tylko ławka

Matko Perdijic – 2 mecze, Ruch Chorzów, 2007 – wciąż; kontynuuje tradycje chorwackich rezerwowych bramkarzy w Ruchu rozpoczętą przez Jurjeva, gdy się widzi jego grę chce się krzyknąć „O Matko!”:)

Danijel Madaric – 25 meczów, Zagłębie Lubin, 2003-2006; trzy sezony w Zagłębiu – solidny w drugiej lidze, w I lidze liczne kompromitacje, wreszcie ławka rezerwowych na rzecz Liberdy

Matija Kristic – 4 mecze i 1 gol, Zagłębie Lubin, 2005; choć w ojczyźnie pewne miejsce w silnym Varteksie Varażdnin to w Lubinie nieporozumienie, szybkie przesunięcie do rezerw i powrót do Chorwacji

Branko Hucika – 10 meczów i 1 gol, Polonia Warszawa, 2006; drewniany jak cała ówczesna obrona Polonii, która zafundowała temu klubowi spadek, na dodatek brutal – 7 żółtych kartek w 10 meczach!

(teraz moje ulubione dwa przypadki)

Ivan Udarevic – 22 mecze i 2 gole, Polonia Warszawa i ŁKS, 2004-wciąż z roczną przerwą na sezon 2005/2006; ktoś się może żachnąć i powiedzieć, że to solidny zawodnik – dla mnie zawsze był tępym rzeźnikiem, którego jedynym celem było pogruchotanie rywalom kości, jego dorobek w premierowym sezonie w Polsce mówi sam za siebie – 21 meczów, 9 żółtych kartek, 2 czerwone – przyjaźnił się z Huciką:) obecnie kontynuuje misję w III-ligowej Ilance Rzepin – w 4 meczach zdobył 3 żółte kartki; w pewnym momencie na skutek dziwnych układów menedźersko-koleżeńskich miał trafić do.. Wisły Kraków

Andy Bara – 3 mecze, Legia Warszawa, Świt NDM (potem III liga dla Delty Warszawa), 2003/2004; przychodził do Legii w akompaniamencie fanfar i z informacją, że terminował w Valencii i Logrones a w młodzieżowej reprezentacji Chorwacji rozegrał 60 spotkań; był tak dobry, że Legia… od razu wypożyczyła go do Świtu a potem do Delty. W koszulce z eLką nigdy nie zagrał, a ostatnio widziano go na Brunei i w Malezji

Chorwackie Piwo czyli w sumie nie jest złe, ale gdyby można było wybierać to sięga się po nie w dalszej kolejności.

Damir Maretic – 11 meczów i 1 gol, Pogoń Szczecin, 1999; w przeciwienstwie do swojego kolegi Simica był wartościowym uzupełnieniem ówczesnej Pogoni

Toni Golem – 42 mecze, Górnik Łęczna i Ruch Chorzów, 2005-2008; jak na Łęczne to solidny, na Ruch już nieco mniej; średniak choć na tle swych rodaków prezentował się nie najgorzej

Mate Lacic – 47 meczów i 1 gol, Dyskobolia Grodzisk, Zaglębie Lubin, 2005-wciąż; solidny obrońca, mający za sobą występy w amatorach TSV Monachium i mistrzostwo Bośni z NK Siroki Brijeg

Żankarlo Simunic – 10 meczów, Polonia Warszawa, 2006 (potem w II lidze do 2008 roku); na spadkową beznadzieję Polonii byl w sam raz – ani boski jak Jaszyn, ani kiepski jak grający kilka metrów przed nim Hucika czy Igwe, poza tym solidna gra w II lidze dla Polonii, obecnie stosuje sobie krioterapię u boku Tomasza Stolpy na Islandii w klubie którego nazwę można wymówić płynnie dopiero po 10 piwach – Ungmennafélag Grindavíkur

Chorwackie Słońce czyli zawsze warto znajdować się w jego pobliżu.

Ivica Krizanac – 62 mecze i 5 goli, Górnik Zabrze i Dyskobolia Grodzisk, 2002-2004;

Sokole Oko wśród ślepców, podpora każdej defensywy w której występował (wyróżniający się w Górniku, świetny w Groclinie), równo grający, potężny i skuteczny, w ogóle jeden z lepszych obcokrajowców ostatnimi czasy w Polsce a już na pewno najbardziej utytuowany – w maju tak się cieszył:

W ostatnim meczu ze Słowenią zadebiutował w reprezentacji Chorwacji.

Chorwackie Krzyżówki – jeszcze nie wiemy co z tego będzie, chwilkę trzeba odczekać.

Boris Radovanovic – Lechia Gdańsk

Frane Cacic – Lechia Gdańsk; trzkrotny mistrz Chorwacji z NK Zagrzeb i Hajdukiem Split, w których – co jest rzadkością u przybywających do nas „mistrzów” regularnie grał, może Lechia będzie z niego miała pociechę

Ivan Turina – Lech Poznań; dwukrotny mistrz Chorwacji z Dinamem Zagrzeb, występy w Lidze Mistrzów z tymże, w sezonie 2005/2006 najlepszy zawodnik ligi, 1 występ w reprezentacji Chorwacji (mecz z Hong Kongiem); ostatnio w Skodzie Xanthi, ale się nie zagrywał. Ciekawy zawodnik a że Kolejorz potrzebuje bramkarza jak kania dżdżu, więc widzę przed nim ciekawą przyszłość na Bułgarskiej.

Tak więc z Chorwatami w Polsce jest jak z chorwacką piosenką – generalnie folkowe truchło, ale czasem trafi się jakiś grający na gitarze Slaven Bilić:)

P.

Komentarz z numer10.blox.pl:

Gość: MG, *.internetdsl.tpnet.pl
2008/08/27 20:29:55
świetny blog, dodany do zakładek, codziennie odwiedzany i czytany przeze mnie :-).
Oby tak dalej, powodzenia!

Polska – Cypr 2:2 (1996). Przewrotką na Anglię, czyli zdarzyło się kiedyś

Zdarzyło się 27 sierpnia 1996 roku.

Wakacyjne mecze kadry to nieustanny powód do uśmiechu. A to nie przyjdą kibice, a to ktoś wpadnie na pomysł tournee po Botswanie, a to jakiś piłkarz powie, że woli urlop w Gąskach niż grę w reprezentacji. Trąci to raczej kroniką towarzyską niż poważną piłką. Nie inaczej było w sierpniu 1996 roku. Ekipa Piechniczka szykująca się do eliminacji MŚ 1998 obrała sobie za sparingpartnera Cypryjczyków. Gospodarzem było senne miasto Bełchatów (na meczu 4000 widzów). W sumie najciekawszym wydarzeniem było… odsunięcie od gry przez selekcjonera pięciu piłkarzy Widzewa, którzy spóźnili się na zgrupowanie (Citko, Czerwiec, Michalski, Szczęsny, Wojtala). Konsekwencją tego było zestawienie składu orientalne niczym jeansy na Stadionie Dziesięciolecia. Debiutowało siedmiu zawodników – Szamotulski, Hajto, Kaczmarczyk, Kucharski, Mięciel, Berensztajn i Rzeźniczek – z czego dwaj ostatni przyodziewek z orłem na piersi zawdzięczają chyba tylko faktowi bycia bełchatowskimi autochtonami. Co zapamiętałem z tego spotkania? Nieudolne przewrotki Mięciela (o ironio jedna z nich – ta najbardziej fajtłapowata – przyniosła nam gola) oraz… niebieskie korki napastnika gości Sinisy Gogica. I zerową użyteczność sparingu przed starciem z Anglią.

P.

Z komentarzy na numer10.blox.pl

pavelczado
2008/08/27 13:22:43
Fajny blog!:-)
Jeden z ciekawszych jakie czytałem

snooboy
2008/08/27 16:49:25
tak będzie wyglądał nasz futbol na tle europy, jeśli polska piłką będą rządzić nadal piechniczki, listkiewicze i inne apostele. pozdrawiam

Wesoły pogrzeb czyli trzy po trzy po meczu Wisła Kraków – FC Barcelona

P:

SŁODKA PORAŻKA, GORZKIE ZWYCIĘSTWO 

1. Fajnie. Fajnie jest wygrać z Barceloną. Tak po ludzku, zwycięstwo nad legendarnym klubem cieszy – nie dokonał tego nigdy żaden inny polski zespół. Miło popatrzeć, że Cleber strzela celniej niż Henry, Krkić i Xavi. Siłą rzeczy przypomina mi się inny mecz, gdzie Biała Gwiazda pokonała drużynę z absolutnego europejskiego topu po czym odpadła:)

Mam oczywiście świadomość, że to zwycięstwo w ostatecznym rozrachunku znaczy tyle co nic, bo polskiej drużyny po raz nasty zabraknie w Lidze Mistrzów, ale to "nic" ma dziś wyjątkowo słodki posmak. Poza tym taki mecz powinien wzmocnić krakusów psychicznie przed starciem o fazę grupową Pucharu UEFA.

2. Gdybanie. Można teraz gdybać – co by było gdyby. Co by było gdyby w pierwszym meczu zamiast 4-0 było 3-1 – awans w zasięgu ręki. Co by było gdyby dyrektor Bednarz zamiast oglądać na TVNie seriale o kłopotach boliwijskich nastolatek ściągnął do Wisły, choćby wzorem Lecha, kilku młodych zawodników z Bałkanów czy Ameryki Południowej (wykorzystałby znajomość boliwijskiego). Co by było gdby Wisła zamiast Barcelony wylosowała Olympiakos czy Anderlecht. Co by było gdyby…

3. Victor Valdes. Choćby ze mnie skórę pasami ściągali nie potrafię docenić tego bramkarza. Niby nie wpuszcza spektakularnych farfocli, ale brakuje mu osobowości wielkich golkiperów. A to źle się wybije, a to mu piłka przeleci po ręce, a to sparuje nie w tą stronę. Często nie padają po tych zdarzeniach bramki, często obrona tuszuje jego błędy, ale grając na środku defensywy nie czułbym się zbyt pewnie mając takiego agenta za plecami.

R:

CHWAŁA ZWYCIĘZCOM (CZYLI ZWYCIĘŻONYM)

Gdy ponad 10 lat temu Borussia Dortmund sięgała po laur najlepszego klubowego zespołu Europy, na swej drodze po to trofeum, w fazie eliminacyjnej Ligi Mistrzów (wtedy jeszcze „mistrzów” nie tylko z nazwy) przyszło jej się zmierzyć z łódzkim Widzewem. Podopieczni Franciszka Smudy w obu tych spotkaniach zaprezentowali się naprawdę z jak najlepszej strony, grając futbol ciekawy, pomysłowy, poukładany. W Dortmundzie ulegli 1:2, by w Łodzi będąc o krok od zwycięstwa ostatecznie zremisować 2:2. Każdy kto pamięta te mecze przyzna, że w obu spotkaniach różnica pomiędzy najlepszą ligową drużyną naszego kraju a najlepszym teamem piłkarskiej Europy była wtedy na tyle niewielka, że Polacy w obu tych pojedynkach śmiało mogli się pokusić o zwycięstwa.

20 lat temu poznańskiego Lecha dzieliła od wyeliminowania wielkiej Barcelony jedna skutecznie wykonana jedenastka w serii rzutów karnych. Jak wspomina na swoim blogu trener Czesław Michniewicz, gdy do piłki ustawionej na wapnie podbiegał Bogusław Pachelski, słynny trener Katalończyków Johann Cruyff zaczął już schodzić do szatni, nie wierząc w to, że Barcelona jest jeszcze w stanie awansować (Zubizarreta strzał Pachelskiego jednak obronił a Barca wygrała karne 5:4)
Dziś, gdy od wielu już lat Liga Mistrzów stała się przytulnym gniazdkiem wzajemnej adoracji dla pięknych i bogatych (z naciskiem na bogatych) a przepaść dzieląca dwa futbolowe światy (możnych i niemożnych) pogłębia się z każdym rokiem, jako kibice nauczyliśmy się cieszyć z mniejszych lub większych namiastek sukcesu naszej klubowej piłki. 6 lat temu Polonia Warszawa ograła wspaniałe, naszpikowane gwiazdami, prowadzone przez Mourinho FC Porto 2:0 (ulegając w pierwszym spotkaniu 0:6) Dzisiejszego wieczoru piłkarze krakowskiej Wisły sprawili psikusa legendarnej Barcelonie wygrywając z nią 1:0. I choć awans Barcy, po zwycięstwie na Camp Nou 4:0, ani przez moment nie był zagrożony, warto chyba jednak docenić wagę tego wieczoru. Wiślacy zostawili na boisku serce, włożyli w grę mnóstwo ambicji i ogrywając wielkiego rywala, który wcale meczu nie odpuścił, zasłużyli na słowa uznania. Przeszli też do historii jako pierwsza polska drużyna pokonując klub marzeń z Barcelony. Dzisiejszy wieczór ma posmak radości, bo mistrzowie naszego kraju zwyciężyli drużynę z innej piłkarskiej galaktyki. Dziś Dawid spotkał się z Goliatem ucierając mu nieco nosa. I to nieważne, że cztery sińce nabyte podczas batalii sprzed dwóch tygodni wciąż aktualne. Brawo Wisło, dziękujemy Wisło! Chwała zwycięzcom! Czyli zwyciężonym.

B:

NIE ZMARNOWAĆ TEGO ZWYCIĘSTWA

Zasiadałem do tego wpisu z dużą dawką sceptycyzmu, bo w końcu w pierwszym meczu baciory, bo Barca myślami pewnie jeszcze przy zwiedzaniu Wawelu, bo przecież Polonia też kiedyś po batach w Porto wygrała rewanżyk na Konwiktorskiej i co z tego itd. Kilka faktów sprawia jednak, że tryumf nad Dumą Katalonii trzeba rozpatrywać w kategorii sukcesu, jeśli nie wielkiego sukcesu. Pod jednym jednak warunkiem. O nim jednak na końcu. 

1. Barca cholernie rzadko kończy mecze w pucharach bez strzelonego gola. Nie widzę w tym zasługi Pawełka, oczywiście. Bohatersko grała cała linia obrony, z (wreszcie!) świetnym Baszczyńskim na czele. Henry, Eto’o czy Krkić naprawdę mieli wielką ochotę ukąsić, ale fakt, że to nie był ich dzień mocno wspomagała wiślacka defensywa (Bojan może po prostu chciał, by trener Serbii Radomir Antić sobie pomyślał, że w sumie to jest kiepski, nie wiem). W każdym razie, w czterech ostatnich sezonach, na 41 meczów Barcy w europejskich pucharach (konkretnie w Lidze Mistrzów), tylko w dziewięciu Katalończycy nie strzelili gola. Mało tego, z tych dziewięciu meczów bez trafienia, przegrali tylko 4 razy – reszta kończyła się bezbramkowo.

2007/08: Rangers 0:0 ; Manchester United 0:0, 0:1

2006/07: Chelsea 0:1

2005/06: Panathinaikos 0:0 ; Benfica 0:0 ; Milan 0:0

2004/05: Milan 0:1 ; Szachtar 0:2 [ponad połowa składu rezerwowa]

2. Blaugrana ma przecież nowego trenera – Guardiola, zważając na fakt, że jest szkoleniowym nowicjuszem, jeszcze przez jakiś czas będzie musiał pracować na zaufanie fanów (nie mylić oczywiście z szacunkiem – ten ze względu na karierę zawodniczą ma zapewniony). O tym, że na wynikach u progu sezonu mu zależy, świadczą sparingi (i pierwszy mecz), gdzie Barcelona łomotała rywali, że hej. O tym mówi też skład – szokujący, bo najsilniejszy. Pepe Guardiola naprawdę chciał ten mecz wygrać. A tu taki dzwon na ogórkowie :)

3. Nic nie mam do Clebera, ale trochę szkoda, że tej jednej, jedynej brameczki nie ustrzelił któryś z Polaków. Mógłby to być Brożek, król naszego polskiego podwórka, któ
ry jeśli się nie przełamie w tym sezonie w dziedzinie strzelania ważnych goli, to moim zdaniem nie przełamie się już nigdy. Mógłby to być Zieńczuk, który zdjąłby tym samym piętno ateńskiej tragedii z rewanżu z Pao. Mógłby to być Niedzielan, bo na nasze warunki to zawodnik o niespotykanych walorach (szybkość + instynkt), tylko po kontuzji potrzeba mu jakiegoś przełomu. Mógłby to być… nie no, bez żartów, że Dawidowski, w jego przypadku cieszmy się, że dograł te swoje minutki bez kontuzji.

Zwycięstwo nad Barceloną w najsilniejszym składzie jest wielkim sukcesem. Ale jeśli tak podbudowana Wisła nie awansuje do fazy grupowej Pucharu UEFA, to to zwycięstwo będzie trochę jak towarzyskie 3:1 janasowej kadry z Włochami. Fajnie, że było, tylko – co z tego?

Tryptyk bałkański: Bośnia i Hercegowina

Zastanawiam się czy pisanie o poziomie piłki nożnej w Bośni i Hercegowinie w ogóle jest etyczne. Bolesna historia tego sponiewieranego państwa wyziera niemal zza każdego zakrętu. Chodząc po Mostarze można obserwować niezwykle trudne sąsiedztwo – podziurawionych od kul ścian oraz ludzi, którzy na ich koślawym fundamencie reanimowali tkankę miejską. Wojna jest tu cały czas obecna – jako znamię i ostrzeżenie. Może więc jednym ze sposobów powrotu do normalności jest piłka nożna?

Kluby piłkarskie również silnie odczuły wojnę – najpierw krwawe działania wojenne a potem nowy układ administracyjny sprawiły, że piłkarze mieli dłuższą przerwę w rozgrywkach. Reprezentacja kraju pierwszy oficjalny mecz zagrała 30.11.1995 roku z Albanią w Tiranie (porażka 0-2) a we wrześniu 1996 roku wystartowała w eliminacjach do MŚ we Francji (w międzyczasie sensacyjne zwycięstwo w towarzyskim meczu z Włochami 2-1!). Prawdziwe problemy pojawiły się jednak przy próbach wskrzeszenia rozgrywek ligowych. Jako że Bośnia składała się wówczas z trzech stref etnicznych – strefy muzułumańskiej, chorwackiej oraz serbskiej (obecnie dwie pierwsze się połączyły tworząc binarny układ: Federacja Bośni i Hercegowiny oraz Republika Serbska) – każda ze stref miała swoje rozgrywki. Chcąc je ujednolicić zaproponowano play-offy w których miały zagrać czołowe zespoły z każdej z lig. Pomysł zbojkotowali Serbowie a w końcu poróżnili się także Chorwaci z Muzułumanami. Do play-offów między tymi dwoma ostatnimi strefami doszło dopiero rok później (rok 2000, zwycięzcą został chorwacki Brotjo Citluk, Serbowie bojkotują). W sezonie 2000/2001 połączone strefy chorwackie i muzułumańskie utworzyły jedną ligę. O tym jak głębokie są rany między etnicznymi grupami w Bośni niech świadczy fakt, że dopiero w sierpniu 2002 roku, po długich negocjacjach, wystartowała wspólna liga Bośni i Hercegowiny. Ludzie, których Historia postawiła kiedyś naprzeciwko siebie i włożyła karabin do ręki, dziś wspólnie kopią piłkę.

Podstawowym problemem Bośniaków była i jest emigracja zawodników do innych krajów. Część z nich cały czas czuje się związanych z ojczyzną i gra dla niej, lecz część po prostu zmienia obywatelstwo (głównie w Niemczech i Holandii). Rodacy nie mają im tego jednak za złe – dość powiedzieć, że najlepiej sprzedającą się koszulką na bazarze w Mostarze jest… koszulka reprezentacji Szwecji tego pana:

Ale największy szacunek należy się tym, którzy grają w biało-niebieskich barwach. Czytałem kiedyś wywiad z Hasanem Salihamidżicem, który opowiadał, że w wieku 9-10 lat ojciec włożył mu do kieszeni kilka dolarów i zapakował do autobusu jadącego do Hamburga. Dziś ten piłkarz gra w Juventusie, przedtem występował w HSV i Bayernie. Jest gwiazdą. I bohaterem Bośni.

Reprezentacja Bośnii dała Europie kilku świetnych piłkarzy – wspomniany Salihamidżić, kapitalny Meho Kodro (grał w Barcelonie), Elvir Bolić i Elvir Baljić (sezon w Realu Madryt, choć uznany przez kibiców za drugi, po Jonathanie Woodgacie, najgorszy transfer w historii:)) oraz Sergiej Barbarez (król strzelców Bundesligi w HSV, poza tym Hansa, Borussia Dortmund, Bayer Leverkusen). Po zawieszeniu butów na kołku przez tego ostatniego największą gwiazdą reprezentacji jest napastnik PAOKu Saloniki Zlatan Muslimović. Jego wizytówką jest hat-trick w meczu z Chorwacją (choć przegranym 3-5):

W najbliższej przyszłości piłkarzem dużego formatu może zostać napastnik robiącego furorę w Bundeslidze beniaminka Hoffenheim Vedad Ibisević.

Wedle mojej wiedzy w polskiej ekstraklasie występowało lub występuje trzech reprezentantów Bośni i Hercegowiny. Kilka lat temu etatowymi zawodnikami bośniackiej kadry byli Admir Adżem

i Omer Joldić.

O ile ten pierwszy był solidnym ligowcem – występował w Pogoni Szczecin, GKSie Katowice i Zagłębiu Sosnowiec (44 występy w I lidze, 1 gol) o tyle pobyt tego drugiego w Polsce to kompletna pomyłka – 5 meczów w GKSie Bełchatów, przesunięcie do rezerw po czym czarna nalewka od Oresta Lenczyka i powrót do BiHu. Trudno powiedzieć dlaczego nie zaistniał w górniczym klubie (kłopoty wychowawcze, antypatia Lenczyka?), ale faktem jest że była podpora reprezentacji biało-niebieskich nie przyjęła się na naszych murawach.

Istnieje natomiast szansa (jestem o tym przekonany), że zupełnie inaczej rzecz się będzie miała z młodziutkim Semirem Stilicem z Lecha Poznań.

Przez lata kluczowy element młodzieżówki BiHu, obecnie powoływany do I reprezentacji (co ciekawe, zagrał w grudniu w meczu z… Polską!).

Jemu wielkopolska trawa chyba służy, bo praktycznie od początku swojego pobytu daję pyszne próbki swoich możliwości.

Bardzo solidnym grajkiem jest Ensar Arifovic z Jagiellonii Białystok (przedtem Poloniia Warszawa i ŁKS) – w 79 m
eczach ustrzelił 20 goli.

Miewał chwile strzeleckich blokad, ale generalnie zawsze można liczyć na 6-8 bramek w sezonie w jego wykonaniu. Jego najbardziej znane trafienia to chyba dublet w meczu z Wisłą Kraków.

Solidnie też prezentował się obrońca Szczaowianki Jaworzno i Zagłębia Sosnowiec Dżenan Hosić (39-0).

Pozostali Bośniacy nie zapisali się specjalnie złotymi zgłoskami w księdze "I Liga Polska". Oto oni:

Tarik Ceric (25 gier dla ŁKSu w latach 2006-2007) – dał się poznać jako… jeden z wyższych zawodników Ekstraklasy – 193 cm! (choć wciąż daleko mu do Jakuba Dziółki – 202 cm)

Amar Fehratovic (2 mecze dla Bełchatowa 2005) – razem z Joldicem oraz Serbami Jankovicem i Radulovicem (nomen omen dziś reprezentantem Czarnogóry) tworzył w Bełchatowie bałkańską ekipę rozgonioną przez Lenczyka na cztery wiatry

Edin Saranovic (12 meczów i 1 gol dla Pogoni 2002) – do spółki z Chilijczykiem Sebastianem Rodriguezem tworzy wtedy chyba najbardziej egzotyczny duet napastników w lidze:)

Vladimir Sladojevic (7 meczów i 2 gole dla Górnika Zabrze 2003/2004) – utalentowany napastnik, przedtem w juniorach Brescii, szkoda, że dłużej nie zabawił w Polsce.

Nenad Studen (11 meczów w Wiśle Płock 2004/2005) – grał jeszcze potem w II-ligowym Radomiaku

Tomislav Basic – przybył przed sezonem do Arki Gdynia, ale chyba na razie poczeka na swoją szansę jako zmeinnik Witkowskiego.

(przez trzy sezony – 2005-2007 – w II-ligowym Zagłębiu Sosnowiec występował także Hadis Zubanovic)

Świadectwem zawikłanej historii Bośni są również zawodnicy, którzy wprawdzie urodzili się na jej terytorium, ale są innej narodowości jak choćby Serbowie – Marko Bajic (Górnik Zabrze) oraz gwiazdy: Miroslav Radovic i Aleksandar Vukovic (Legia) czy Chorwat Anto Petrovic (Górnik Łęczna 2005).

Bośniacki futbol cierpi na podobną przypadłość co gruziński – kapitalne występy przeplata totalną mizerią. Kibicuję mu jednak z całego serca, bo klarował się on w mozole i pyle zniszczonych domów. Kiedy dziś porażki Polaków (również te olimpijskie) tłumaczy się "opóźnieniem cywilizacyjnym" związanym z socjalistyczną przeszłością, chciałbym wskazać na Bośnię – jeszcze 13 lat temu na ulicach Sarajewa snajperzy urządzali sobie polowania na cywilów. Dziś punkty tam tracą reprezentacje Turcji, Belgii czy Hiszpanii.

P.