World Cup 1994. Hiszpania – Korea Południowa 2:2 w cieniu OJ Simpsona

June 17th, 1994 - film dokumentalny ESPN
June 17th, 1994 – film dokumentalny ESPN

Większego pecha ten mecz nie mógł mieć.

O ile bowiem na spotkanie Niemcy – Boliwia, to zaraz po ceremonii otwarcia, gdzie przecież byli Oprah, Diana Ross Bill Clinton, przeciętny Amerykanin może i zerknął, to potem nic innego nie miało znaczenia. Nie miał go ani golfowy US Open, ani Puchar Stanleya dla hokeistów NY Rangers, ani nawet finał NBA między NY Knicks i Houston Rockets. Nawet transmisja z finału najlepszej koszykarskiej ligi świata była przerywana przez stację NBC, by relacjonować ucieczkę OJ Simpsona. Drugi mecz piłkarskiego mundialu, Hiszpanii z Koreą Południową, ten cały dziwny soccer, zwykłego zjadacza hamburgerów nie obchodził wcale.

Nagromadzenie sportowych wydarzeń z 17 czerwca 1994 roku i usunięcie ich w cień przez sprawę OJ-a świetnie pokazuje dokument ESPN. Film June 17th, 1994 nie zawiera żadnych komentarzy, to tak naprawdę fragmenty programów telewizyjnych z tego dnia.

Przy części urywków mamy podane godziny:

  • 8.23 – OJ wyjeżdża z domu – o godzinie 11 ma być na policji, ale nie dociera na komisariat,
  • 12.47 – ceremonia otwarcia World Cup 1994,
  • 13.55 – policja  wyznacza nagrodę za pomoc w zatrzymaniu OJ – od tego momentu telewizje pokazują pościg niemal non stop, nad autostradą po której ucieka Ford Bronco, lata dziewięć helikopterów z kamerami,
  • 17.07 – Robert Shapiro na konferencji prasowej apeluje do przyjaciela o poddanie się, a Robert Kardashian odczytuje list, który OJ miał zostawić w domu,
  • ok. godz. 20 – OJ Simpson podjeżdża pod swój dom w asyście policji.

O ile dobrze liczę, mecz Hiszpania – Korea Południowa zaczynał się o godz. 17.30 tamtego czasu, czyli między konferencją Shapiro i Kardashiana a poddaniem się Simpsona. Ile osób w Stanach oglądało w tv cztery gole w Dallas?

Nadmiernym optymistą był Dariusz Wołowski w swojej korespondencji dla Wyborczej, który pisał:

tuż po zakończeniu transmisji ze spotkania Hiszpania – Korea przez kilka godzin miliony telewidzów w USA oglądały na żywo sceny ujęcia O.J. Simpsona, słynnego zawodnika futbolu amerykańskiego, który jest oskarżony o zamordowanie swojej byłej żony i jej przyjaciela.

„Tuż po transmisji”? Pościg oglądało 95 milionów osób (reszta Amerykanów prawdopodobnie była na wiaduktach przy autostradzie), śmiem więc wątpić, że przerwali oni śledzenie go, by zobaczyć drugi mecz World Cup 1994.

Wątpliwości nie pozostawia zresztą korespondencja wysłannika Przeglądu Sportowego, Janusza Basałaja:

W sobotę rano zostałem dobity przez niecnych Amerykanów. Oto nie oglądałem meczu Hiszpania – Korea Południowa. Obudziłem się o czwartej rano (różnica czasu niech będzie przeklęta!), sięgam po pilota i biegam po kanałach: może gdzieś dadzą skrót? Sportowa stacja ESPN, owszem, dawała sporo o OJ Simpsonie (wszystkie inne stacje od kilku dni robią z tego cały czas czołówkę). Później był baseball, golf, wyścigi konne, coś jeszcze i dopiero krótko, króciutko podano wyniki piątkowych spotkań, prezentując tylko trzy bramki z meczu Hiszpanów z (tymi lepszymi) Koreańczykami. Po dwóch godzinach dowiedziałem się, jaki był wynik meczu o punkty w mistrzostwach świata! Zrozumiałem dobrze: Ameryka nie myśli dać się zwariować europejskim sportem nr 1. Zrobiła i tak łaskę, że zaprosiła najlepszych piłkarzy świata do siebie. Jak mawiał pewien słowacki dziennikarz: „To ne je futbalowa kraina…”.

Amerykanie lubią żyć w swoim świecie, ich prawo, natomiast, ci kibice, którzy bój Hiszpanów z Koreańczykami tak jak Janusz Basałaj przegapili (zwłaszcza drugą połowę) mieli czego żałować.

Hiszpania czerwona kartkami Zubizaretty i Nadala i ze wstydu

Prezes Realu Madryt wymagał od reprezentacji Hiszpanii zwycięstwa co najmniej 5:0, również sami piłkarze drużyny Javiera Clemente nie bawili się w konwenanse i bez ceregieli zapowiadali wysokie zwycięstwo.  Mowa była o Korei, która na Mondiale 90 była beznadziejna, z Meksyku dała się zapamiętać głównie kopaniem Maradony i innych Argentyńczyków, a na sam World Cup 1994 pojechała tylko dzięki Irakowi, który na 12 sekund przed końcem, golem Jaffara Omrana na 2:2, zabrał Japonii awans.

Irak – Japonia 2:2 – wynik pozbawił Japonię startu w World Cup 1994

Owszem, Miguel Angel Nadal wyleciał z boiska już w 25. minucie, bo sfaulował od tyłu wychodzącego na czystą pozycję Ko Jeong Woona. Ale ten wariant – grania w dziesiątkę przez większość meczu – Hiszpanie akurat mieli przetrenowany. W meczu o awans na World Cup 1994, z Danią, Andoni Zubizaretta po faulu na Michaelu Laudrupie obejrzał czerwoną kartkę już w 10. minucie. Tamten mecz Hiszpanie wygrali po golu Fernando Hierro, a przecież gdzie Koreańczykom do duńskich mistrzów Europy z 1992 roku.

Do końca meczu z Danią i w mundialowej premierze, hiszpańskiej bramki strzegł więc Santiago Canizares, ale obsada bramki nie wydawała się problemem. Można mieć przekonanie graniczące z pewnością, że Hiszpanie Koreańczyków zwyczajnie zlekceważyli, gdy na początku drugiej połowy strzelili im dwa gole (przy okazji runął mit wspaniałej, zdyscyplinowanej koreańskiej obrony, która w eliminacjach biła rekord minut bez straty gola).  Pamiętam, gdy wtedy, w dzieciństwie, oglądałem skrót tego meczu na Eurosporcie i nie mogłem uwierzyć, że najpierw – po fartownym rzucie wolnym i rykoszecie od Minambresa – kontaktowego gola strzelił Hong Myung Bo, a na 2:2 wyrównał Seo Jung Won. To była sensacja.

Sensacja zupełnie inna niż ta w 2002 roku, gdy Korea Południowa – ostatniego karnego strzelał ten sam Hong Myung Bo! – przy pomocy sędziego, mimo dwóch prawidłowych goli Hiszpanów, wyeliminowała ich i awansowała do półfinału mistrzostw świata.

B.

World Cup 1994. Ceremonia otwarcia i Niemcy – Boliwia 1:0: Diana Ross nie strzela karnego, Etcheverry wchodzi i schodzi

World Cup 1994 - ceremonia otwarcia na okładce tygodnika Piłka Nożna
World Cup 1994 – ceremonia otwarcia na okładce tygodnika Piłka Nożna

Z otwarcia mistrzostw świata w USA mam tylko mgliste przebitki, pewien jestem co najwyżej tego, że jako niespełna siedmiolatek nie byłem w stanie usiedzieć przed telewizorem na całym meczu Niemcy – Boliwia, a czas do zdobycia pierwszego gola turnieju (Klinsmann po błędzie obrony) dłużył mi się jak debiut w przedszkolu do powrotu rodziców. A jednak, mimo trudnych początków, pokochałem ten turniej – i cały ten sport – tak, jak tylko umiałem. Trudne początki to nie tylko mało widowiskowy – zwłaszcza jak na standardy przedszkolaka – mecz otwarcia, ale przede wszystkim trudność w postaci meczów rozgrywanych o późnych porach, często w środku nocy. Stałym rytuałem stało się więc oglądanie porannego programu ze skrótami na Eurosporcie. Z terminarzem z To & Owo do uzupełniania wyników i Encyklopedią Piłkarską Fuji pod pachą poznawałem kolejnych piłkarzy (wszyscy byli dla mnie nowi, bo jedyny, którego kojarzyłem – Ruud Gullit – na turnieju nie wystąpił, czym złamał mi serce) i porównywałem, czy w rzeczywistości wyglądają  tak, jak na zdjęciu (problem był z Hiszpanem Caminero, który tu miał bródkę, a tu nie – trudno mi było znieść ten brak zgodności).

World Cup 1994 - Encyklopedia Piłkarska Fuji (tom 10.)
World Cup 1994 – Encyklopedia Piłkarska Fuji (tom 10.)

Amerykańska ceremonia otwarcia World Cup

„Zespoły artystyczne miały tylko po 10 sekund na zaprezentowania tańca charakterystycznego dla każdego z 24 krajów uczestniczących w imprezie. Gdyby na podstawie tej prezentacji oceniano szanse poszczególnych drużyn, do finału powinni dotrzeć piłkarze Arabii Saudyjskiej – z takim ogniem saudyjscy tancerze wykonali taniec z szablami” – tak Marek Wielgus w swoim albumie World Cup 1994 opisuje część artystyczną ceremonii otwarcia. Choćby jednak tancerze połykali owe szable i tak znaleźliby się w cieniu Diany Ross, która oprócz wykonania piosenki, miała też wykonać rzut karny. Jej strzał był na tyle niecelny, że bramka aż rozpadła się z żałości.

Marek Wielgus: „Ceremonia przebiegała w iście amerykańskim tempie. Prezydent Joao Havelange mógł zaledwie wygłosić oficjalną formułę otwierającą mistrzowski turniej. Organizatorzy mieli nawet pretensje do prezydenta Billa Clintona, że o kilkadziesiąt sekund przekroczył limit czasu”.

17 czerwca 1994 roku na stadionie Soldier Field, Bill Clinton powiedział: – Piłka nożna jest uniwersalnym językiem, którym możemy porozumiewać się wszyscy.

W TVP za głos tłumaczący Billa Clintona robił Andrzej Zydorowicz i brzmi to naprawdę ciekawie.

Boliwia 1994. Mądry Azkargorta, niemądry Etcheverry

– Przepraszam moich rodaków, przepraszam moją ojczyznę – wyrzucił z siebie po meczu Marco Etcheverry. Nie grał od listopada 1993 roku po groźnej kontuzji, głód piłki musiał mieć potężny, niestety zaspokoił go atakiem na Lothara Matthausa.

Trener Xabier Azkargorta krótko przed meczem mówił, że szykuje lidera swojego zespołu na mecze z Koreą Południową i Hiszpanią. Frustracją szkoleniowca związaną z porażką i pauzą, na którą Etcheverry sam siebie skazał, trzeba tłumaczyć jego słowa po meczu: – Nie wiedziałem, za co Marco dostał czerwoną kartkę, ale wiem, że sędziowie często gwiżdżą przeciwko maluczkim.

Bask Xabier Azkargorta przed wyjazdem do Boliwii trenował Espanyol Barcelona, Real Valladoid, Sevillę i Tenerife. Tak naprawdę, gdy Boliwijczycy zaczęli go namawiać do emigracji – najpierw (nieskutecznie) klub Bolivar, potem federacja – wykonywał już inny fach. W Barcelonie był lekarzem sportowym. Po miesięcznych namowach uznał, że uleczy reprezentację Boliwii.

Okoliczności ku temu miał niezwykłe, bo przez spór boliwijskich piłkarzy z federacją, na początku 1993 roku zawieszone były rozgrywki ligowe. Azkargorta grał więc mecze towarzyskie na potęgę i szlifował ustawienie 1-4-5-1. – Dostrzegłem wielu zawodników o nadzwyczajnych umiejętnościach technicznych, niestety, nie znających pojęć dyscypliny i kultury taktycznej. Gdy popatrzyłem na premierowy, pod moją kuratelą, mecz reprezentacji, uderzał chaos w sposobie konstruowania w sposobie konstruowania akcji, ustawiania się na boisku, współdziałania. Każdy grał bardziej dla siebie niż dla zespołu.

Xabier Azkargorta – trener Boliwii w 1994 roku

Hiszpański korespondent Tomas Gausch, cytowany przez Grzegorza Stańskiego w „Fuji”, tak opisuje fetę po awansie Boliwii na mundial w USA: „Boliwijczycy pragną przeistoczyć Azkargortę w Mesjasza. Kobiety ustawiają się w potężnej kolejce, by całować jego dłonie. Niektóre wysuwają mu przed siebie małe dzieci, by je tylko dotknął. Mer La Paz wystąpił z wnioskiem, aby nadać mu obywatelstwo drugiej ojczyzny. – Nie potrzebuję waszego paszportu, aby czuć się Boliwijczykiem – odparł Bask”.

Xabier Azkargorta w 1994 roku miał 40 lat i był najmłodszym spośród trenerów na mundialu w USA. Umówmy się, że wąsy go raczej postarzały.

Marco Etcheverry strzelał w eliminacjach, Jurgen Klinsmann w finałach

Marco Etcheverry (Boliwia)

Podczas meczów na wysokościach w Boliwii przeciwników zatykało, a gospodarze wykańczali ich w ostatnich sekundach. Boliwia pokonała w ten sposób choćby 2:0 Brazylię, strzelając gole w 88. i 89. minucie. W Andach przegrał też Urugwaj, Ekwador i Wenezuela.

Etcheverry błyszczał.

Przekonywał też: – 3600 metrów nie wyjaśnia dogłębnie naszej przewagi. Różnica między drużyną Boliwii wczorajsza i dzisiejszą polega na tym, że teraz przystępujemy do meczów bez kompleksów. Kiedyś nikła przegrana, strata jednego gola, były dla nas szczęściem. Od początku ery Azkargorty nie boimy się najlepszych.

Widocznie, strata gola z Niemcami sprawiły, że Etcheverry na mistrzostwach świata się nie zaaklimatyzował. Jeden z kilku najlepszych, o ile nie najlepszy boliwijski piłkarz w historii, praktycznie na całym świecie jest kojarzony z tym jednym głupim faulem zakończonym czerwoną kartką. Inne skojarzenia musi budzić tylko w Boliwii i – paradoksalnie – w Stanach Zjednoczonych, gdzie po starcie ligi MLS był wielką gwiazdą DC United.

A Niemcy? Jak to Niemcy, wygrali 1:0, choć sam strzelec gola, Juergen Klinsmann, przyznał, że zagrali kiepsko. Napastnik wykorzystał błąd obrony i bramkarza Carlosa Trucco, który przed mundialem opowiadał, jakim wzorem dla niego był Rene Higuita. To wyjście z bramki, faktycznie, było w stylu nieudanych eskapad Kolumbijczyka.

B.

Ukraina – Korea Południowa 3:1 w finale. Lepszy świetny zespół niż wybitne jednostki

Ukraina – mistrz świata do lat 20

– To już jest naprawdę koniec mistrzostw? – spytał swoich rodziców siedzący za mną chłopiec, a ci nie śmieli odpowiedzieć, a może ich odpowiedź nie przebiła się do mnie przez okrzyki radości z sąsiednich miejsc. Chwilę wcześniej Heorhij Citaiszwili po pięknej kontrze strzelił gola na 3:1 i było już pewne, że Ukraina pokona Koreę Południową i zostanie mistrzem świata do lat 20. Odwrócić losy meczu, wygrać mimo straconej najpierw bramki – to lubię, rzekłem, to lubię. Za mojego kibicowskiego życia, w finałach „dorosłych” reprezentacji narodowych, taka sztuka udała się tylko Niemcom z Czechami (1996), Francuzom z Włochami (2000) i Kameruńczykom z Egiptem (2017). Na finale mundialu do lat 20 w Łodzi bawiłem się na tyle dobrze, że w 30-stopniowym upale nie przeszkadzał mi nawet brak wody w punktach gastronomicznych (co nie znaczy, że o tym skandalu szybko zapomnę). Łaknących bardziej sportowej (i taktycznej) analizy odsyłam do wpisu Michała Treli, sam mogę pokusić się co najwyżej o luźne impresje.

Kibice Ukrainy po golu w finale z Koreą Południową

Finał mistrzostw świata do lat 20 na trybunach – koreański sektor między tłumem z Ukrainy

Na finał do Łodzi wybrałem się w dopiero co upolowanej koszulce Ukrainy nie tylko dlatego, że z piłkarską Koreą Południową nie jest mi po drodze od jej bandyckiego pchania przez sędziów w fazie pucharowej mundialu 2002 (tak, wiem, że to nie wina dzisiejszej kadry U-20). Chciałem, by to było wielkie święto dla tysięcy Ukraińców mieszkających w Polsce – i tak właśnie było. Na stadionie Widzewa widziałem wiele twarzy spalonych słońcem – przypuszczam, że spora część z nich została opalona na licznych budowach – z flagą Ukrainy na policzku, które po kolejnych golach Supriahy emanowały radością i dumą. Jeśli ten triumf może być jakimś pocieszeniem dla każdego Ukraińca, który w naszej ojczyźnie usłyszał, że ma wracać do siebie, bo coś komuś tu zabiera, to niech nim będzie. Tego mistrzostwa nikt Ukraińcom nie zabierze. My też byliśmy kiedyś w podobnej sytuacji, ale Polacy, gdy zjeżdżając nie tylko z ojczyzny, ale i ze wszystkich 16 landów, opanowali niemieckie stadiony podczas Weltmeisterschaft 2006 nie mieli (nie licząc goli Bartosza Bosackiego o honor z Kostaryką) z czego się cieszyć. Dorosłej kadrze Janasa zabrakło na tle rywali jakości i pomysłu, którą pokazała młodzieżowa drużyna Ołeksandra Petrakowa.

Ukraina – Korea Południowa 3:1 – radość i smutek po finale mistrzostw świata U-20

Koreańczyków – niech poprzedni akapit nikogo nie zwiedzie – też było na finale sporo, siedziałem zresztą między nimi i zastanawiałem się, czy aż tylu pracuje ich w polskich zakładach Samsunga i innego LG, czy serio na ten finał zjechali. Kolega Kamil, dzięki którego uprzejmości mogłem na tym finale być, a który jest bywalcem na Widzewie i ma wprawę w szacowaniu liczby kibiców, ocenił, że z 16 344 widzów na stadionie, około 6-7 tys. stanowili Ukraińcy, a Koreańczyków mogły być nawet 4 tysiące. Para siedząca przed nami była świeżo po dziesięciogodzinnym locie z Seulu (!), przy czym sielankę stwierdzenia, że „przyjechali specjalnie na finał” zepsuło następujące po nim zdanie, że dalej lecą do Nowego Jorku. W każdym razie – od 2002 roku nic się nie zmieniło. Wtedy, przed mundialem, Jerzy Engel na jednej z odpraw zwracał piłkarzom reprezentacji Polski uwagę, że gdy kibice Korei widzą jeden procent szans na zakończenie akcji golem, to drą się wniebogłosy. Te akurat krzyki i piski trudno nazwać dopingiem, ale już rytmiczne i powtarzane „Korea!” (wymawiane jako… „ne aniengo”) wkręcało się w głowę okrutnie.

Kibice Korei Południowej podczas finału z Ukrainą

Mundial U-20. Frekwencja w Polsce niezła, ale poniżej średniej poprzednich turniejów

Wydawało mi się, że Polska jako organizator będzie mogła odtrąbić frekwencyjny sukces, tymczasem zestawienie opublikowane przez Krzysztofa Sędzickiego na sportowefakty.wp.pl jasno pokazuje, że mniejszą popularnością na trybunach cieszyły się tylko mistrzostwa świata U-20 w Turcji. O ile średnia widzów dla Łodzi, gdzie grali Polacy i gdzie odbył się finał, wygląda nieźle (ponad 10 tys.), a dla Lublina całkiem przyzwoicie (7,7 tys.), to już taka Bydgoszcz powinna się nad sobą zastanowić (albo raczej PZPN, a konkretnie Zbigniew Boniek powinien zrewidować kolejne pomysły przyznawania temu miastu kolejnych tego typu imprez). Jasne, problemy były systemowe, trybuny świeciły pustkami, biletów nie było w kasach (FIFA: bo nie), a moment pojawiania się ich w sprzedaży internetowej był losowy, ale średnia 5,2 tys. w mieście bez piłki na poziomie trzecioligowym (Chemik właśnie spada z III do IV) pokazuje nikły głód futbolu (przynajmniej tego na wyższym poziomie).

Mistrzostwa świata do lat 20 – frekwencja na turniejach (za sportowefakty.wp.pl)

Ukłon Korei, czyli Lee Kang-in śladem Sona

Mnie do Bydgoszczy na wspaniały mecz Francja – USA też nie udało się dotrzeć, w ogóle widziałem za mało meczów, by czuć się kompetentnym w ocenie wyboru najlepszego zawodnika turnieju.

Wiem na pewno, że Lee Kang-in ma to szczęście, że szlak w walce z kulturową barierą i stereotypem mówiącym, iż piłkarz z Azji nijak nie może wskoczyć do top 10 piłkarzy na świecie, przeciera Son swoją grą w Tottenhamie. Korea gra na mundialu jest zawsze od 1986 roku, a przecież mistrzostwa będą jeszcze rozdymane, więc Lee Kang-in pogra nie raz na największej piłkarskiej imprezie. Koreański numer 10 był w Łodzi liderem i podczas meczu, i po jego zakończeniu, gdy wyznaczał moment kłaniania się publiczności. To był fajny moment, ładny pokaz dalekiej kultury.

Lee Kang-in na czele reprezentacji Korei Południowej, która kłaniała się publiczności po finale z Ukrainą

Ukraina – od Euro U-19 z Kyryło Petrowem do mundialu U-20 z Andrijem Łuninem

Prawdziwą wartość piłkarską tych 20-latków poznamy za kilka lat. Gdy latem 2009 roku spędzałem wakacje na (jeszcze należącym do Ukrainy) Krymie, akurat w Doniecku rozgrywany był finał mistrzostw Europy do lat 19. Ukraina wygrała 2:0 z Anglią, w której składzie byli Danny Welbeck, Kieran Trippier i Kyle Walker (półfinaliści mundialu 2018) i Danny Drinkwater (mistrz kraju z Leicester wypadł z kadry tuż przed wyjazdem do Rosji). Dekadę po złotym medalu drużyny Jurija Kalitwincewa, który ukraińskie media wtedy opiewały, większość tamtej kadry kopie w przeciętnych ukraińskich klubach, a część tuła się nawet po dużo słabszych ligach (fińska, węgierska, białoruska). Na wielkim turnieju zagrał tylko Denys Garmasz (przeciw Anglii na Euro 2012 i z Irlandią Północną na Euro 2016), a w Lidze Mistrzów występowali też Serhij Krywcow (Szachtar Donieck) i Serhij Rybałka (Dynamo Kijów). Największa gwiazda drużyny i najlepszy zawodnik Euro do lat 19 w 2009 roku, Kyryło Petrow, po jednym roku kalendarzowym (2014) w Koronie Kielce, wyjechał do Kazachstanu, skąd – przez Olimpik Donieck – trafił do Neftczi Baku. Kasa w portfelu na pewno się zgadza, ale raczej nie o takich klubach w CV marzył wychowanek Dynama Kijów. Słusznie pisał magazyn „Futboł” w numerze, który kupiłem wtedy na Krymie: „Reprezentacja jest ważna, ale to nie ona buduje zawodnika. Swoje własne mistrzostwo każdy z nich musi szlifować w klubie”.

Kyryło Petrow – mistrz Europy do lat 19 z 2009 roku na okładce magazynu Futboł oraz w 2014 roku jako piłkarz Korony Kielce

Najlepszy bramkarz mistrzostw świata do lat 20, Andrij Łunin – przepraszam za złośliwość – do niedawna był bramkarzem za słabym na ekstraklasę, ale wystarczająco dobrym na Real Madryt. Gdy jeszcze był w Dnipro, oferowano go kilku polskim klubom za ok. 250 tys. euro, mówi się o Legii, ale najbliżej było jego przejścia do Pogoni Szczecin.  Bez względu na to, czy po wypożyczeniu do Leganes, dostanie szansę na Santiago Bernabeu, czy nie, jeszcze przez parę lat może być spokojny o zainteresowanie klubów z najlepszych lig.

Andrij Piatow w bramce reprezentacji albo niedługo sam usunie się w cień, albo przez młodziana zostanie z bramki wypchnięty. Andrij Łunin zdaje się mieć wszystko, by powtórzyć w kadrze wieloletnią przygodę Ołeksandra Szowkowskiego (w reprezentacji od 1994 do 2012!). Sam Szowkowski jest teraz zresztą trenerem bramkarzy w sztabie Andrija Szewczenki.

Tęsknota za Szewczenką

Kibicka w koszulce Andrija Szewczenki podczas finału Ukraina – Korea Południowa

Tęsknota kibiców ukraińskich za Szewczenką-piłkarzem jest naturalna, ale wydaje mi się, że bardziej niż na wybitne jednostki, powinni oni czekać na zgraną i wyrównaną pierwszą reprezentację – taką jak ta do lat 20. Ten mundial świetnie pokazał, że jednostki – patrz: Mali, Francja, USA –  nie są w stanie udźwignąć całego ciężaru oczekiwań, jeśli cały zespół nie funkcjonuje jak trzeba. Pokolenie Szewczenki najpierw prawo gry na wielkim turnieju przegrywało w barażach (do MŚ 1998 z Chorwacją, do Euro 2000 ze Słowenią, do MŚ 2002 z Niemcami), a gdy już osiągnęło sukces (ćwierćfinał mundialu 2006), to jego styl był dla mnie dyskusyjny (w grupie w pokonanym polu Tunezja i Arabia Saudyjska, ze Szwajcarią awans wybronił Szowkowski, poważni rywale – Hiszpania i Włochy – nie dawali złudzeń – było 0:4 i 0:3). Momentem kulminacyjnym miało być Euro 2012, zaczęło się od wspaniałego 2:1 (z 0:1) ze Szwecją, z piękną dziecięcą radością, ale potem były przykre porażki z Francją i Anglią.

Na Euro 2016 było już tylko smutno, Ukraina była jednym z większych rozczarowań całego turnieju, co akurat mogłem widzieć z bliska z trybun w Marsylii. Z jej meczu z Polską zapamiętałem tylko Romana Zozulę – jego jedną akcję i przede wszystkim beznadziejną fryzurę.

Polska – Ukraina na Euro 2016: Tomasz Jodłowiec, Roman Zozula, Michał Pazdan, Ołeksandr Zinczenko i Grzegorz Krychowiak

Teraz ukraiński kibic z Polski dostaje nie tyle promyk nadziei i światełko w tunelu, co całe, mieniące się złotem pokolenie dwudziestolatków. Niech tylko będzie mądrzejszy od sąsiada i powstrzyma się od kłótni o zmianę szyldu i jechanie dalej, a powinno być dobrze.

Ukraina – Korea Południowa 3:1 (1:1)

0:1 Kang-in Lee (5. minuta, rzut karny),

1:1 Władysław Supriaha (34.),
2:1 Władysław Supriaha (53.),

3:1 Heorhij Citaiszwili (89.)

Ukraina: Andrij Łunin – Ołeksandr Safronow, Walerij Bondar, Daniło Bieskorowanyj – Juchym Konoplia, Ołeksij Chachłow (56. Maksym Czech), Kiryło Dryszliuk, Wiktor Kornijenko – Heorhij Citaiszwili, Serhij Bułeca (88. Ołeksij Kaszczuk), Władysław Supriaha (63. Daniło Sikan).
Korea Płd.: Gwangyeon Lee – Jisol Lee, Hyunwoo Kim, Jaeik Lee – Taehyeon Hwang, Seyun Kim (46. Wonsang Um), Jungmin Kim, Yongwook Cho (63. Sejin Jeon), Jun Choi (80. Kyuhyuk Lee) – Kangin Lee, Sehun Oh.
Żółte kartki: Juchym Konoplia, Hyunwoo Kim, Jaeik Lee, Sehun Oh.
Sędzia: Ismail Elfath (Stany Zjednoczone).
Widzów 16 344.

Najlepsi piłkarze mistrzostw świata do lat 20

1977 Tunezja Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich Wołodymyr Bezsonow
1979 Japan Argentyna Diego Maradona
1981 Australia Rumunia Romulus Gabor
1983 Meksyk Brazylia Geovani
1985 ZSRR Brazylia Silas
1987 Chile Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławii Robert Prosinečki
1989 Arabia Saudyjska Brazylia Bismarck
1991 Portugalia Portugalia Emílio Peixe
1993 Australia Brazylia Adriano
1995 Katar Brazylia Caio
1997 Malezja Urugwaj Nicolás Olivera
1999 Nigeria Mali Seydou Keita
2001 Argentyna Argentyna Javier Saviola
2003 Zjednoczone Emiraty Arabskie Zjednoczone Emiraty Arabskie Ismail Matar
2005 Holandia Argentyna Lionel Messi
2007 Kanada Argentyna Sergio Agüero
2009 Egipt Ghana Dominic Adiyiah
2011 Kolumbia Brazylia Henrique
2013 Turcja Ghana Ebenezer Assifuah
2015 Nowa Zelandia Mali Adama Traoré
2017 Korea Południowa Anglia Dominic Solanke
2019 Polska Korea Południowa Lee Kang-in

B.

Jedyne takie Tahiti

Dzięki koledze WW miałem wielką przyjemność uczestniczyć w wiekopomnym wydarzeniu jakim był mecz Polska – Tahiti (5:0) w ramach MŚ U-20.Wszystko, co wydarzyło się podczas spotkania jest już powszechnie znane, więc nawet nie ma sensu się nad tym pochylać. Więc ograniczę się tylko do kilku przemyśleń.

  1. Jeszcze nigdy nie widziałem na własne oczy na stadionie tak słabej drużyny jak Tahiti (nie licząc meczów, w których sam grałem). ALE, uważam za genialne to, że przy stole znalazło się dla nich miejsce. Dla tych chłopaków to pewnie przygoda życia. No i jak miło zostali przyjęci przez publikę – przeczytajcie tutaj.
  2. Ja wiem, że udział Tahiti to ochłap, które korporacyjne modern football spod znaku FIFA rzuca co jakiś czas, żeby zamknąć usta osobom jodłującym, że w piłce zabijana jest różnorodność, a bogaci międlą się we własnym sosie. Wiem, wiem, ale co zrobić, i tak fajnie, że zagrali.
  3. Przypominam też, że dzięki migracji Australii do federacji azjatyckiej reprezentacja Tahiti czasami łapie się na różne imprezy (kosztem Nowej Zelandii albo w parze z nią). Kadra grała np. w Pucharze Konfederacji 2013. Być może też zobaczymy ją kiedyś nawet na dorosłych mistrzostwach, bo droga na nie nie jest aż tak wyboista.
  4. Tak sobie myślę, że jeśli jest jakieś wytchnienie od ciągłego oglądania Barcelony, Realu i Manchesteru i Juventusu to może są to właśnie młodzieżowe imprezy. Może mundial musiał wydarzyć się w Polsce, żeby to sobie uświadomić? :)
  5. Za nieco wstydliwe chyba jednak należy traktować fakt, że Polacy na tle Tahiti wcale nie prezentowali się jakoś wyjątkowo. Nie wiem jak to wyglądało w telewizji, ale ja naocznie nie odnotowałem przepaści w kulturze gry. Raczej to było spotkanie silniejszej drużyny ze słabszą, ale wciąż dwóch ekip funkcjonujących w tej samej futbolowej galaktyce. Chyba trochę smuteczek.
  6. Na trybunach panował prawdziwy piknikowy karnawał, ale w tym sympatycznym sensie. Dużo dzieci (również krzyczących „Tahiti! Tahiti!”), tańce, meksykańskie fale, szaliki, szacunek dla rywali. Naprawdę świetna reklama rodzinnego kibicowania.

P.

Palsson – Islandia, Portugalia, Mozambik

Niedawno pisaliśmy o Arim – świeżo upieczonym reprezentancie Rosji i nowej postaci w zestawieniu ciemnoskórych reprezentantów europejskich państw. Niedawno jednak uświadomiliśmy sobie, że umknęła nam jedna figura w tej wyliczance. Jegomość ów akurat dzisiaj świętuje swoje urodziny. To VICTOR PALSSON (ur. 1991) – reprezentant Islandii!

Tutaj w niebieskiej koszulce. Fakt, że nam on umknął jest dla nas samych o tyle zaskakujący, że Palsson to znany grajek. W swoim portfolio ma występy w naprawdę solidnych klubach – szkocki Hibernian, amerykański New York Red Bulls, holenderski NEC Nijmegen, szwedzki Helsingborgs IF, duński Esbjerg, szwajcarski FC Zürich, a od początku 2019 roku występujące w 2. Bundeslidze SV Darmstadt 98.

Palsson jest synem Islandki i Portugalczyka, jego dziadek zaś pochodzi z Mozambiku. Piłkarz urodził się jednak w Reykjaviku i tam grał w piłkę aż do osiągnięcia pełnoletniości. Później przeniósł się na Wyspy Brytyjskie – najpierw do juniorów Liverpoolu, a później do Szkocji.

Pomimo tych wszystkich wojaży Palsson zawsze był wierny reprezentacji Islandii. Występował w jej drużynie U-17, U-19 i U-21. W dorosłej kadrze zadebiutował 4 czerwca 2014 roku w wygranym 1:0 towarzyskim meczu z Estonią. W chwili obecnej na jego liczniku znajduje się 11 meczów w narodowej drużynie. Choć nie wystąpił na rosyjskim mundialu, to później zaliczył trzy spotkania w Lidze Narodów. W el. EURO 2020 znów jednak poza składem.

Wielokulturowość, którą nosi w sobie Palsson pięknie objawia się także w jego kompetencjach językowych. Śledząc jego osiągnięcia obejrzałem także kilka wywiadów, których udzielił przy różnych okazjach. Robił to po szwedzku, angielsku i niemiecku. A pewnie zna też islandzki i portugalski. Oklaski dla niego.

Tym samym, po wykreśleniu Islandii, na liście europejskich państw, w których nie występowali jeszcze ciemnoskórzy zawodnicy pozostały: Albania, Andora, Białoruś, Czarnogóra, Estonia, Gibraltar, Gruzja, Kazachstan, Liechtenstein, Litwa, Łotwa, Rumunia, San Marino, Słowenia, Serbia oraz Kosowo.

P.

Chcesz grać w reprezentacji? Płać!

Jugosławia na mistrzostwach świata 1998 - Panini

Zawrzało w Serbii. Kilka dni temu wywiadu brazylijskiemu Globo Esporte udzielił były piłkarz Dejan Petkovic.

To dość niezwykły zawodnik, którego swego czasu pragnęli naturalizować… Brazylijczycy! Petkovic po ponad dekadzie gry w europejskich klubach (m.in. Crvena Zvezda, Real Madryt, Sevilla, Racing Santander, Venezia) zdecydował się na nietypowy krok i przeniósł się do Brazylii. Tam szybko stał się postacią kultową (pseudonim „Rambo”), zyskał szacunek i wielkie uznanie. Więcej do poczytania o nim tutaj i tutaj.

Świetnymi występami w najlepszych tamtejszych klubach (m.in. Flamengo, Vasco da Gama, Fluminense, Santos) Petkovic sprawił, że wielu kibiców widziało go w reprezentacji Kraju Kawy. On sam nie zdecydował się na taki krok, mimo że jego relacje z ojczystą reprezentacją były trudne. Dziś już wiemy dlaczego, bo o sprawie napisał na TT Mateusz Woźniak.

We wspomnianym wywiadzie Petković powiedział, że w 1998 roku działacze jugosłowiańskiej federacji piłkarskiej chcieli od niego 150 tys. marek niemieckich za miejsce w kadrze na Mundial. Piłkarz jednak się nie nie zgodził się. Do Francji więc nie pojechał.

Kilka dni później podobną wypowiedź popełnił były piłkarz m.in. Atletico i Werderu – Rade Bogdanović. Przyznał on w serbskich mediach, że w 1998 roku również dostał podobną propozycję. Jeśli zapłaci 50 tysięcy marek znajdzie się kadrze na Mundial. Podobnie jak Dejan Petković – odmówił.

Dejan Petković jako piłkarz Realu Madryt i Rade Bogdanović jako piłkarz Atletico Madryt

W chwili obecnej wiemy tylko o tej dwójce, ale domyślać się można, że płatna protekcja w reprezentacji była o wiele szerszym procederem. Serbscy kibice, ale nie tylko oni, czekają zatem czyj coming out będzie następny. Futbolowa intuicja jednego z nas podpowiada, że będzie to Milinko Pantic, który w barwach Atletico Madryt był wówczas wtedy wielką gwiazdą ligi hiszpańskiej (król strzelców LM 1997), a na mundial dziwnym trafem się nie załapał.

Co ciekawe, sama ówczesna reprezentacja Jugosławii, pomimo gwiazd w składzie (np. Mijatovic, Stojkovic, Mihajlovic, Stankovic, Milosevic) i dobrych wyników w fazie grupowej (1:0 z Iranem, 2:2 z Niemcami, 1:0 z USA), odpadła już w 1/8 finału (1:2 z Holandią).

Na marginesie warto zauważyć, że w Polsce to temat wciąż do odkrycia. Nie ma żadnych twardych dowodów, ale bardziej czy mniej oficjalnych relacji można wyczytać, że istnienie tego typu praktyki było tajemnicą poliszynela pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ciekawe czy faktycznie tak było, ciekawe czy tylko wtedy. Minęły już dwie dekady od kolorowych lat 90-tych. Może już najwyższy na kilka akcji #MeeToo w piłkarskim środowisku?

R.& P.

Kolarka nie wyprzedza kolarza, nie może

base-training-speed-1522162086

O tym jak problematyczne staje się rozróżnienie na mocniejszych sportowo mężczyzn i słabsze kobiety powstało już wiele publikacji (np. ta). Teraz właśnie pojawił się kolejny ciekawy kamyczek do tego ogródka.

Wyścig kolarski toczony wczoraj w Belgii został przerwany z zaskakującego powodu. Organizatorzy założyli bowiem, że „wolniejsze” kobiety będą startowały 10 minut po „szybszych” mężczyznach. Tym sposobem uniknie się domniemanych kolizji i żadna kolarka nie będzie się też pałętać między kołami (szprychami) prawdziwym władcom szos, bo mężczyźni i tak będą pierwsi na mecie. Tymczasem najszybsza z kobiet Szwajcarka Nicole Hanselmann dość szybko dogoniła męską grupę. Wtedy… zainterweniowali organizatorzy. Poprosili oni, żeby zawodniczka zjechała na bok i odczekała trochę, aby utrzymał się odstęp między paniami a panami. O sprawie można przeczytać w największych światowych dziennikach – np. tutaj, tutaj, tutaj czy nawet tutaj.

Zatrzymanie okazało się skuteczne – Hanselmann nie dogoniła już mężczyzn, a cały wyścig skończyła na dalekiej pozycji. Główna obróciła nieco sprawę w gorzki żart pisząc na swoim Instagramie: Today was the first spring classic in Belgium. I attacked after 7km, and was alone in the break for around 30km…but then a awkward moment happend and I almost saw the back of the men’s peloton… May the other women and me were to fast or the men to slow. After the neutralization, I was caught up again and finished the race on the 74th place.

Cóż, ściganie ściganiem, ale porządek musi być.

P.

Lech Poznań w Udine, konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością

Udine

Z jednej strony, pewnie bardziej żal mi odpadnięcia Lecha Poznań z Bragą w 2011 roku. W następnej rundzie czekał słynny Liverpool, a skoro rewanż oglądałem na własne oczy na pięknym stadionie wykutym w skale, to i rozgoryczenie doznane wtedy w Portugalii siedzi w człowieku głębiej.

Z drugiej jednak strony, wokół meczu z 26 lutego 2009 roku ze Stadio Friuli, też postawiłem solidny ołtarzyk w swojej pamięci. Lech w Udine zagrał najlepsze 45 minut, jakie w życiu widziałem – tak zapamiętałem tę pierwszą połowę włoskiego rewanżu. Nie dobre, bardzo dobre, czy świetne – najlepsze! Do obejrzenia powtórki tego spotkania, równo po dekadzie, podchodziłem więc ze strachem podobnym do tego, gdy po latach odwiedzamy miejsce kultowe dla nas w młodości albo spotykamy kumpla z dzieciństwa. Ze strachem przed odczarowaniem legendy. Przed rozczarowaniem, że owszem, może i Lech zagrał z wielką pasją z Austrią Wiedeń (tę powtórkę mam za sobą), może i mógł wygrać z Deportivo La Coruna, ale tak naprawdę więcej wokół drużyny Franciszka Smudy jest mitu niż było rzeczywistej jakości.

Teraz wątpliwości nie mam. Jak na warunki polskiej ligi w XXI wieku, Lech Poznań 2008-2009-2010 to była ekipa niemal wybitna. Ta pierwsza połowa z Udine jest specyficzna o tyle, że choć Kolejorz miał mnóstwo szans na gola – za chwilę do nich przejdziemy – to nie były to okazje tak stuprocentowe jak np. te Arboledy i Wilka z Deportivo czy Rudnevsa z Bragą (po niej była jeszcze poprzeczka Wilka). A jednak płynność i tempo, w którym poznaniacy wyprowadzali ataki (i nie były to tylko kontrataki) pokazują, jak świetnie wyszkoleni to byli grajkowie.

Nie chodzi mi tylko o tych, którzy pewnie w pierwszej kolejności kojarzą się z tamtym podbojem Pucharu UEFA – o zaciąg z lata 2008 (Robert Lewandowski, Manuel Arboleda, Semir Stilić; Sławomir Peszko w Udine nie zagrał przez kontuzję) i strzelców kluczowych goli (Rafał Murawski i Hernan Rengifo). Owszem, oni przeciw Udinese zagrali kapitalnie. Nie wiem jednak, czy najlepsi na boisku podczas tej fenomenalnej pierwszej połowy nie byli dwaj inni graczy, pozostający zawsze trochę w cieniu wymienionej grupy gwiazd.

Tomasz Bandrowski w Udine wyczyniał cuda zarówno w odbiorze, jak i w rozegraniu piłki, Grzegorza Wojtkowiaka w ofensywie chwilami było aż za dużo, bo potem brakowało go na prawej obronie. Oglądanie ich gry w meczu Udinese – Lech to wielka przyjemność.

Lech według Franciszka Smudy ten mecz miał zacząć spokojnie i… nie wyszło. Nie minęło sto sekund gry, a już Pasquale wybijał piłkę z bramkę po strzale Stilicia. Nie minęło pięć minut – a strzał Rengifo z pola karnego został zablokowany, a lechici po swoim drugim rzucie rożnym niefartem minęli się z piłką.

Potem była jeszcze ta akcja Bandrowski – Rengifo z Lewandowskim, który nie sięgnął podania. Następna akcja, przejęcie piłki zaraz po wybiciu bramkarza Belardiego – i gol. Też po świetnej akcji. Wymieńmy aktorów tej sceny: Stilić walczy w powietrzu, Rengifo wycofuje piłkę, Murawski zgrywa ją głową, dalej na spokoju Bandrowski, Bosacki, Arboleda i Djurdjević, Bandrowski przyspiesza, Murawski wycofuje do Djurdjevicia, by ten przesunął akcję podaniem do Lewandowskiego, kolejne podanie, szybka wymiana Rengifo – Stilić – Rengifo, po dwunastu podaniach w końcu strzał Peruwiańczyka i gooool! – To jest właśnie Lech Poznań w europejskich pucharach! – krzyknął Maciej Iwański, komentujący mecz w TVP.

Stilić – Lewandowski – Rengifo to był trójkąt piłkarzy, którzy dobrze się rozumieli, dysponowali świetną techniką i nie wahali się jej użyć, jednocześnie nie przesadzając z niepotrzebnymi popisami (nawet Bośniak, jak na niego, myślał i zagrywał szybko w Udine). W drugiej połowie, już przy 1:1, ich współpraca doprowadziła Roberta Lewandowskiego do dwóch niezłych sytuacji. Szczerze – w ogóle o nich nie pamiętałem.

Trudno do dziś pojąć, że Lech na koniec kadencji Franciszka Smudy, w ekstraklasie dał się wyprzedzić i Wiśle, i Legii. W tabeli strzelców, było podobnie – Brożek i Chinyama skończyli z 19 golami, Lewandowski z 14, a Rengifo i Stilic – z dziewięcioma.

To oczywiście teza, której prawdziwości nigdy nie sprawdzimy, ale uważam, że gdyby Lech przeskoczył Udinese, to nawet jeśli w kolejnej rundzie by poległ z Zenitem St. Petersburg, na fali pucharowego entuzjazmu, nie wypuściłby prowadzenia w lidze.

Jeśli na kimś nie robi wrażenia skład Udinese Calcio z tamtych gier, z Antonio Di Natale i Fabio Quagliarellą oraz Kwadwo Asamoahem (który po prawie 150 meczach w Juventusie, został podstawowych graczem Interu), to podrzucę jeszcze wyniki Włochów z tamtej edycji Pucharu UEFA: Borussia Dortmund 2:0 i 0:2 (karne 4:3), Tottenham Hotspur 2:0, Spartak Moskwa 2:1, Dinamo Zagrzeb 2:1, NEC Nijmegen 0:2.

Pewnie, można powiedzieć, że to było tylko pół meczu, że na końcu liczy się wynik, że Lech we Włoszech przegrał i odpadł. Ale popatrzcie jeszcze raz na te akcje, zastanówcie się, jak często polskie drużyny grały tak na tle rywala z top 5 europejskich lig. Dla mnie gra Lecha w Udine znaczy więcej niż np. wygrana z Fiorentiną, którą mogłem podziwiać z trybun we Florencji, ale która, bądźmy szczerzy, była dość szczęśliwa i przypadkowa.

„Piłkarze Lecha po końcowym gwizdku sędziego z Holandii przykucnęli na trawie podłamani. Za kilka tygodni, miesięcy czy lat, ten okres i ten start będą pewnie wspominać z czułością” – zakończenie relacji Wyborczej z Włoch, piórem Radosława Nawrota i Piotra Leśniowskiego, okazało się prorocze. Od jesieni 2010 roku podbój europejskich pucharów jest w Poznaniu tylko wspomnieniem. Lech od pewnego czasu podaje frekwencję przy Bułgarskiej, z wyszczególnieniem liczby dzieci do lat 13 – na spotkaniu z Legią było ich 1,5 tys. To młode pokolenie fanów, tamtych dni chwały w Europie nie pamięta – zasługuje, by samemu takie mecze przeżyć.

Udinese Calcio – Lech Poznań 2:1 (0:1)

Gole: 0:1 Rengifo (12. minuta), 1:1 Pepe (57.), 2:1 Di Natale (90.)

Udinese: Belardi – Zapata, Coda, Domizzi, Pasquale (77. Luković) – Inler, D’Agostino, Asamoah, Pepe (52. Isla) – Quagliarella (46. Floro Flores), Di Natale.

Lech: Turina – Wojtkowiak (83. Kikut), Bosacki, Arboleda, Djurdjević – Bandrowski, Murawski, Injac (71. Wilk) – Lewandowski, Stilić – Rengifo.

B.

Miki w chorwacką kratkę

Przy okazji świetnych występów Damiana Kądziora w Dinamie Zagrzeb przypomniała mi się przygoda innej gwiazdy polskiej ekstraklasy w tym chorwackim klubie. Ta przygoda rozpoczęła się dwadzieścia lat temu, choć trudno dzisiaj wskazać dzienną datę. Oto bowiem w lutym 1999 roku zawodnikiem ówczesnej Croatii Zagrzeb został Grażvydas Mikulenas. I nie podbił serc kibiców tego klubu :)

miku__dinamo

W obecnym składzie Dinama znajdziemy cały zastęp twarzy znanych z polskiej ligi: wspomniany już Kądzior, Dilaver, Situm, Bjelica na ławce. Wówczas jednak kierunek obrany przez Litwina był bardzo zaskakujący. Bardzo! Croatia była chorwacką potęgą, ale z polskiej perspektywy potęgą dość egzotyczną. Nigdy nie dotarł tam żaden piłkarz z naszej ligi, żaden futbolista tego klubu nigdy nie grał też nad Wisłą. Czyli zaskoczenie, a jego skala była tym większa, że Croatia była częstym bywalcem Ligi Mistrzów i ekipą o wiele silniejszą niż nasze najlepsze drużyny.

Mikulenas trafił tam po dwóch dobrych latach (wiosna 1997 – jesień 1998) spędzonych w Polonii Warszawa, podczas których uzbierał 62 mecze i 22 gole. Litwin był czołowym napastnikiem polskiej ligi, choć raczej nie jej topową gwiazdą. A tu nagle transfer do uczestnika LM (jesienią Chorwaci toczyli boje z FC Porto, Ajaksem i Olympiakosem). I to podobno za 750 tysięcy euro! Jednak zaskoczenie, jednak mały szok, jednak dobry menedżer :)

Do jakiej drużyny przybył popularny Miki? Oto kadra Croatii wiosną 1999:

Bramkarze: Tomislav Butina, Dražen Ladić, Ivan Turina, Vladimir Vasilj
Obrońcy: Mario Cvitanović, Goran Jurić, Damir Krznar, Tomislav Rukavina, Daniel Šarić, Danijel Štefulj, Mario Tokić, Stjepan Tomas, Goce Sedloski (Macedonia)
Pomocnicy: Mario Bazina, Igor Bišćan, Joško Jeličić, Krunoslav Jurčić, Mihael Mikić, Robert Prosinečki, Edin Mujčin (Bośnia i Herzegowina), Nermin Šabić (Bośnia i Herzegowina)
Napastnicy: Domagoj Abramović, Ardian Kozniku, Josip Šimić, Tomo Šokota, Gražvydas Mikulėnas (Litwa), Kazuyoshi Miura (Japonia)

Czytelnicy, którzy pamiętający drugą połowę lat 90-tych dojrzą w składzie wielkie asy chorwackiej piłki takie jak Prosinecki, Simic czy Ladic, a w ich tle przyszłe gwiazdki, jak Sokota, Saric, Tomas czy Biscan. Dodatkowo Ladic, Juric, Prosinecki, Kozniku, Vasilj, Simic i Jurcic byli brązowymi medalistami MŚ 1998. Mocna ekipa, bez dwóch zdań.

Nigdzie nie udało mi się wyszperać kiedy Mikulenas zadebiutował w nowym zespole, ale najpewniej było to w jeszcze w lutym (być może było to premierowe spotkanie rundy wiosennej z NK Mladost 127. Suhopolje [3:0]). Tym niemniej całościowy dorobek Mikiego wygląda tak:

Wiosna 1999: 11 meczów i 3 gole (mistrzostwo 1999)
Jesień 1999: 4 mecze i 1 gol (mistrzostwo 2000)

Sami widzicie, że szału nie było. Litwin był rezerwowym i nigdy nie miał szans podskoczyć wyżej. W ataku prym wiedli Simic i Sokota. O ile jednak wiosną wchodził w miarę regularnie na boisko i nawet trafiał do siatki, o tyle jesienią, gdy trenerem był słynny Osvaldo Ardilles już rzadko podnosił się z ławki. Jego największym osiągnięciem z pierwszej rundy sezonu 1999/2000 był jedyny w życiu kontakt z fazą grupową Ligi Mistrzów. Litwin siedział na ławce rezerwowych w przegranym domowym meczu Croatii z Olympique Marsylia (1:2).

Wobec braku sukcesów Mikulenas na początku 2000 roku wrócił do Polonii Warszawa i nawet pomógł jej wywalczyć mistrzostwo, choć już tylko w roli jokera.

Mikulenas nie podbił Zagrzebia, bo zwyczajnie chyba nie był w stanie tego zrobić. Piłkarsko odstawał od bardziej utytułowanych kolegów. Zaliczył jednak fajną przygodą i na pewno nie ma na co narzekać.

Pewnym pocieszeniem dla niego może być fakt, że jego kompanem i zarazem rywalem do występów w chorwackim ataku był legendarny Japończyk Kazuyoshi Miura (dzisiaj ma urodziny!).

miku__miura

I tenże Miura wiosną 1999 zaliczył 12 meczów bez żadnego gola! Obaj panowie – w dowód „zasług” – figurują w zestawieniach fatalnych transferów Croatii z tamtego okresu. Chyba nie o takie zapisanie się w historii Dinama chodziło, ale życie nie zawsze układa się tak jak się planuje. Koniec końców pozostają tylko dobre wspomnienia, a i miłe życie w Chorwacji i solidne pieniądze z tego pobytu na pewno do takich należą.

P.

Czytaj także:

Donatas Vencevicius – inny znany i lubiany Litwin w Polsce

Albańczyk słodszy niż Beckenbauer

Przeczytałem właśnie książkę Małgorzaty Rejmer „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”.

boto

To poruszająca i napisana z dużą wrażliwością lektura. Autorka oddaje w niej głos ofiarom reżimu Envera Hodży. Ukazuje kulturę donosów i absurdalność reżimowych wyroków. Jedna z przywoływanych historii dotyczy… futbolu.

Mój kuzyn dostał dwa lata więzienia, bo podczas meczu Albania – RFN powiedział: „Ten Beckenbauer to jest znakomity gracz!”. Siedział w domu kultury w grupie kilkudziesięciu osób, chwilę później ktoś gwizdnął, ktoś zawołał, ktoś się poderwał, „goool!”. Niby nic się nie stało. Wyrok, uzasadniał sędzia, jest odpowiednio surowy. W końcu wychwalając niemieckiego piłkarza, skazany znieważył piłkarzy albańskich, podeptał ich godność, co wymiar sprawiedliwości wycenił na dwa lata. (s. 143-144).

Pomijając się oczywiście wszystkie inne kwestie związane z tą opowieścią zacząłem zastanawiać się o jakim meczu opowiada Rejmer jej rozmówca. Poszperałem i okazało się, że za czasów Hodży odbyły się trzy spotkania Albańczyków z Niemcami, w których grał Beckenbauer: RFN – Albania 6:0, 1967, Albania – RFN 0:1, 1971 oraz RFN – Albania 2:0, 1971 (przy okazji – mecze z 1971 roku toczone były w ramach eliminacji do EURO 1972, a pozostałymi rywalami w grupie były Turcja i Polska).

A tak w ogóle to obie nacje mierzyły się czternastokrotnie (ostatnio w ramach el. MŚ 2002). Bilans spotkań nie pozostawia złudzeń – 13 zwycięstw Niemców i jeden remis (0:0 w 1967 roku; może dlatego, że nie grał wtedy Beckenbauer?). Co ważne jednak Albańczycy zwykle nad wyraz dzielnie wojowali z naszymi zachodnimi sąsiadami. Tylko dwukrotnie przegrali więcej niż dwoma golami (jak popuszczali cugle to solidnie – 0:6 w 1967 i 0:8 w 1981), najczęściej były to jednobramkowe porażki (ośmiokrotnie).

Ja osobiście zapamiętałem sobie dwa spotkania z 1997 roku (el. MŚ 1998) podczas których Albańczycy napędzili sporo strachu Niemcom. U siebie polegli oni po ładnym boju 2:3 (oglądałem ten mecz, a przynajmniej jego fragmenty, w telewizji, bodaj SAT1; sam nie wiem dlaczego; do dzisiaj pamiętam te albańskie lufy z karnych!). Skrót tutaj. W drugim zaś, po fantastycznym spotkaniu, przegrali 3:4, tracąc gola w 91. minucie. Skrót tutaj.

Choć Albańczycy ciągle znajdują się w trudnej sytuacji i wciąż w ich głowach tkwi reżim „dobrego wujaszka Envera”, to są już wolni. To trudna wolność, ale pozwala ona choćby doceniać grę Beckenbauera.

P.